bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Posts Tagged ‘in vitro’

Jak z Płatka: Adwokat diabła

Tuesday, November 6th, 2012

Wejdę w rolę adwokata diabła, wezmę stronę Franciszka Longchamps de Bérier

Będę bronić jego racji w sprawie in vitro i antykoncepcji.

Adwokat diabła przeciwstawia argumentom, wydawałoby się oczywistym, inne – też możliwe. Pierwotnie, adwokat diabła był urzędnikiem, który w procesie kanonizacyjnym zbierał argumenty przeciwko świętości kandydata. Urząd wprowadził w 1587 papież Sykstus V, a zniósł Jan Paweł II w 1983, powodując tym masowy wysyp nowych świętych. Wśród nich przeważali mężczyźni, ale znalazła się i Włoszka, która mając wybór, by dokonać aborcji i uratować życie, lub urodzić i umrzeć, zdecydowała urodzić. Wszyscy byli tak bardzo zachwyceni tym, że umarła, iż nie zwrócono zwrócono uwagi na to, że miała ona swobodny, nieprzymuszony, legalnie dostępny wybór. Że dokonała dojrzałej, przemyślanej decyzji. Nie wyszło więc przesłanie, że kobiety mają się poddać ślepej naturze zwanej tam wolą boską. Gdyby dostrzeżono, że w istocie to ona, a nie siła wyższa zdecydowała o życiu i śmierci, to kto wie, czy dołączyłaby do spisu świętych.

Franciszek Longchamps de Bérier głosi, że in vitro szkodzi, a antykoncepcja winna być zakazana. Franciszek Longchamps de Bérier przedstawia się jako ksiądz, profesor. Poglądy na temat zdrowia i praw reprodukcyjnych głosi w koloratce i w habicie jako ksiądz. Profesorski tytuł dodany po przecinku, leci już tylko z rozpędu.

Po co mu więc wytykać prawnika, skoro przemawia osoba wierząca? Wiara i metafizyka mają to do siebie, że bazując na przekonaniu, nie dbają o empiryczne dowody. Przystoją jej więc i argumenty rodem z sufitu. Można serwować slogany, przywoływać źródła rozmyte i zakurzone. Trzeba zrozumieć, że czas w Kościele inaczej płynie. Musi niekiedy minąć 400 lat i więcej, by Kościół przyznał, to, co przeciętna kobieta, wie od razu. Że z tym sprzeciwem wobec Kopernika to była wpadka rodem z ciemnogrodu. Palenie kobiet na stosach i przejmowanie ich dobytku było zbrodnią, choć oczywiście korzystną dla Kościoła, który na tym się wzbogacił. Że inkwizycja, posługując się sadystami w habitach rozpleniła tortury i utrwaliła praktykę brutalnego likwidowania  przeciwników politycznych, z czym do dzisiaj trudno się nam uporać.

My to wiemy od razu, Kościół przyswaja to powoli. Stąd mając ciągoty do rządu dusz, Kościół chwyta za gardło i ciało i sięga po kieszeń. Kto ma myśl swobodną i władzę nad swoim ciałem grozi niezależnością. Wczoraj to były długie listy ksiąg zakazanych, dziś zakaz dla in vitro, i nawet antykoncepcji.

Zazwyczaj Kościół, który chce mieć wszystko i za nic nie odpowiadać, chowa się za urzędników i posłów twierdząc, że na nic nie ma wpływu i w politykę się nie miesza.

Jednak w sprawie in vitro i aborcji wypowiedzieli się najwyżsi rangą, ci co w hierarchii dotarli na szczyty i rzucili jasne i zdecydowane przeciwko.

Jak można więc wymagać, by ksiądz Franciszek Longchamps de Bérier mówił coś innego?! Musi mówić to samo, i głośno, jeśli chce dotrzeć na szczyty kościelnej kariery. W kościele,  jak w armii, słucha się i naśladuje głównodowodzących. Ceni się posłuszeństwo i naśladownictwo. Kościół nie wymaga myślenia, wymaga posłuszeństwa. Ksiądz Franciszek, jest młodym, ambitnym księdzem, chce awansu i jeszcze więcej władzy – więc robi wszystko, aby to osiągnąć. Nie można mu więc zarzucać, że ma niewłaściwe podglądy. On może ich wcale nie posiadać. Jego zadaniem jest wierne kopiowanie i odtwarzanie słów zwierzchników. Gdyby miał poglądy i dał wyraz temu, że myśli, groziłby mu los księdza Bonieckiego, a  tego z pewnością ksiądz Franciszek nie chce.

Pytanie więc powinno brzmieć nie dlaczego ksiądz Franciszek jest przeciwny in vitro i antykoncepcji, ale dlaczego Kościół tak panicznie drży przed in vitro i antykoncepcją?

[Czy profesor  Longchamps de Bérier mógłby na nie odpowiedzieć? Z pewnością tak. Nie brak mu wiedzy i odwagi. A ksiądz Franciszek? Z pewnością nie, obowiązek wiernego posłuszeństwa na to nie pozwala. A szkoda. ]

(more…)

Prośba do księdza: dość bredni!

Monday, November 5th, 2012

Miałam ciekawy weekend – w odstępie kilku godzin odwiedziłam Licheń (de facto park religijnej rozrywki dla bardzo specyficznej grupy katolików, którym odpowiada niebotyczna kiczowatość i pozłacana duchowość), wysłuchałam tam 10 minut kazania o opętaniu (“pisała długopisem przekleństwa, bo poszła do uzdrowiciela”), a potem wróciłam do Warszawy i przeczytałam to: Ks. prof. Franciszek Longchamps de Bérier o in vitro i antykoncepcji – jedno to zło, a drugie powinno być zakazane.

Będę szczera, pierwsze kilka słów, które wyrwały mi się z buzi, to były najnormalniej w świecie przekleństwa. Ale jak tu się nie wkurzać, kiedy pan duchowny, który w życiu nie miał rodziny, a zarabia plotąc androny i tyle wie o problemach normalnych ludzi (którym grozi bezrobocie, muszą płacić podatki i na utrzymaniu mają rodziny) co bardzo mały kotek na zakrystii napłakał. Kilka smaczków:

O in vitro:

Gdy ktoś ma władzę, może zdecydować o rozwiązaniu siłowym.

ROZWIĄZANIE SIŁOWE?! Pan Longchamps de Bérier  jest prawnikiem, człowiekiem wykształconym, a używa słów ewidentnie bez zrozumienia. Rozwiązania siłowe z definicji polegają na tym, że się kogoś do czegoś zmusza. Pragnę księdza uspokoić, że Tusk (ani jego ministrowie, ani policja w ich imieniu) NIE BĘDĄ chodzić po domach i ludzi do in vitro zmuszać. Będą, niewielkiej zresztą, grupie CHĘTNYCH dawali możliwość refundacji!

Dalej:

Ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej wymaga, aby program zdrowotny pozwolił w określonym czasie osiągnąć założone cele polegające na “zrealizowaniu określonych potrzeb zdrowotnych oraz poprawy stanu zdrowia określonej grupy świadczeniobiorców”. In vitro niczego nie leczy. Nie poprawia zdrowia, jedynie zaradza skutkom bezpłodności.

Po pierwsze – leczenie objawowe bezpłodności (a tym jest in vitro) poprawia zdrowie – na pewno psychiczne ludzi, którzy od lat nie mogą mieć dzieci i mają z tego powodu depresję. Może dla pana de Berier nie jest to wystarczająco ważny aspekt zdrowia (pomimo tego, że w definicji zdrowia WHO aspekt psychiczny jest na równi z fizycznym). Ale, jeśli leczenie objawowe powinno być wykasowane, to może również opieka paliatywna – w końcu też nie poprawia zdrowia… Poza tym, tak na zdrowy chłopski rozum – to efekt bezpłodności jest problemem, bo ludzie nie mogą mieć dzieci. Sama niemożność posiadania dzieci nie jest koniecznie powodem do zmartwienia, jak na przykład niewykryta choroba wieńcowa, bądź właściwie każda inna jednostka chorobowa, albowiem nawet jeśli przyczyna bezpłodności nie została wyeliminowana, to bardzo rzadko przekłada się to na inne poważne problemy zdrowotne! Tak więc, jeśli pojawiają się w końcu dzieci, to problem bezpłodności znika! Mało kogo obchodzi w tym momencie czy są “wyleczeni”.

(more…)

Aborcja a in vitro – podstawy dla prawicowych polityków

Thursday, October 25th, 2012

Prawicowi politycy nigdy nie byli jakimś tuzami z biologii i medycyny, ale to, co się dzieje w tym tygodniu przekracza już wszelkie pojęcie. Najwyższy czas tym panom wyłożyć co i jak, żeby przestali się ośmieszać i przy okazji obrażać innych ludzi.

Po pierwsze: aborcja NIE MA NIC WSPÓLNEGO Z IN VITRO. Kapitalizacja nie jest tu przypadkowa. Tyle jest wokół tego jakiegoś bzdurnego zamieszania, więc warto wyłożyć sprawę jasno i dużymi literami. Dobrym przykładem jest ta oto wypowiedź prezesa największej partii opozycyjnej:

15 tys. razy in vitro oznacza bardzo, bardzo wiele aborcji

Nie mam pojęcia co właściwie miał na myśli, ale najwyraźniej należy mu wytłumaczyć znaczenie słów, których używa. Aborcji dokonuje się na zaimplantowanym zarodku – to jest zarodku, który już się zagnieździł w macicy. Celem aborcji jest przerwanie ciąży. Z kolei in vitro to metoda leczenia bezpłodności. Polega na pobraniu gamet (czyli spermy i komórki jajowej) i dokonaniu zapłodnienia (czyli połączenia tych komórek) pozaustrojowego (czyli w tzw. “próbówce”). Uważna czytelniczka i uważny czytelnik zauważą kilka różnić między tymi dwoma procedurami medycznymi. Można by mówić o metodach i narzędziach, ale wydaje mi się, że dość kluczowe jest zastosowanie. Jedna z metoda ma na celu zapłodnienie i implantację zarodka, a w konsekwencji ciążę i dziecko bądź dzieci, a drugie ma na celu przerwanie ciąży i niedopuszczenie do jej donoszenia. W telegraficznym skrócie dla polityków zabieganych między konferencjami prasowymi a wywiadami w mediach prowadzonych przez osoby duchowne – in vitro -> dziecko, aborcja ->brak dziecka.

(more…)

Rzecz o hodowaniu dzieci

Wednesday, October 17th, 2012

Przedwczoraj był ważny dzień dla pana premiera. W jeden wieczór zaliczył wywiad u dwóch dziennikarskich sław – Olejnik i Lisa. W każdym sypał swoimi “liberalno-konserwatywnymi” mądrościami, ale wyjątkowo wkurzający był jeden tekst:

To jest debata, w jakim wieku może być para, żeby korzystać z procedury in vitro… czy pary gejowskie mogą korzystać pośrednio z procedury in vitro, powiem brutalnie, hodując dziecko po to, żeby być jego rodzicami. To są bardzo poważne dylematy o charakterze etycznym, medycznym.

Nie powiedział pan brutalnie panie premierze – powiedział pan to obraźliwie i homofobicznie. Brutalnym stwierdzeniem byłoby powiedzenie, że PO jest partią bezideowych oportunistów. Obrażanie ludzi, którzy chcą mieć dzieci, kobiet, które chcą ich w tym wspomóc i samych dzieci nie jest brutalne, ale po prostu ohydne.

Nie rozumiem, czemu dzieci homoseksualistów miałyby by być bardziej hodowane, niż heteryckie? Na pewno są bardziej chciane, bo nie może być mowy o wpadce. Są wyczekane, wytęsknione i zaplanowane. Czy to źle? Nie jest ważne, jakiej płci są rodzice ani ilu ich jest. Do poczęcia dziecka zawsze potrzeba tych samych składników – spermy, komórki jajowej, macicy. Na czym konkretnie miałaby polegać “hodowla” (co za okropne słowo!)? Na tym, że kobieta, która ciąże donosi, nie będzie potem dziecka wychowywać? Adopcja nie jest nową instytucją. Co więcej – w Biblii, księdze, która coraz bardziej zdaje się stawać podstawą programową niektórych członków PO – jest precedens kobiet rodzących dzieci i oddających na wychowanie parom, które same ich mieć nie mogły (na przykład Sara i Abraham). Owszem, były to pary heteroseksualne. ALE CO Z TEGO?!

Ciekawa jestem czy takim samym obrzydzeniem napawają pana bezpłodne pary heteroseksualne, które korzystają z usług surogatek (z użyciem in vitro bądź bez). Wedle pana definicji to też hodowla dzieci – która na polskim rynku ma się całkiem nieźle. Ludzie są dobrzy, źli i tacy sobie, i granice te nie przebiegają wedle orientacji seksualnej. Jak to ładnie mówią Anglosasi: get the fuck over it! Nie wszyscy czują pociąg do płci przeciwnej, i to nie powód, żeby ich dyskryminować.

Ale wracając do “hodowli”. Co z lesbijkami? Wspomina pan o procedurach in vitro dla par gejowskich, ale co z kobietami, które żyją z kobietami? Czy mają po prostu udawać “stare panny”? Co będzie, jeśli w końcu wprowadzona zostanie jakaś forma związków partnerskich, i dwie kobiety go zawrą? Przydało by się na chwilę odłożyć homofobię na bok i zastanowić się nad meritum swoich poglądów.

Pan premier powiedział, że w sprawie in vitro nie przejdzie ani “czarny ani tęczowy” projekt. Chciałabym, żeby dostrzeżono, gdzie w rzeczywistości leży różnica między tymi projektami i, generalnie, tymi światopoglądami. “Tęczowi” nie będą nikogo zmuszać do in vitro ani do związków partnerskich – chcą dać możliwości tym, którzy ich nie mają i są przez to dyskryminowani. “Tęczowe” idee oddają moc decyzyjną w ręce ludzi, których te decyzje będą się tyczyć. “Czarne” (wedle premierowej nomenklatury) projekty chcą za nas wszystkich podejmować decyzje zgodnie z de facto wykładnią prawno-teologiczną innego państwa (Watykanu). Projekty te chcą zmuszać i zabraniać, zamiast pozwalać i niwelować dyskryminację. Jeśli sumienie jest tak poważnym argumentem w tym państwie (w aptece, u lekarza i w sejmie), to dajmy wreszcie możliwość samym obywatelom i obywatelkom podejmować decyzję zgodnie z naszymi sumieniami!!