bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Posts Tagged ‘szkoła’

Lampa Alladyna, Ponton, seks i edukacja

Friday, May 16th, 2014

Pamiętam swój pierwszy dzień w szkole. Byłam podekscytowana. Szkoda mi było przedszkola, ale nie było tak źle. Bo przedszkole tak jakby przeniosło się ze mną do szkoły. Była ze mną Tania, moja przyjaciółka ze żłobka i z przedszkola i Tadek z Edkiem też z przedszkola. No i była Małgosia, Wanda, Janusz, Krzysiek, Andrzej i Rysiek i Witek.

wlepkaTadek w przedszkolu zjadał żywe żaby, żeby zrobić na Tani i na mnie wrażenie. Robił.  Edek żab nie tykał, za to był genialny we wszystkim innym. Z byle druta umiał zrobić prawie wszystko. W naszych czasach jeszcze nie wymyślili MacGyvera co to w scenie w więziennej celi mówił, że jak nie masz sznurowadeł to z helikoptera nici. Phi, a Edek z nici potrafił wyczarować helikopter i nie potrzebował do tego aż sznurowadeł! Nie, MacGyver by nam nie zaimponował. Mieliśmy dookoła drzewa do zdobywania, płoty do unicestwiania przeszkód, siedem lat, elementarz i radosny zapał do nauki i zabawy, co na jedno wychodziło.

Pierwszego dnia zaprowadzili nas jednak do sali, która przez kolejne laty udawała salę gimnastyczną, a słabo nadawała się nawet na przedsionek. Żeby nas nie straszyć szkołą puszczono nam tego dnia pierwszą część Lampy Alladyna. Była wspaniała i skończyła się w najbardziej interesującym momencie. Obiecano, że wkrótce zobaczymy część drugą. Zamiast tego, gdzieś tak w trzeciej klasie spędzili nas na lekcję wychowania seksualnego i też puścili film. Był o chorobach wenerycznych. Wstrętnie dosłowny, obrazowy, pełen rozkładającego się mięsa, parch i zgnilizn. Ropa prawie się na nas wylewała, a z ekranu, słowo daję, cuchnęło. Aż dziw, że od razu wtedy nie zostałam wegetarianką. Cud też, że nie nabrałam wstrętu do seksu.

Drugiej części lampy Alladyna nigdy nam nie wyświetlili. Nikt też więcej nie rozmawiał z nami ani o seksie ani o chorobach wenerycznych. Można było nabrać podejrzenia, że w PRLu seks nie kojarzył się z rozkoszą; najwyżej z rozkoszą, że nie złapało się trypra. Później było jeszcze o stonce ziemniaczanej, ale bez przesady i dzielnych żołnierzach, patriotyzmie i ojczyźnie, też bez przesady. O seksie nie było nic.

Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Konopnicka, Orzeszkowa i nawet Zapolska występowali w rolach bezpłciowych kapłonów zajętych pisaniem wierszy, które musieliśmy wkuwać na pamięć. A my, w tym samym czasie nie wiedzieliśmy, ani jak sobie radzić z emocjami, ani i z bliskimi relacjami. Czasem nie wiedzieliśmy ze złymi tego skutkami. Mogło złego nie być, gdyby była wiedza. Nie było.

Nie, nie myślę o niechcianych ciążach, ale o bardzo poranionych uczuciach.

To było ponad pół wieku temu. Dziś umiemy wreszcie o tym rozmawiać. Jesteśmy zgodni, że to o pół wieku za późno. Cholera, szkoda. Nie myślę, że nasi nauczyciele by nie umieli. Wystarczyło odrzucić obłudę, hipokryzję, świętoszkowatość i zakłamanie. Tamto i to dzisiejsze ma ten sam pod/tekst i niezwykle podobny wymiar. Tyle, że dziś od 1993 roku władza państwowa wzięła na siebie obowiązek dostarczyć wiedzy, która do nas przyszła zbyt późno.

A jak dzisiejsza władza wypełnia nałożone na siebie obowiązki? Jak realizuje zadanie edukacji. Ile w tym szacunku dla uczennic/uczniów, a ile pruderii, oportunizmu, zakłamania i niechciejstwa?

Grupa Edukatorów Seksualnych “Ponton” rozpoczęła właśnie badanie

“Sprawdzian (z) WDŻ!”

Wypełnijcie proszę  ankietę o tym, jakie są Wasze doświadczenia lekcji WDŻ czy innych form edukacji seksualnej w Waszych szkołach!
Ankieta jest dostępna od dzisiaj dla wszystkich osób od 11 do 30 r.ż. pod adresem www.jakaedukacja.pl

Ja już nie mieszczę sie w przedziale, ale Wy wciąż możecie!
Z góry więc dziękuję za wzięcie w niej udziału!!

On jest wkurzony, ona ma PMS: trzy problematyczne stereotypy w pracy i w domu i w szkole [Manfia 2014]

Wednesday, March 5th, 2014

Za kilka dni ulicami Warszawy przejdzie Manfia, w tym roku pod hasłem: RÓWNOŚĆ W SZKOLE – W DOMU – W PRACY. Niestety, mamy drugą dekadę XXI wieku a zdaje się, że walczymy o to samo od lat. Owszem, równość płci jest zapisana w Polskiej Konstytucji i międzynarodowych traktatach, które jako państwo ratyfikowaliśmy. Pewnym truizmem, jest jednak stwierdzenie, że tylko dlatego, że coś jest zapisane w prawie automatycznie nie przekłada się na realizację w praktyce (szczególnie w kraju, w którym aktywni politycy cały czas myślą, że można mówić, że kobiety proszą się o gwałt).

Logo Manify 2014 (Porozumienie Kobiet 8 Marca)

Logo Manify 2014 (Porozumienie Kobiet 8 Marca)

W ramach przygotowań do tegorocznej manify poniżej trzy przykłady tego jak, niegroźne może by się wydawało, podwójne standardy ciągle mają się dobrze w naszym życiu. Ignorowanie kobiecego gniewu, negowanie kobiecych talentów przywódczych i wmawianie, że zadowalanie innych to nasz cel życiowy to trzy denerwujące stereotypy, które mogą uprzykrzać nam życie zarówno w pracy, jak i w domu.

  1. On jest szefem, ona jest jedzą. Faceci mają być władczy. ‘Męski’ to właściwie synonim dla ‘zdecydowany przywódca’. A kobieta? Kobieta powinna chcieć pomagać innym, być troskliwa, macierzyńska i pełna poświęcenia dla bliźnich – a jeśli nie ma takich instynktów, pewnie coś z nią jest nie tak. I wmawia się to nam nie tylko na poziomie kultury i tradycji, ale też formalnej edukacji. Szczególnie podręczniki do wychowania do życia w rodzinie pełne są stereotypów i verbatim przekazów, że chłopcy nadają się tylko do pewnych ról a kobiety do innych. Kobieta, która na zebraniu nie siedzi potulnie na swoim miejscu i nie robi notatek z mądrości szefa, ale zamiast tego wstaje i głośno się sprzeciwia albo ma własne pomysły jest ‘niekobieca’ i ‘pyskata’. Sprawy się oczywiście dodatkowo komplikują, jeśli to kobieta jest szefową. Szefowa w spódnicy nie powinna nosić przysłowiowych spodni. Jej rolę widzi się jako prowadzenie dialogu z zespołem bardziej niż zarządzaniem nim. Jeśli kobieta w pozycji władzy ze swojej władzy rzeczywiście korzysta, to od razu staje się ‘jędzą’ i ‘harpią’. Hilary Clinton była niesamowicie kompetentną sekretarką stanu (swoją drogą, prawda, że sekretarz stanu brzmi jednak dużo poważniej bo męsko?), ale media co i rusz donosiły o tym,  jaka jest “niesympatyczna”. Załóżmy nawet dla dobra dyskusji, że to prawda – ale co to ma do rzeczy? Jakoś jej poprzednicy nigdy nie byli oceniani pod kątem  “sympatyczności”, tylko tego, jak wypełniają swoje obowiązki
  2. On jest wkurzony, ona ma PMS. Jego zażalenia są wysłuchiwane –  jeśli jest poirytowany , to pewnie coś jest na rzeczy.  Kiedy z kolei  ona zaczyna się wkurzać  – na to, że to ciągle jej przypada robienie obiadu albo, że znowu nikt nie zdjął prania, a w pracy nie dostała awansu – zaraz się okazuje, że pewnie ‘ma PMS’ albo histeryzuje i lepiej ją zostawić samą sobie. No dobrze, naczynia są rzeczywiście niezmyte, a mąż leżał na kanapie z gazetą zamiast wziąć się za obiad, ale to przecież nie powód żeby żona, choćby i zmęczona po pracy, od razu się denerwowała, prawda?  Na pewno przesadza, albo ma swoje “kobiece humorki”. Gniew kobiet jest zbyt często lekceważony jako przejaw zmian hormonalnych albo “kobiecej irracjonalności i tendencji do emocjonalnych reakcji”,  a nie uzasadniony sprzeciw na niesprawiedliwość. Trzeba zdać sobie z tego sprawę i jasno dawać do zrozumienia, że jesteśmy zdenerwowane dlatego, że mamy konkretne ku temu powody.  Nasz cykl hormonalny, ani też emocje nie mają z tym żadnego związku a gniew jest po prostu bezpośrednim wynikiem obiektywnych zewnętrznych czynników (np. niesprawiedliwego traktowania), a nie naszych wewnętrznych przeżyć. Co więcej warto może wiedzieć, że tak naprawdę jest bardzo mało naukowych dowodów na istnienie PMSu i nikt nie był w stanie skorelować kobiecych hormonów z ich gniewem. Za to od małego chłopcy są chłopcami, więc się mogą bić i krzyczeć (i w związku z tym nie za bardzo uczymy ich innych metod rozwiązywania konfliktów…) a dziewczynki mają być grzeczne.
  3. On jest pantoflarzem, ona ‘dobrą żoną/partnerką’. Jak to jest, że jeśli nasz mąż/chłopak/partner wraca wcześniej do domu z wypadu z kolegami na piwo albo nie daj siło wyższa nie idzie z kolegami na mecz, bo musi odebrać dzieci z przedszkola to jest „pantoflarzem” dla kolegów? Postronni obserwatorzy nie widzą tych zachowań jako dojrzałych aktów mężczyzny, który dba o rodzinę i partnerkę, ale raczej zachowania słabego faceta zmuszonego przez partnerkę do rezygnacji z męskich rozrywek. Bo czy prawdziwy mężczyzna  wolałby spędzić wieczór z żoną i dziećmi, jeśli w tym samym czasie mógłby oglądać facetów w krótkich spodenkach goniących piłkę? Jeśli z kolei kobieta od 3 miesięcy nie miała chwili dla siebie, a z przyjaciółkami rozmawiała ostatnio trzy tygodnie temu przez telefon o 22 wieczorem, jak już wszystko było posprzątane i dzieci w łóżkach, to jest to widziane jako słuszna norma. Przecież kobiety powinny dbać o dom i dzieci – tak jest po kobiecemu i nie powinnyśmy narzekać. A jeśli śmiemy mieć inne plany raz na jakiś czas i przekładamy swoją rozrywkę nad siedzenie wieczorem z dziećmi, albo mamy zupełnie inne ambicje życiowe – wtedy coś z nami jest nie tak. O ile łatwiej jest kobiecie zostać nazwaną wyrodną matką (chociażby za to, że wróciła do pracy po porodzie, kiedy nikomu do głowy by nie przyszło, żeby tatuś na rok zrezygnował z pracy) albo niekobiecą. Zupełnie inaczej oceniamy domowo-rodzinne wysiłki mężczyzn niż kobiet – bo z kolei jeśli nie są nazywani pantoflarzami to widzimy ich jako bohaterów za robienie tego co większość kobiet robi dzień w dzień i nie dostaje za to nawet ‘dziękuje’.

W Polsce mamy nadal sporo systemowej dyskryminacji widocznej chociażby w tym, że kobiety nadal przeciętnie zarabiają znacznie mniej niż mężczyźni (według GUS w Polsce kobiet zarabia średnio 17.8% mniej niż mężczyzna) a nowe urlopy rodzicielskie nadal są w większości domeną kobiet. Co więcej w naszym kraju rozmowy o równouprawnieniu (przynajmniej według mojego doświadczenia) za często sprowadzają się do tego czy “puszczać kobiety w drzwiach” i “całować w rękę”. W takich chwilach naprawdę mam ochotę krzyczeć, że nic mnie nie obchodzi czy pierwsza czy druga przejdę i zdecydowanie wolałabym żeby obcy faceci mnie w rękę nie całowali ale tak naprawdę chciałabym, że mężczyźni i kobiety byli oceniania wedle kompetencji a nie płci. I zaczyna się to właśnie od nastawienia rodziców, podręczników w szkole i odzywek w pracy.

PŁATEK: NIE CHODZI O JEDNO ZGNIŁE JABŁKO

Monday, July 15th, 2013

Tomasz Stawiszyński: Czy człowiek może się zmienić?

platek

Prof. Monika Płatek: Świetne pytanie, ale dlaczego do mnie?

 

Jest pani profesor karnistką, a prawo karne oparte jest chyba na przekonaniu, że człowieka da się zmienić – i to na lepsze.

 

Prawo karne w ogóle nie opiera się na resocjalizacji.

 

To po co są kary?

 

Żeby wzbudzić w osobie karanej wolę w kierunku takich zachowań, które nie będą sprzeczne z prawem. Są trzy poziomy takiego zachowania. Po pierwsze, nie przechodzimy przez czerwone światło, bo po drugiej stronie ulicy stoi policjant. Po drugie, nie robimy tego, bo podoba nam się na przykład prof. Ewa Łętowska, ona na czerwonym świetle nie przechodzi, a my chcemy być tacy jak ona. Po trzecie wreszcie, nie przechodzimy, bo mamy tę normę uwewnętrznioną. Prawo karne wymaga uruchomienia tylko pierwszego poziomu – wiedzy, że dane zachowanie jest zakazane. Nie mówimy tutaj o żadnej wewnętrznej przemianie. Prawo karne nie służy więc temu, żeby kogokolwiek poprawiać, służy temu, żeby zademonstrować wolę i siłę władzy. Oczywiście, że człowiek się może zmienić, chociaż są oczywiście takie teorie, które mówią, że człowiek się nie zmienia, a jedynie utrwala pewne skłonności, które już w nim są. I w zależności od tego, gdzie i z kim pan przebywa, niektóre cechy mogą się wzmacniać, a inne nie. Z jakiegoś powodu chętniej po naukę posyłamy dzieci na uniwersytet Harvarda czy Uniwersytet Warszawski, a nie do więzienia na Rakowieckiej. Chociaż to także jest swego rodzaju uniwersytet.

 

Widziałam wiele bardzo różnych przypadków w swoim życiu. I nauczyłam się przede wszystkim, że nie wolno ludzi z góry oceniać. W więzieniu siedział mój mistrz i przyjaciel Henryk Wujec, siedział także Sokrates, Jezus Chrystus i Martin Luther King. Z drugiej strony siedzieli w nim ewidentni zbrodniarze – którzy jednak także wychodzą później na prostą. Pytanie o autentyczną wewnętrzną zmianę nie jest chyba pytaniem do prawnika. Nieuczciwością byłoby sądzić, że my kogoś sądzimy i umieszczamy w więzieniu po to, żeby się zmienił. Nie. My go sądzimy i umieszczamy w więzieniu za to, co zrobił. Co oczywiście nie zdejmuje z nas obowiązku stworzenia warunków, które – po odbyciu kary – pozwolą człowiekowi funkcjonować w społeczeństwie zgodnie z prawem. Ale to nie jest jego obowiązek. To jest nasza wspólna praca.

 

Elementem tej wspólnej pracy jest instytucja zatarcia?

 

Ta instytucja w ogóle nie powinna występować w prawie karnym na zasadzie osobnego przepisu. Jeśli odbyliśmy karę, nie powinniśmy być notowani w żadnych rejestrach. Odpokutowaliśmy swoją winę w sensie prawnym. Jeżeli ktoś zabił, to pewnie będzie musiał się z tym mierzyć do końca swojego życia. Natomiast nie powinniśmy mu tego wypominać i nie powinniśmy go tym nękać, bo świadczy to tylko o tym, że sami nie przywiązujemy wagi do swoich instytucji karzących. Jeżeli ukaraliśmy, rozliczyliśmy się z obywatelką czy obywatelem. Otwiera on nowy rozdział w swoim życiu. Sytuacja się zeruje.

 

Uważa pani, że informacje o karalności w ogóle nie powinny być udostępniane – na przykład pracodawcom?

 

Zdecydowanie nie.

 

Z jakimiś wyjątkami?

 

Tak, zresztą obecna ustawa je przewiduje. Ale nie jest według mnie dobrym rozwiązaniem wyjątek z artykułu 200, czyli o współżyciu z dzieckiem poniżej lat piętnastu. To jest po prostu głupota. Z tego artykułu bardzo często odpowiadają osoby, które skończyły lat siedemnaście, a  przestępstwo polegało na przykład na tym, że chłopak został przyłapany ze swoją czternastoletnią dziewczyną. Badania, które prowadzi obecnie moja doktorantka, wyraźnie pokazują, że mamy tendencję do skazywania właśnie w takich przypadkach, a nie w przypadkach naprawdę ciężkiej pedofilii. Nie do końca rozumiemy, co to jest pedofilia, nie do końca umiemy sobie z tym poradzić i nie do końca chcemy.

 

Ale są chyba ludzie, którzy po prostu nie powinni pracować z dziećmi?

 

Oczywiście. Tylko pytanie, czy to ma wynikać z kartoteki prawnej – skoro wiemy, że ci, którzy się w niej znajdują, stanowią wyłącznie czubek góry lodowej – czy też powinno być raczej wynikiem procesu rekrutacji, który nie przyjmuje ludzi o pewnych cechach, zachowaniach czy przekonaniach. Tymczasem istniejący system edukacji jest otwarty na ludzi o cechach, które uznajemy za wykluczające w pracy z dziećmi. I tu jest moim zdaniem problem. Nie chodzi o to, że ktoś miał zatarcie skazania, a wcześniej zabił – nawet jeśli zabił dziecko. Niech się z tym mierzy do końca życia, natomiast pamiętajmy, że jest to człowiek, który wyrósł w naszym społeczeństwie. W społeczeństwie, w którym panuje przyzwolenie na przemoc wobec dzieci.

 

Nie ma miesiąca, w którym jakieś dziecko nie zostałoby zakatowane przez rodziców. W 1997 roku nie chcieliśmy przyjąć konstytucji, bo dawała ona dziecku prawo do bycia wysłuchanym. W 2005 roku musieliśmy wykreślić artykuł 4 z ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, bo było tam powiedziane, że dzieci się nie bije i nie poniża. W 2010 wprowadziliśmy zakaz bicia dzieci – ale już nie poniżania.

 

To nie jest więc problem jednostkowy. To jest problem naszego stosunku do dzieci. Nie szanujemy ich i traktujemy jak własność – rodziców bądź państwa. Fakt, że w szkole może być nauczyciel, który stosuje takie, a nie inne normy wychowawcze, gdzie stawianie ogromnej ilości jedynek uchodzi za metodę pedagogiczną – to nie jest kwestia jednego nauczyciela, tylko całej kultury. A w momencie, kiedy sprawa dotyczy nauczania religii – żadne zatarcie nie ma w ogóle znaczenia. Bo pozwoliliśmy, żeby to proboszcz wyznaczał katechetów – którzy przecież uczestniczą w życiu całej szkoły i wtrącają się we wszystkie jej sprawy. Ktoś taki przychodzi z błogosławieństwem proboszcza, a my godzimy się na tak daleko posuniętą ingerencję w system edukacji, dokonywaną przez ludzi, którzy nie mają żadnych kompetencji, nie wiadomo kim są i prawdę mówiąc – patrząc na rozmiary przemocy seksualnej w Kościele – nie mamy żadnej gwarancji, że nasze dzieci są w takiej sytuacji bezpieczne. W związku z tym nawet instytucja zatarcia czy braku zatarcia nie będzie miała żadnych efektów, kiedy kryteria doboru do pracy z dziećmi nie eliminują autorytarnych typów, którym autorytet myli się z posłuchem wymuszanym karami. A wypominanie człowiekowi, że był karany, jest po prostu faryzeuszostwem. Udajemy, że jesteśmy lepsi, moralniejsi, odcinamy się, udając, że w tym wszystkim nie uczestniczymy i, pośrednio, nie przyczyniamy się.

 

Jednak czy w erze internetu możemy jeszcze w ogóle mówić o jakimkolwiek zatarciu? Informacja nie ginie. Bohaterkę tekstu Mariusza Szczygła „namierzono” jeszcze w dniu publikacji…

 

Jedna rzecz to pamiętać o tym, co było. A druga rzecz – wypominać to bez końca i uzależniać dzisiejsze funkcjonowanie ludzi w rzeczywistości społecznej od tego, co się działo na przykład kilkadziesiąt lat temu. Zatarcie skazania nie polega na tym, że mamy zapomnieć, co ktoś kiedyś zrobił. Polega na tym, żebyśmy nie uzależniali od tego jego dzisiejszego życia. Instytucje, które przyjmują do pracy, mogą mieć pewne kryteria. I mogą mieć określone wymagania. Ale nie powinny być to sztuczne wymagania braku karalności. Za tym stoi naiwne przekonanie, że wszyscy, którzy zachowują się w sposób niewłaściwy, są odnotowani w kartotekach. Tymczasem kartoteki to tylko czubek góry lodowej. Abstrahując już od tego, że można tam znaleźć w większości nazwiska ludzi, którzy mieli słabe możliwości obrony i generalnie mają raczej gorzej niż lepiej – jeśli chodzi o kapitał społeczny i kulturowy.

 

Dobrze funkcjonujące instytucje – jak między innymi przedszkola, szkoły czy uniwersytety – powinny operować takimi kryteriami doboru ludzi, które by pewne osoby odsiewały. Jeśli kultura panująca w danej instytucji przyzwala na to, żeby pracowały w niej osoby o wyraźnie autorytarnych skłonnościach, to zaświadczenia o niekaralności nie mają tutaj absolutnie żadnego znaczenia. Proszę też zwrócić uwagę, że

 

bardzo często pracodawcy – żądając zaświadczenia o niekaralności – po prostu łamią prawo. Ustawa wymienia konkretne przypadki, kiedy można takiego zaświadczenia żądać, tymczasem jest ono dzisiaj wymagane powszechnie. I jest to oczywiście świetny biznes – każde takie zaświadczenie kosztuje 50 złotych.

 

Można powiedzieć, że państwo w nieuczciwy sposób ściąga od obywateli dodatkowe podatki – w porozumieniu z pracodawcami. A powinno być tak, że zaświadczenie wydaje się wyłącznie w przypadku, jeśli ktoś ubiega się o zatrudnienie w instytucji, w której takie zaświadczenie jest wymagane ustawowo. Niestety wciąż jest inaczej. To powoduje, że ludziom nie pozwala się ruszyć do przodu. Że cały czas muszą tkwić w przeszłości, nawet jeżeli odpokutowali już swoje winy w sensie prawnym.

 

Mam wrażenie, że bohaterkę tekstu Szczygła w wyjątkowo ostry sposób zatrzymano w przeszłości. Ten tekst to rodzaj wiwisekcji, analizy nie tylko jej przeszłości, ale także przeszłości jej rodziny. Po to tylko, żeby pokazać jak rzekomo „rodzi się” osobowość autorytarna.

 

Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym tekstem, bardzo mi się spodobał. Myślałam, że chodzi tutaj o zwrócenie uwagi na problem edukacji. Można było przy tej okazji podkreślić, że w szkole pracują wspaniali pedagodzy, a jednocześnie zastanowić się, jak to możliwe, że pracują tam również tego typu ludzie – wieszający na ścianach restrykcyjny regulamin, uważający stawianie jedynek za metodę wychowawczą, egzekwujący żelazną, wojskową niemal dyscyplinę. Zdziwiło mnie też, że zabrakło w tym tekście głosu uczniów. Kiedy odezwali się później, już po publikacji – uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, to była piękna reakcja – uczniowie stanęli murem za swoją nauczycielką. Po drugie jednak było w tym coś niepokojącego. Bo jeśli ludzie, którzy są poniżani, zaczynają znajdować dla tych poniżeń uzasadnienia – to zachodzi obawa, że zostali złamani. Jeśli aby przetrwać, musimy usprawiedliwiać osoby, które nas źle traktują, to dzieje się źle. Wolałabym, żeby rozumieli, że ta kobieta sama była ciężko doświadczana w dzieciństwie i przyszła do szkoły, w której panowało przyzwolenie na tego typu zachowania. Przecież wszyscy widzieli w jaki sposób ona funkcjonowała – kultura tej instytucji stwarzała do tego dogodne warunki, nikt nie protestował.

 

Tu nie chodzi więc o jednego autorytarnego dziwaka, ale o autorytarną instytucję, która pozwala autorytarne cechy rozwijać. Nie mamy tutaj – jak mawia Philip Zimbardo – jednego zgniłego jabłka. Mamy całą beczkę, w której panują warunki sprzyjające gniciu. Ale nikt oczywiście nie chce tego przyznać. Reakcja minister edukacji dokładnie to pokazywała – „to nie my, to wina zatarcia skazania”.

 

W istocie pani minister oświadcza w ten sposób, że szkoła w procesie rekrutacji nie potrafi samodzielnie dostrzec osób o cechach autorytarnych – i musi się posiłkować prawem karnym. Co w takim razie zrobi pani minister w przypadkach nauczycieli równie autorytarnych, ale nienotowanych?

 

Będzie na to przyzwalać? Myślałam więc, że chodzi o to, aby wskazać na te wszystkie mechanizmy, a nie uruchamiać nagonkę na jedną kobietę, która – zanim zabiła – przez trzy lata dręczyła to dziecko. W obecności ojca, pedagogów, policji i sąsiadów. Czy naprawdę będziemy udawać, że tylko ona jest odpowiedzialna? Nie zamierzam zdejmować z niej winy, ale czy i my nie powinniśmy poczuwać się do swojej za to odpowiedzialności? Myślę, że Mariuszowi Szczygłowi nie chodziło o uruchomienie nagonki. Ale do tego się to sprowadziło. Do krytyki instytucji zatarcia skazania i wyrzekania, że taka wredna kobieta nie powinna uczyć w szkole. Jasne, nie powinna. Ale czy my aby na pewno jesteśmy mnie wredni od niej?

Wywiad oryginalnie ukazał się na portalu Krytyki Politycznej

Jak z Płatka: Kobieta z artykułu Szczygła i źle postawione pytania.

Friday, June 28th, 2013

I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…Siebie rozumiemy, z odpuszczaniem innym mamy trudności, inni nas oburzają. Artykuł Mariusza Szczygła o kobiecie, która przed laty zakatowała synka swojego partnera i po zatarciu skazania wróciła do szkoły jako nauczycielka rozwścieczył; psychologia tłumu przyzwoliła na medialny lincz. Za chwilę zaszczutej przyjdzie nam zapłacić za zmianę personaliów, miejsca zamieszkania, być może za specjalną ochronę. I nie chodzi tu nawet o koszty materialne, ale o te dużo poważniejsze, społeczne, które biorą się ze źle stawianych pytań.

Jak mogło dojść do zatarcia skazania? Dlaczego miała tylko TAKĄ karę? Dlaczego wyszła przed końcem kary?

Fliclr:  Barbro_Uppsala

Fliclr: Barbro_Uppsala

Tymczasem rzecz nie w instytucji zatarcia skazania, nie w długości kary, nie we wcześniejszym zwolnieniu, ani w tym kto i jak nosi pamiętać o zbrodniach. Paradoksalnie, w tej całej sprawie, ta konkretna kobieta, jest najmniej ważna.

To, co się liczy, to nasza na nią reakcja. Wściekłość skoncentrowana na jednostce, bez dostrzeżenia  szerszego kontekstu i w kontekście – systemu edukacji.

Żądza zemsty na byłej skazanej bez refleksji, że nie widzimy w tym i nas samych. Pełni oburzenia, gdy to inni biją czy sami nie jesteśmy przekonani, że  nie ma innego sposobu na nieposłuszne dzieci jak dyscyplina i pas? Nie samo bicie więc, nie samo poniżanie i brak szacunku dla małego człowieka nami wstrząsnął. Przecież w tamtej sprawie wszyscy wiedzieli! Wszyscy od kolegów po instytucje; obecność siniaków, nieobecność dziecka w przedszkolu, obojętność i przyzwolenie. I co? Teraz tym wrzaskiem oburzenia chcemy udać, że nas w tym nie było? A czas więzienia? Co robiliśmy by zmienić jej tępe przywiązanie do dyscypliny? Czy, aby nie została wcześniej zwolniona bo była tępo zdyscyplinowana?

A przecież gdyby to ojciec skatował dziecko, a ona by tylko patrzyła, nasz stosunek do niej byłby identyczny. Byłaby potępiona za to, że do tego dopuściła, że nie broniła dziecka, że nie zrobiła nic, aby je uratować. I podobnie jak teraz, również wtedy przeoczylibyśmy ojca. Nie spytalibyśmy – jak mógł do tego dopuścić?

Kobieta po odbyciu kary ośmiela się żyć i pracować jak „normalny” człowiek? Ależ, ktoś się oburzy, przecież ona tak samo nadal się znęca nad uczniami, tyle, że tym razem, nie pasem, lecz złymi ocenami…No właśnie, przecież mówię; kiedy powołujemy się na „naturę” i „normę” – najczęściej mówimy o tym, co kulturowo dopuszczalne, akceptowalne i często nazywane tradycją.

Mariusz Szczygieł napisał dobry tekst i dobrze, że napisał. My zareagowaliśmy na ten tekst źle i czas to zrozumieć.

(more…)

Po co nam religia w szkołach?

Wednesday, October 3rd, 2012

Na moją pierwszą lekcję religii poszłam dopiero w trzeciej klasie. Przedtem mieszkałam w kraju, w którym lekcje religii obywały się tylko w kościołach. Nie wiedziałam za bardzo czego się spodziewać, a właściwie chyba nie przyszło mi do głowy, że jest nad czym się zastanawiać. Oj, myliłam się… Katechetka zaczęła lekcję od obejrzenia zeszytów wszystkich uczniów i uczennic. Okazało się, że pod koniec poprzedniej klasy przykazała, że w następnym roku wszyscy mają mieć specjalne zeszyty do religii z jakąś postacią biblijną na okładce. Ja nie miałam (co mogło mieć coś wspólnego z tym, że kiedy dawała te instrukcje, byłam oddalona od niej o tysiące kilometrów). Zamiast Jezusa czy Maryi, miałam na okładce misia albo innego kotka. Kiedy pani katechetka to zobaczyła, dostała furii. Zaczęła krzyczeć, że jestem nieposłuszna i w końcu wyrzuciła mnie z klasy mówiąc, że jestem “szatańskim pomiotem”. Zgadza się. Za misia na okładce 8-letnie dziecko zostało wyrzucone z klasy i nazwane szatańskim pomiotem.

Teraz już mogę dodać, że moja pierwsza lekcja religii była też ostatnią. Gdy rodzice się dowiedzieli co się stało, zdecydowanie stwierdzili, że z tą panią w jednym pomieszczeniu już nie będę przebywać. Do końca podstawówki ja i dziewczynka z prawosławnej rodziny spędzałyśmy dwie godziny religii w tygodniu w bibliotece. Incydent z nazwaniem mnie diabelskim pomiotem utrudnił nawiązywanie nowych przyjaźni. I tak byłam inna (akcent!!), a wyrzucenie mnie z klasy w pierwszym tygodniu nie pomogło. Nigdy już nie byłam na ani jednej lekcji religii (w liceum moje niechodzenie nie było już wyjątkowe). Co nie znaczy, że nie wiem, co na tych lekcjach się działo. Znajomi mi opowiadali o filmach z aborcji, o antysemityzmie księży i o katechetkach stawiających tarota (“bo trzeba poznać wroga”). Generalnie, starego dobrego “miłuj bliźniego swego” było tam najmniej. A to wszystko się działo w czasach, kiedy w głowach nam się nie mieściło, żeby religia miała się liczyć do średniej ocen…

Zawsze zastanawiało mnie po co właściwie uczymy religii w szkołach i na szczęście debata na ten temat wreszcie zaczyna trafiać do mediów. Czemu nie uczyć religii tam gdzie jej miejsce – w kościele? Nie kupuję argumentów o tym, że religia uczy nas “uniwersalnych zasad moralnych”. Może Jezus chciał dobrze, ale w dzisiejszym katechizmie jest bardzo mało myśli Jezusa Chrystusa, a dużo więcej treści, które brzmią jakby były inspirowane mądrościami ojca Rydzyka. Nauka religii sprowadza się do wbijania uczniom do głów obecnej wykładni Watykańskiej na tematy społeczne (nie antykoncepcji, nie aborcji, nie homoseksualizmowi) przy akompaniamencie modlitewnej pamięciówki. Na większości lekcji nie ma czasu i miejsca na pochyleniem się nad myślami mesjasza z Nazaretu, bo trzeba przerobić czytanki z Naszego Dziennika. Wydaje mi się wręcz, że sporo młodych ludzi chłonie uniwersalne wartości nijako pomimo, a nie dzięki, lekcjom religii. Bo tolerancji, otwartości i szacunku dla drugiego człowieka i jego/jej inności raczej ciężko uświadczyć w sali lekcyjnej z katechetką bądź księdzem.

(more…)