bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Jak z Płatka: Rozprawka penitencjarna czyli rzecz o czytaniu Uczty i sennym uwięzieniu.

August 5th, 2015 by Monika Płatek

Problem zaczął się, gdy poplątały się porządki dnia i nocy. Po chwili już trudno było zapanować nad sytuacją i odróżnić elementy dzienne od tych ze snu. Wydawało się, że słoń swobodnie przebierający trąbą w książkach musi pochodzić ze snu. Niestety, nerwowy komunikat, że nocą uwolnił się ulubieniec miejskiego ZOO wprawił wszystkich w niekłamane zakłopotanie.

By The author is nickandmel2006 on flickr (Transferred from en.wikipedia to Commons.) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

By The author is nickandmel2006 on flickr (Transferred from en.wikipedia to Commons.) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

Senne zjawiska znikały. W ten sposób, choć dopiero post factum można się było zorientować skąd przybyły. Słonia nie dało się zniknąć. Przyzwyczajeni, że rozgardiasz spowodowany sennymi zjawami unicestwia się samoistnie i powraca porządek, nie wiedzieli, co robić. Książki porozrzucane bezładnie wyglądały na nieszczęśliwe. Nagle Piotr wpadł na pomysł, by ustalić, czy słoń przypadkiem nie szuka konkretnej pozycji. Podszedł, pogadał z nim sobie na ucho i z podniesioną w geście tryumfu dłonią odwrócił się do pozostałych. Najwyraźniej wiedział. Jak zwykle pociągnął nosem, zrobił krok w kierunku właściwej książki i zniknął. Piotr był ze snu.

Marianna śniła całą tę scenę siedząc między jawą, a snem w sali wypełnionej podobnymi do niej, zmęczonymi ludźmi. Słuchali – nie słysząc. Patrzyli – nie widząc. Od ziewania szkliły im się oczy. Od siedzenia – rdzewiały, drętwiały im siedzenia. Monotonne szemranie prelegenta przerywał od czasu do czasu ożywczy metaliczny dźwięk telefonu komórkowego.

Marianna wiedziała, że Słoń szuka „Uczty” Platona. Zjadł tonę jabłek zanim zrozumiał, że coś jest nie tak – nie o taką tu połowę chodzi. Zaczął się też na koniec zastanawiać i zrozumiał, że tylko we śnie zjadanie jabłek może się skończyć stworzeniem słonicy. Słoń tęsknił do słonicy. Nie chciał jednak o niej śnić. We śnie był Kritonem. Całkiem szczupłym Kritonem jak na słonie rozmiary. Trochę go to peszyło, ale tylko trochę. Słyszał jak współbiesiadnicy mu współczują i za jego plecami szepcą chichotem o jego przelewającym się tłuszczu. Słoń miał uszy, świetne uszy. Nawet jako Kriton wachlował się nimi swobodnie. Jeszcze swobodniej słyszał i to, co mówiono do niego wprost i co szeptano z dala od niego.

Podśmiewywał się z obecnych. Z punktu widzenia słonia większość ich problemów była pozbawiona sensu, tym bardziej, że i tak kończyła się ze świtem. Sprawiali wrażenie na serio nie mających o tym bladego pojęcia. Po prawdzie słoń dostał się tam tylko dla jabłek, winogron i lemona. W ZOO dawali mu to, co zwykle jedzą słonie. On jednak nic nie mógł poradzić na to, że wolał jabłka. Któregoś dnia Piotr, chłopak ze snu, który we śnie przychodził do ZOO przynosząc mu jabłko – razem z owocem przyniósł niegruby, prostokątny, gibki, szeleszczący przedmiot niejadalnej treści. Piotr mu wyjaśnił, że to papier, tusz, sklejka, karton, pomysł i myśl – jednym słowem książka. Ponieważ Piotr nazywał to najwyższą strawą Słoń raz jeszcze próbował przystosować trąbą książkę do przełknięcia, ale się nie dała. Za to Piotr tak trząsł się ze śmiechu, że aż Słoń się przebudził, a Piotr zniknął.

Słoń zaczął się uważniej przyglądać ludziom. Okazało się, że Piotr wcale nie jest wyjątkowy. Matka pchająca powoli, nieco niedbale wózek też trzymała przed sobą ten dziwny przedmiot cała na nim skupiona, gdy tymczasem jej dzieciak mało co, nie wypadając z wózka starał się uchwycić trąby Słonia. I Słoń chcąc nie chcąc, a dalibóg zdecydowanie bardziej nie chcąc niż chcąc, musiał trąbą wepchnąć malca do wózka. Zamiast wdzięczności spotkał się z wrzaskiem dzieciaka i uwagami matki o już całkiem niecywilizowanych zwyczajach słoni. A najgorsze było to, że paniusia pogadała, pogadała i znów wsadziła nos w to coś, co Piotr nazywał książką.

Słoń przyjrzał się bliżej Robertowi. Ten też nie był inny. Był na pewno z jawy. Przychodził, czyścił jego stajnię i było czysto, nawet jeśli sny pełne były odpadów z niekończącej się uczty, na której bywał już zanim wiedział, że bywa u Platona.

Piotr przychodził z książką i znikał. Robert przychodził z miotłą i widłami, nie znikał, ale i nie odchodził. Na koniec rozkładał w rogu stóg siana, układał się na nim wygodnie i zapadał. Dotychczas Słoń myślał, że jego stajnia to najlepsze miejsce do spania, ale kiedy bliżej przyjrzał się kącikowi, w którym zaszywał się Robert dostrzegł, że w samym rogu trzyma on spore pudło. Za małe na miotłę i widły, za duże na jabłko, którym niekiedy się z nim dzielił. Zajrzał, więc wreszcie któregoś dnia do środka. Po brzegi wypełniona była tym, co Piotr nazwał książką.

Więc on tu do mnie przychodzi na czytanie – zadumał się. No, no no? A ja myślałem, że to leń. Posprząta u mnie raz dwa i w kimę. Już nawet bałem się, że to może ja daję mu taki zły przykład. Piotr czyta, baba z dzieckiem czyta, Robert czyta. Co jest w tym czytaniu? I nagle doznał olśnienia. Marek – ten też, ten też czyta.

Zrobiło mu się ogromnie smutno. Marek, Słoń myślał, jest jego. Dawniej, dużo dawniej Marek przychodził tu do Słonia, tak jak i teraz. Siedział z tym czymś w ręku, ale raczej trzymał to tylko niż pochłaniał. Nie miał w sobie nic z baby z wózkiem. Tamta widać, że wlazła niemal do środka treści. Marek to patrzył na niego, to na alejkę, to znów na alejkę. I za każdym razem po takim następnym spojrzeniu przychodziła Marianna.

Słoń nie wiedział czy Marek stwarza Mariannę spojrzeniem. Był pewien, że on ją spojrzeniem rozkwita. Widział Mariannę i wiedział, co ona czuje, bo on – Słoń czuł to samo. Ilekroć Marek spojrzał na niego Słoń rozkwitał. Nabierał ciała, animuszu, trąba mu się prężyła, a uszy szły do góry. Piękniał i dobrze mu z tym było.

Marianna przychodziła. Stali oboje przez chwilę przy nim, przy Słoniu i odchodzili. Tak to trwało. Trwało długo. Aż któregoś dnia Marek spoglądał w alejkę częściej niż zwykle. Im on bardziej patrzył, tym bardziej jej nie było. Nielekko było nabrać ciała pod jego ciężkim spojrzeniem. To znów trwało czas jakiś. Nieco później spojrzenie zelżało, ale przychodzenie się nie skończyło. Marek był i słoń był pewien, że jest tu już teraz całkiem dla niego.

Od tego bycia Słoń nie wyobrażał już sobie przestrzeni bez Marka. Teraz jednak pod wpływem Piotra, baby z wózkiem i Roberta Słoń zwątpił po raz pierwszy. Z kim on był? Czy rzeczywiście z nim, ze Słoniem, czy raczej z czytaniem?

To prawda przychodził niemal codziennie. Przychodził nawet zimą i w jesienne słoty. Przychodził, gdy wszyscy inni już nie przychodzili. Ale i wtedy miał przy sobie ten przedmiot. Czasami stał, czasami siedział. Zawsze z nosem w książce. Dotychczas myślał o sobie jak o dużym zwierzu, co wszystko słyszy. Teraz zrozumiał, że tak naprawdę służy zupełnie w innym celu. Słoń służy do czytania.

Robert tylko na niby sprząta, baba z wózkiem tylko na niby idzie na spacer z dzieckiem, Marek na niby stwarza Mariannę. Im wszystkim tak naprawdę chodzi o czytanie. Dowód? Proszę bardzo – Piotr ze snu. Raz, ze dwa razy wpadł tu z jabłkami, ale jak tylko się przekonał, do czego służy słoń, też jak wszyscy pozostali – zjawił się z książką.

Dlaczego on sam tak długo o tym nie wiedział? Gdyby mógł spochmurnieć chętnie by to zrobił, ale jego trąba zbył była pomarszczona, by wyszło to efektownie. Zapadł więc w sen. We śnie zjawił się Piotr. Oczywiście był z książką. Słoń poprosił, by Piotr mu poczytał. I tak się to zaczęło. Ciągle we śnie, ale już po pierwszej lekturze owinął się dokładniej w chiton i powlókł piaszczystym traktem w stronę domostwa Platona. Było obszerne, ocienione akacjami i drzewami oliwnymi, a mimo to nie głuszyły muzyki. Przynajmniej, on Słoń słyszał ją doskonale. Postanowił nie wchodzić od frontu tylko przecisnąć się wolnym od żywopłotu przesmyku.

Już miał zrobić krok, gdy słonia natura podpowiedziała mu, że musi uważać bo stąpnie na coś dużego, co żyje. Stanął obok, schylił się do ziemi, obmacał dookoła siebie trawę i natknął się na ramię. Podciągnął ramię do góry razem z wrzaskiem, jaki dobył się z reszty podnoszonego. Głos krzyku był mu dziwnie znajomy. Co jak co, ale nawet we śnie Słoń nie umiał, a i nie chciał rezygnować ze swego słuchu.

Marianna? Słoń nie mógł uwierzyć, że to przestraszone straszydło, które trzymał w ręku to naprawdę ona. Szarpała się, więc postawił ją na Ziemi.

Skąd znasz imię moje, Panie?  – głos miała zalękniony, a wzrok wyraźnie zmieszany.

Bo jestem Słoniem –odpowiedział zgodnie z prawdą. Prawda najwyraźniej do Marianny nie przemawiała. Gdyby miała gdzie uciec pewnie by to zrobiła. Nie miała gdzie, bo słoń całym sobą zastawiał dziurę w żywopłocie, a za nią była już tylko Uczta. Drżała cała i zupełnie nie przypominała Marianny z ZOO, rozkwitającej, zakochanej, pewnej siebie.

Wyjąkała wreszcie nie spoglądając na niego. Panie – odpuść mi, bo będę zhańbiona. Odejdę i już tu nie wrócę. W ogóle nie powinnam była przychodzić. Tu nie mój Pan mieszka i nie tu służę, wybacz. Nie uciekałam, jestem wiernym niewolnikiem.

Marianno, przerwał jej, nic nie rozumiejąc. O czym Ty opowiadasz, to ja, popatrz. To ja słoń z trąbą – powiedział wskazując na rozwiany chiton. A w każdym razie tak mu się zdawało, że powiedział, bo równie dobrze mogło być, że odebrało mu mowę. Bo dumna, rozkwitającą w Zoo Marianna, tu patrzyła na niego wzrokiem błędnym z przerażenia. I nagle zacisnęła powieki, skuliła się w sobie i przykucnęła rękami zasłaniając głowę.

Słoń patrzył skonfundowany i zniesmaczony. Może to jednak nie ona. Ta tutaj zachowuje się jak całkiem pomylona. Obszedł ją starając się jak mógł najbardziej nie dotykać jej, ale i tak potrącił ją brzuchem, aż się przewróciła. Zaskowyczała, zawyła niczym jakiś pies.

Tak, pomyślał, to nie może być ona. Poszedł na Ucztę, wszedł do środka, próbował zapomnieć zjadając większą porcje lemonów niż zwykle, ale ta żałosna postać jak wiernie podobna do Marianny nie dawała mu spokoju. Chciał do niej zadzwonić korzystając z tego, że uwolnił się od trąby i zezłościło go, gdy uświadomił sobie, że zamiast trąby ma ręce w czasach, gdy nikt jeszcze nawet nie zaczął myśleć o wymyślaniu telefonu.

Dlaczego była taka przerażona? Dlaczego się kuliła, po co skowyczała, i co u licha znaczyło to jej gadanie o niewolniku, dobrym niewolniku? Dlaczego, poza tym tak bardzo się przeraziła słysząc, że jest Słoniem? Liczył przecież na to, że ją to ucieszy.

Miał usta wypchane słodkimi, pękającymi od dojrzałości winogronami, gdy przysiadł się do niego młodzian niezwykłej urody. Kogoś mu przypominał? Marka? Niemożliwe. Sen był terenem zarezerwowanym dla Piotra. Skoro jednak przyplątało tu Mariannę, kto wie. Nie zdążył jednak tego wyjaśnić. Młodzieniec sięgnął, bowiem po następną kiść winogron i zaczął po jednym ze śmiechem pakować mu je do ust. Przymilał się przy tym i przytulał do jego potężnego ramienia. Podrap mnie za uchem – poprosił Słoń. Młodzieniec chętnie spełniał jego prośbę, dzięki czemu słoń mógł wreszcie złapać trochę tchu. Od nadmiaru winogron zbierało mu się na mdłości. Słuchaj, spytał go całkiem poważnie, dlaczego to robisz? Młodzieniec nie przerywając głaskania spojrzał na niego wzrokiem tak zdziwionym, że starczyło to za odpowiedź. Czy Ty jesteś Markiem? Oczywiście, a kimże innym. Markiem wczoraj, Markiem dzisiaj i jutro też Markiem.

Innym razem Słoń by się ucieszył, ale teraz nie mógł sobie poradzić z piskiem Marianny w uszach – ten pisk wciąż jeszcze tkwił w nim i przeszkadzał. Nigdy jednak dotąd nie rozmawiał z Markiem, o czym ten zdawał się nie mieć pojęcia. Zaryzykował jednak i wyznał – Marku, tam w krzakach piszczy Marianna. Tym razem – Marek mocno przez sen odmłodzony powstrzymał dłoń i spojrzał na Słonia zaniepokojony.

Kritonie, czy dobrze się czujesz? Jaka Marianna? Słoń nie chciał powiedzieć „Twoja” Marianna, powiedział, więc tylko – no wiesz, ta, ta sama, co Marianna z ZOO.

ZOO? Marek wyglądał na zagubionego. Nie przypominam sobie willi o takim imieniu Kritonie. A jeśli masz na myśli te obłąkaną niewolnicę, to nie przejmuj się. Jej zadaniem jest się błąkać, moim jej nie dostrzegać. Ona przychodzi tu dla mnie, a ja dla Ciebie Kritonie.

Słoń poczuł od tego wyznania błogość. Marek karmiący go winogronami, Marek skrobiący go za uchem, wreszcie Marek bez książki. Marku, Słoń zniżył głos, ale Ty wiesz, że jestem Słoniem prawda? Jesteś Mistrzem, Kritonie, Mistrzem, a moją radością jest Ci służyć.

Słoń nie rozumiał gdzie podziela się błogość, ale nie ulegało wątpliwości, że w pył się rozpierzchła. Ciekawe, nigdy, przenigdy nie przepadał za Marianną. Jednak to piszczące stworzenie na zewnątrz było mu teraz bliższe, bo prawdziwsze niż ten młokosowaty, nadęty i pokracznie usłużny gnom z twarzą Marka.

Marku, poprosił, idź przyprowadź mi Mariannę i znajdź jeszcze Słonicę. Marek wyszedł, a Marianna otrząsnęła się z niesmakiem. Śniła ten koszmar wraz ze Słoniem. On w ZOO, ona w Bukareszcie. On na sianie, a ona w niewygodnym konferencyjnym krześle. Zła była na Marka ze snu. Nawet we śnie nie potrafił być szczery. Tuż przed przyjściem Słonia tulił ją w ramionach, płakał i prosił, by się przebudziła i przyszła na ławkę do ZOO. Wystarczyło jednak pierwsze, ciche trzaśnięcie gałązki żywopłotu, by od niej odskoczył. Tchórz, nawet we śnie nie potrafi się zachować jak prawdziwie odważna kobieta. Marianna zachichotała. Jej sąsiad z ławki obok spojrzał na nią zdziwiony. Wykład stawał się coraz nudniejszy, naprawdę nie było się, z czego śmiać. Zrozumiała jego spojrzenie – właśnie dlatego staje się to tak śmieszne, szepnęła. Rozbawiony, że się domyśliła też zachichotał. Wiesz, Ty jesteś z Polski, a ja tęsknię za Zakopanem, to może pójdziemy na kawę? Znał takie miejsce w pobliżu parku, na tyle daleko od wody, że bijący od niej smród już nie dochodził i na tyle blisko, by sam jej widok mógł zachwycać. Marianna czuła, że powinna uprzedzić Piotra zanim Słoń naprawdę narozrabia w księgarni. Nie znała jednak nawet imienia tego, co tęsknił do Zakopanego. Tym bardziej nie mogła mu powiedzieć – poczekaj aż dośnię spotkania z Piotrem. Spytanie o imię nieznajomego niewiele by tu zmieniło. Wstała więc, nieco szurając przy tym krzesłem i nie patrząc na prelegenta – wyszła z sali. Jej nowy znajomy był przybyszem z Tybetu. Rozmawiali po rosyjsku i po angielsku. Ciekawe, rosyjskiego nauczył się w Londynie gdzie specjalne kursy praw człowieka zorganizowane były przez Polaków i Rosjan po rosyjsku. Angielski zaś szlifował w Moskwie, sam tym razem prowadząc kursy praw człowieka. Powtarzam Ci Marianno – powtarzał, jeśli chodzi o naukę języków obcych – nie ma to jak kursy praw człowieka. A Zakopane? Przybysz z Tybetu rozmarzył się. Zakopane, trzy może nawet cztery dni, Maryla Rodowicz, kulig, ciupagi, górale, eh co tam górale, góralki, powtarzam Ci Marianno, góralki, a najlepsza z nich to ta Halka od Moniuszki, ona to kochać umiała, tak jak lubię, na śmierć kochać umiała. No i co z tej wielkiej na śmierć zostaje? Co zostaje? Tybetańczyk zdawał się nie rozumieć Marianny. Sen, Marianno, sen.

Marianna spojrzała na niego spode łba i zaryzykowała. A Ty…Ty znasz Słonia? Tybetańczyk zaśmiał się z cicha z moskiewskim akcentem. Marianno – przyjrzyj mi się – nie poznajesz. Nie poznawała, w końcu Platona widziała z daleka i tylko od tyłu. Widziała cienie i czuła się u żywopłotu jak w ciemnej jaskini, dokąd przenika niewiele światła. Słoń ze snu nie był zresztą Słoniem. Wystarczyło jednak wspomnienie, by powrócił skurcz w żołądku. Marek znów atakował. Zawołała. Przybiegli obaj i Słoń bez trąby i Marek w plączącym się chitonie. Już nie skowyczysz? Słoń nie mógł się zdecydować, czy to go cieszy czy raczej dziwi. Przemiana była zbyt nagle. Wskazała na okładkę. Uczta pozbawiona była prawdziwych jabłek, ale na szczęście nie brakowało jej słów. Wracamy, jednak wolę go czytać. Sen zniknął, stało się ZOO i zaczął nowy rozdział „Uczty” Platona.

Jak z Płatka: Euro, sądy i dyktatura. 

July 16th, 2015 by Monika Płatek

Rozwałka niezawisłych sądów proponowana przez PiS, to rozwałka państwa i możliwy wstęp do samowładztwa, typu dyktatury. Obecne praktyki sądowe nie są wolne od błędów, od poczucia, że dzieje się niesprawiedliwość. Nie jest remedium na to zastraszanie sądów i wprowadzania wymiaru według woli wodza wodzów, dyktatora , który pod pretekstem ludowej sprawiedliwości mści się, zastrasza, robi co chce. To już było. Źle się kojarzy. Panowie z dzisiejszego (16 lipca 2015) EKG (Ekonomia, Kapitał, Gospodarka) w TOKfm mówią, że Grecja i jej problemy z rządnością i wypłacalnością to tylko początek, że przed nami Hiszpania, Portugalia, Włochy.

download 2

Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy. Może się mylę, ale myślę, że ma to związek z tym, że każde z tych państw ma totalitarną przeszłość i dyktatorów na czele.

Dyktatura junty czarnych pułkowników w Grecji, Franko w Hiszpanii, Salazar w Portugalii, Mussolini we Włoszech. Przemoc, bezprawie, tortury, pozbawianie wolności i dorobku życia, poniżenie i zniszczenie poczucia kontroli nad własnym życiem. I to wszystko za każdym razem z błogosławieństwem hierarchów religijnych i pod pretekstem, że wiedzie nas Bóg.

Doświadczenie przeszłości jest wpisane w tkankę społeczną i kto wie, jak bardzo odciska się na nawyku, przyzwyczajeniu, wdrożeniu do nierówności, który wychyla się z nieuczciwych greckich rozwiązań.

Polski zamach PiSu na wymiar sądowy i sędziów – póki co jest zapowiadany. Ale już jest pamięć i skutki, tego, co już było za PiSu. Do dziś odzywa się czkawką i przeludnieniem więzień i zakładów psychiatrycznych.

Jesteśmy już społeczeństwem rozbitym, a przez to słabym, łatwym do manipulacji. Mamy najniższy w Europie poziom zaufania społecznego. To sprzyja nastrojom, by w imię „sprawiedliwości” zemścić się, dowalić tym, którzy wskazani zostaną za winnych. Sędzia, który się nie podoba Ziobrze, prokurator, który podskoczył Ziobry koleżce i paru profesorów, którzy odważyli się skrytykować szefa  i jego przybocznych.

Radziłabym uważać. Wydaje nam się, że to będą inni, ale zapukać mogą do naszych drzwi.   

Obywatelu i Obywatelko zadbaj o swojego Posła.

July 14th, 2015 by Baba Turek

Ostatnia dyskusja w Senacie pokazała jak wielkie są zaniedbania w służbie zdrowia. Kolejny raz mogliśmy zobaczyć do czego prowadzą zaniedbania w polityce zdrowotnej państwa. Zarówno jeśli chodzi o zdrowie fizyczne jak i psychiczne, posłów i posłanek oraz obywatelek i obywateli. Jest to sprawa wstydliwa ale warto zburzyć mur milczenia, który ją otacza.

By Piotr Drabik (Flickr: Budynek Sejmu RP) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

By Piotr Drabik (Flickr: Budynek Sejmu RP) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Pomimo wieloletnich i wielokrotnych prób poszerzenia  Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10, Polska dalej próbuje uaktulinić ją  pewne schorzeń. Tym wszystkim, którzy twierdzą, że nie warto zajmować się chorobami rzadkimi, warto przypomnieć, że zdrowie jest jedną z najbardziej cenionych przez wszystkich wartością i nie można nikogo pozbawiać możliwości leczenia. A pierwszym krokiem ku temu jest możliwość zdiagnozowania choroby.

Oto lista chorób, których nie udało się jeszcze oficjalnie dopisać do tej Klasyfikacji. Nie wolno nam jednak zaprzestawać prób i lekceważyć cierpienie jakie powodują, u chorych i zdrowych.

Oto one:

Syndrom STP (Stres Towarzyszący Pracy). Temat jest bardzo intymny i trudno o tym mówić bez zażenowania i skrępowania. Są na ten temat badania, tylko że ich się nie publikuje. Chodzi o to, jak posłowie i senatorzy są traktowani i w trakcie obrad Sejmu i Senatu oraz w czasie prac w komisjach. Takiego uprzedmiotowienia człowieka nie ma nigdzie. Oni o tym nie mówią, bo się wstydzą.

Zdarza się, że przygotowane przez ekspertów materiały wymagają umiejętności czytania ze zrozumieniem a nawet, że oczekuje się od nich rozumienia mechanizmów procesów społecznych! Bariera wstydu i upokorzenia, które temu towarzyszy, jest tym większa, że niektórym posłom i sentarom proponuje się nawet czytanie książek!!!! Zdarzają się sytuacje, że proponowane teksty usiane są wzorami matematycznymi (w których jest mnożenie a nawet potęgowanie czy całkowanie)! Czy to jest humanitarne?! Czy o takie degradowanie godności posła i senatora nam chodzi!?!

Stres towarzyszący tym  wygórowanym wymaganiom jest ogromny i wiele poważnych badań pokazuje, że jest on o wiele większy niż stres jakiego doznają żołnierze Polscy na polu walki, w trakcie misji pokojowych w Afganistanie!

Zespół Ocaleńca Partyjnego. Objawia się on tym, że politycy, którzy zbudowali swoją pozycję na kłamstwie, manipulacji, obrażaniu i niszczeniu faktycznych i urojonych wrogów politycznych oraz niszczeniu i usuwaniu  z życia politycznego tych wszystkich, którzy są od niej mądrzejsi i mają jakieś polityczne ideały mają bardzo głębokie, poważne problemy psychologiczne. Mają oni poczucie, że na swojej drodze do stanowiska, do karieru wiele jej braci i sióstr uległo destrukcji psychicznej, i straciło resztę złudzeń. Świadomość tych wszystkich karier politycznych, które zostały przez nich zniszczone  jest uciążliwa i powadzi, w skrajnych wypadkach, do poczucia wstydu i winy a nawet grzechu. Osoby takie cierpią również, ponieważ mają wrażenie (często prawdziwe!), że otoczone są pogardą innych. Mają też wrażenie, że nikt ich nie lubi i nie szanuje.

Syndrom Bezradnego Katolika. Dysfunkcjonalność  funkcjonującego w Polsce prawa, funkcjonujący Układu oraz regulamin Sejmowy sprawiają, że bardzo rzadko modlitwa, nawet najbardziej gorliwa, okazuje się być skutecznym  narzędziem zmiany prawa i osiągnięcia celów politycznych. Powoduje to głęboką frustrację u wierzących posłów i sentarów i kryzys wiary.  Zdarza się nawet, że mimo usilnych modlitw nie są oni wybierani na kolejne kadencje, co powoduje u niektórych z nich wręcz załamanie wiary a nawet odejście od Kościoła.

Parlamentarna Paranoja Funkcjonalna – posłowie i senatorzy zmuszani są do tego żeby deklarować publicznie i w mediach, że w pracach parlamentarnych kierują się interesami i dobrem nieistniejących według nich bytów, takich jak: Obywatel, Polak, Naród, Interes Społeczny. Niemożliwość przyznania otwarcie, czyje interesy faktycznie reprezentują oraz jakie są rzeczywiste cele ich aktywności politycznej sprawiają, że funkcjonują oni w dwóch światach: deklaratywnym, w którym odwołują się do bytów w których istnienie nie wierzą i którego nie rozumieją i rzeczywistym, który istnieje obiektywnie ale o którym nie mogą publicznie mówić. Funkcjonowanie w tych dwóch światach prowadzi do sytuacji w której gubią się i tracą poczucie tego co istnieje naprawdę a co tylko w ich głowach. W skrajnych przypadkach zdarzają się próby ignorowania betonowych ścian, z naprawdę opłakanym skutkiem. Prowadzi to także do sytuacji, które skutkują upokorzeniem i zerwaniem komunikacji z kolegami z partii. Bardzo utrudnia to funkcjonowania w partii i prowadzić do marginalizacji partyjnej a nawet usunięcia z list wyborczych. 

To są rzeczywiste  choroby, które niszczą na co dzień naszych wybrańców. Trzeba coś z tym zrobić.

Obywatelko i obywatelu pamiętaj o tych jednostkach chorobowych kiedy będziesz głosował!

Jak z Płatka: Zielono mi.

July 13th, 2015 by Monika Płatek

Kolor zielony, to kolor nadziei. Kolor zielony to także kolor medycznej marihuany. I kolor znaczka noszonego na znak solidarności z chorymi i ich rodzinami, którzy domagają się zalegalizowania medycznej marihuany.

By Dohduhdah (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

By Dohduhdah (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

Uzasadniona jest troska władz o zdrowie obywatelek i obywateli. Uzasadnione jest w ostateczności uciekanie się w tym celu nawet do prawa karnego; jeśli jest w ostateczności. Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 4 listopada 2014 r., (SK 55/13), nie wykluczył, że przeciwdziałaniu narkomanii mogą służyć i restrykcje karne. Jednocześnie dostrzegł, że ze względu na ochronę praw konstytucyjnych, polityka antynarkotykowa w Polsce również powinna zmierzać do zmiany priorytetów w polityce przeciwdziałania narkomanii. Jej optymalizacyjnym celem mogłaby być depenalizacja określonych czynów związanych z posiadaniem marihuany. Ten sam Trybunał już w 1999 roku potwierdził, że Konstytucja gwarantuje każdemu prawo do ochrony życia i zdrowia (art. 38 i art. 68 ust. 1 Konstytucji RP). Zauważył też, że istotą demokratycznego państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP) jest zaufanie obywateli do państwa i stanowionego przez to państwo prawa. To wymaga poszukiwania harmonii i unikania prześladowania ludzi karami. Aby państwo było demokratycznym i praworządnym, nie tylko z nazwy i nie tylko na papierze, nie można karać ludzi za to, że starają się ratować życie, zdrowie i ukrócać ból. Nie można zamiast lekarzy, nasyłać na ludzi prokuratorów, i wsadzać do więzienia, gdy słusznym miejscem jest przychodnia. Niewiele też ma z demokratycznym państwem prawa produkowanie przestępców z tych, którzy dla ocalenia siebie lub najbliższych, skazani są na zdobywanie leczniczej marihuany nielegalnie; bo legalnie nie jest dostępny ani olej, ani maść, ani proszki. O tym jak naturalna jest wola do ratowania najbliższych dobrze świadczą protokoły zatrzymań. Z półtoralitrowej przewożonej nielegalnie butelki oleju, w protokole zatrzymań odnotowany zostaje tylko litr. Gdzie podziało się pół litra? Z kilku pojemników maści robi się jeden; gdzie zniknęły pozostałe?…Choroba nie wybiera, trafia pod różne strzechy tyle, że nie każdy jest zatrzymany, nie na każdego polują.

Polują? Czy ja aby nie przesadzam? Niestety nie. Tak właśnie się czują i tak bywa. Gwałciciel odpowiada z wolnej stopy, ludzie, którzy dla chorego dziecka lub matki zatrzymani zostali na granicy z olejem z marihuany są aresztowani, trafiają za kratki i są traktowani jak groźni przestępcy. Tymczasem marihuana stosownie przetworzona leczy. Wiemy to. Najbogatsi mogą ją nawet nabyć legalnie. Lek na jej bazie na określone schorzenia jest na receptę dostępny legalnie. Kosztuje 4 000 zł miesięcznie. Nieliczni, najbardziej wytrwali, zdeterminowani i też niebiedni mogą uzyskać zgodę na sprowadzenie oleju, maści, pigułek – przetworów marihuany od Ministerstwa Zdrowia.

Taka wybiórczość i arbitralność jest niestosowna i niehumanitarna. Trybunał Konstytucyjny dostrzegł i to i dlatego postanowił 17 marca 2015 r., przedstawić Sejmowi myśl, że czas już uregulować kwestię medycznego wykorzystania marihuany (S 3/15). Podkreślił, że nam się prawo rozłazi jak stare skarpety. Mamy lukę i w obecnym stanie prawnym, nie ma możliwości legalnego zaopatrzenia się w leczniczą marihuanę i wykorzystywania jej do celów medycznych. Trzeba to zmienić, zacerować. Nie można mylić zwalczania narkomanii z uniemożliwianiem leczenia i ratowania życia. Nie można robić przestępców, przetrzymywać w aresztach i pozbawiać wolności ludzi, którzy walczą o życie, zdrowie i uwolnienie od bólu dla siebie i swoich bliskich. Przegraliśmy w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w sprawie Kupczak przeciwko Polsce (sprawa 2627/09). Trybunał uznał, że pozbawiając środków przeciwbólowych, lekceważąc zdrowie i męczarnie z bólu uwięzionego, Polska złamała zakaz nieludzkiego i poniżającego traktowania (art.3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka). Wykonanie wyroku nie polega wyłącznie na zapłaceniu poszkodowanemu orzeczonej  przez Trybunał sumy. Prawidłowe jego wykonanie wymaga wprowadzenia zmian, które będą przeciwdziałać w przyszłości podobnym przypadkom. Jak to zrobić? Na początek usunąć z przepisów ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (Dz.U. 2005 nr 179 poz. 1485) możliwość kreowania przestępców, gdy rzecz dotyczy medycznej marihuany. Wyraźnie zaznaczyć, że nie stanowi przestępstwa użycie marihuany medycznej i jej przetworów. Uznać, że nie wszczyna się, a wszczęte postępowanie umarza się gdy posiadana lub uprawiana w niewielkich ilościach marihuana lub jej przetwory służą celom leczniczym zaleconym przez lekarza.

Już dziś prokuratura kierując się opinią prof. Krzysztofa Krajewskiego i czeskimi rozwiązaniami umarza postępowanie, gdy ktoś posiada niewielkie ilości marihuany na własny użytek. Gdy więc możliwe jest (i słusznie) umorzenie w przypadku użycia rekreacyjnego, tym bardziej stosowna jest dekryminalizacja posiadania marihuany i jej przetworów, gdy rzecz dotyczy leczenia i znoszenia cierpień.

Kolor zielony to kolor nadziei. Sama nadzieja jednak nie leczy i nie łagodzi bólu. Są wśród nas ludzie, którzy chcą żyć, wrócić do zdrowia, nie czuć bólu. Mają do tego prawo, a lecznicza marihuana może im pomóc. Zdecydowana większość społeczeństwa to rozumie i jest za legalizacją leczniczej marihuany. Czas, najwyższy już czas na Sejm. Niech się zazieleni.       

Autopromocja: “Kim jest Ślimak Sam”

June 1st, 2015 by Maria Pawłowska

Z okazji dnia dziecka pomysłałam, że najwyższy czasoficjalnie pochwalić się, że w zeszłym miesiącu ukazała się nakładem wydawnictwa Krytyka Polityczna książka dla dzieci “Kim jest Ślimak Sam“, którą popełniłam we współautorstwie z Jakubem Szamałkiem. Książeczka opowiada o przygodach Ślimaka Sama, które ma przy pisaniu reportażu o burzy i o tym, że nie ma jednego “naturalnego” sposobu na bycie sobą bądź rodziną.

okladka_slimak 2

Więcej o tym jak powstawałą książka i co nam przyświecało może przeczytać w wywiadzie, który z okazji premiery przeprowadziła z nami Anna Dryjańska.

A poniżej jeszcze trochę o książeczce – mam nadzieję, że na narobienie apetytu.

Jak się okazuje pierwszego dnia szkoły, ślimak Sam jest trochę inny niż reszta klasy. Nie może się zdecydować, czy jest chłopcem czy dziewczynką. Ze wstydu chowa się do skorupki, ale przecież nie może tak przeczekać wszystkich tych lat w szkole… Kiedy w końcu wychyla różki z ukrycia, w klasie czeka na niego kapibara Magda, szkolna pedagożka, która wysyła go ze specjalnym zadaniem do lasu. Ślimak spotka tam inne niezwykłe zwierzęta i dowie się, że nie ma jednego “prawidłowego” sposobu życia i tworzenia rodziny.

La donne es….

May 11th, 2015 by Maria Pawłowska

We Wrocławiu odbędzie się niebawem konferencja – wedle organizatorów naukowa, choć na to miano zasługiwałaby co najwyżej kilka wieków temu. Zapowiada się festiwal seksizmu w wykonaniu pięciu organizatorów – samych mężczyzn! – którzy będą konferować o „cykliczności płciowej kobiet” w kontekście prawa.

la donna e mobile plakat

Ale zacznijmy od początku

Temat pewnie wielu z Was zdziwi. Wyjaśnimy więc co trzeba i mamy nadzieję, że dojdziecie do wniosku, iż warto poświęcić czas na udział w tym niezwykłym naukowym spotkaniu.

Zgadza się – bardzo mnie zadziwił, ale czytajmy dalej.

Cykliczności płciowej kobiet, od jej początku (menarche) aż do końca (menopauza), towarzyszą różne następstwa, mniej lub bardziej dolegliwe, niekiedy mające duże znacznie także dla oceny prawnej różnych zdarzeń.

Na gruncie prawa cywilnego to nie tylko kwestia ważności oświadczeń woli, w szczególności istotna w odniesieniu do testamentów samobójczyń. Wiadomo bowiem z polskiego piśmiennictwa psychiatrycznego, że blisko połowa samobójczyń znajduje się w stanie napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki. Z innymi okolicznościami towarzyszącymi samobójstwom (depresja, spożycie alkoholu lub zażycie psychotropów) mogą być następstwa tej cykliczności doniosłymi dla oceny, czy taki testament jest ważny.

Wpierw sprawa absolutnie podstawowa. Już 3 lata temu największa analiza literatury naukowej i badań pokazała, że syndrom napięcia przedmiesiączkowego to głównie mit. PMS jest wykorzystywany (zarówno przez kobiety jak i mężczyzn) do tłumaczenia zachowań, które nie są społecznie akceptowalne. Wybuch gniewu łatwiej zwalić na hormony niż nierówne płace, nierówny podział obowiązków domowych czy choćby zwykłą chandrę. Jeśli przyczyną takich zachowań są „hormony”, to nie trzeba robić nic z tym, co do nich doprowadziło – wystarczy przeczekać.

Owszem, w wyniku „cykliczności płciowej” zdarza się, że kobiety gromadzą trochę wody w organizmie, mają lekko zwiększony apetyt i tak dalej. Ale daleko od obolałych piersi do samobójstwa! Nawet jeśli uznamy, że PMS istnieje, to zauważmy, że wedle definicji trwa od tygodnia do dwóch przed rozpoczęciem okresu. Dodajmy do tego kilka pierwszych dni okresu i mamy pół miesiąca. Czyli codziennie połowa kobiet ma PMS – nic  zatem dziwnego, że w związku z tym połowa samobójczyń odbiera sobie życie w czasie, kiedy mają rzekomo PMS. Jeśli miałoby to znaczenie, to samobójstw w okresie PMS powinno być dużo więcej!

Przypuszczamy, że znacząca może być społeczna doniosłość zaproponowanej problematyki dla ustalenia zakresu odpowiedzialności cywilnej za spowodowanie uszkodzenia ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia kobiety. Prawie wszystkie kobiety, które ulegają wypadkom komunikacyjnym lub wypadkom w pracy, mają bowiem potem zaburzony cykl miesięczny, niekiedy zostają wskutek takiego wypadku trwale ubezpłodnione, a nie słyszeliśmy, żeby kiedykolwiek dochodziły związanego z tym odszkodowania lub zadośćuczynienia.

Jak będzie można zobaczyć dalej,  to, co panowie organizatorzy „słyszeli”, jest ważnym elementem tej, rzekomo naukowej, konferencji. Oczywiście, utrata zdrowia w wyniku uszkodzenia ciała powinna być kompensowana. Ale cykl menstruacyjny może rozregulować choćby nieprzespana noc po imprezie, stres w pracy, wakacje, leki, alergie i wiele innych spraw. Warto ponadto przypomnieć, że regularne cykle mogą trwać od 21 do 35 dni i mieścić się w fizjologicznej normie. 28 dni to tylko średnia, a zróżnicowanie długości cyklu to w większości wypadków nie żadna nieregularność, tylko osobnicze zróżnicowanie.

Pokrewne zagadnienie dotyczy odpowiedzialności za szkodę spowodowaną przez samą kobietę np. podczas prowadzenia samochodu zważywszy, że blisko połowa kobiet ma podczas napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki zaburzenia słuchu określane jako patologiczne.

Jest bardzo niewiele solidnych przesłanek na podparcie twierdzenia, że PMS wpływa znacząco na słuch kobiet. Mamy za to mnóstwo statystyk pokazujących, że pomimo tego, iż kobiety stanowią prawie połowę kierowców w Polsce, są odpowiedzialne tylko za 1/5 wypadków. Tak więc nawet jeśli kobietom rzeczywiście pogarsza się słuch na pół miesiąca, nauczyły się z tym świetnie radzić i nadal prowadzą dużo bezpieczniej niż mężczyźni.

Osobne zagadnienie to odpowiedzialność lekarza za błędy w leczeniu zaburzeń cykliczności.

W jakimś stopniu to problem, który może się odnosić także do ochrony dóbr osobistych zdrowia lub intymności.

Tytułowe zagadnienie dotyczy także prawa karnego materialnego, związane jest tu z ograniczoną poczytalnością sprawczyni przestępstwa wówczas, gdy kobieta dokonała przestępstwa w okresie napięcia przedmiesiączkowego albo w pierwszych dniach miesiączki.

Przypominam, napięcie przedmiesiączkowe może trwać przez pół cyklu! Powyższe zdanie oznacza de facto, że przez połowę miesiąca kobiety nie odpowiadają za swoje czyny. To już było przerabiane przy okazji walki kobiet o prawo do edukacji, wyborów czy pracy poza domem. Argument niestabilności emocjonalnej (wywołanej hormonami) był za każdym razem głównym orężem przeciwników emancypacji. A tu wraca on pod przykrywką dbałości o kobiecy interes. Jeśli kobieta ma ograniczoną poczytalność jako sprawczyni przestępstwa w związku z PMS, to pewnie też nie nadaje się na posłankę, nauczycielkę ani elektrotechniczkę. Wszak za sprawą swych wiecznie rozchwianych humorów nie wie do końca co robi i może sobie albo komuś innemu zrobić krzywdę.

Wiąże się ono także z odpowiedzialnością karną za spowodowanie uszkodzenia ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia kobiety polegającego na zaburzeniu jej cyklu płciowego i związanych z tym następstwach.

Znowu – rozstrojenie cyklu (o czym sporo wiedzą osoby poważnie traktujące naturalne metody planowanie rodziny) mogą spowodować nawet zmiany pogody. Warto się zastanowić, czemu przywiązuje się aż tak wielką wartość do cyklu miesięcznego kobiety, jeśli nie jest on równany z płodnością, a rola kobiety z potencjalnym macierzyństwem. Choć ten temat powinien być Panom-organizatorom znacznie bliższy, żaden z nich nie pochylił się nad dolą przegrzewanych plemników, których coraz niższa (między innymi w związku ze warunkami pracy) jakość powoduje realne kłopoty z płodnością. Nie ma też ograniczeń kodeksowych dla prac, które mężczyźni mogą wykonywać w związku z ich potencjalnym rodzicielstwem. Pomimo tego, że do poczęcia potrzeba zarówno sprawnej komórki jajowej i plemnika, to ustawodawca zajmuje się (w kontekście kodeksu pracy) tylko zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Mało ma to wspólnego z ochroną macierzyństwa, a dużo więcej z patriarchalnym i protekcjonalnym regulowaniem ciał i praw kobiet.  Warto zaznaczyć, że nie każda kobieta chce być matką, a nawet jeśli chce, nie jest rolą ustawodawcy podejmowanie za nią wyborów zawodowych pod kątem ewentualnej reprodukcji.

Na gruncie prawa penitencjarnego to osobny problem związany z wykonywaniem kary pozbawienia wolności wobec kobiet oraz koniecznością uwzględnienia ich specyficznych potrzeb związanych z cyklicznością. Jeden z organizatorów tej konferencji wie o czym tu mowa nie tylko dzięki czasowi spędzonemu w czytelni, ale także wizytom w polskich więzieniach kobiecych.

Czy chodzi o dostęp do podpasek i tamponów? Bo przysięgam, że nie wiem, o co jeszcze mogłoby chodzić. Czyżby jeden z organizatorów przeczytał, że kobiety potrzebują produktów sanitarnych w trakcie okresu, a potem potwierdziły to jeszcze więźniarki (choć mogłyby też kobiety bez wyroków, gdyby jakąś zapytał)? Z kolei większość mężczyzn goli brody – i choć brzytwy to potencjalnie większy problem w więzieniu, to jakoś konferencji „Hormony a inkarceracja mężczyzn” (wszak za wzrost brody odpowiada między innymi testosteron) nie ma.

Zagadnienie wyeksponowane w tytule proponowanej konferencji rozważane jest także na gruncie kryminologii, a nawet grafologii.

W prawie pracy to bardzo poważny problem związany głównie z ochroną pracy kobiet, w szczególności z obowiązkiem wykonywania pracy, zwolnieniem z tego obowiązku oraz zakazem wykonywania prac szkodliwych dla zdrowia kobiety. Polskie prawo pracy w ogóle nie uwzględnia tego, że większość pracujących kobiet menstruuje, a dolegliwości z tym związane powinny być przecież uwzględniane nie tylko przy ustalaniu wykazu prac wzbronionych kobietom.

Kobiety na polskim rynku pracy mają różne problemy. Osobiście uważam, że największym jest dyskryminacja płacowa – jak pokazują najnowsze dane GUSu, kobiety zarabiają o 20% mniej od mężczyzn. Molestowanie seksualne i inne formy dyskryminacji ze względu na płeć to kolejne poważne problemy. Konieczność przychodzenia do pracy w trakcie menstruacji nie znajduje się w ścisłej czołówce. Przez większość historii ludzkości kobiety aktywnie brały udział w pracach na rzecz zapewnienia pożywienia społeczności,okres, czy nie okres – przez zbieractwo, polowanie, czy pracę na roli. Prawo polskie, jak i świeckie prawa innych demokracji, nie bierze pod uwagę tego, że kobiety menstruują, ponieważ nie ma to wielkiego znaczenia dla olbrzymiej większości aktywnych zawodowo kobiet. Szczególnie w dobie wysokiej dostępności środków higienicznych i przeciwbólowych.

Nawet w prawie projektowym i budowlanym problem ten daje o sobie znać; dotyczy projektowania w nowobudowanych zakładach pracy pomieszczeń i „urządzeń” uwzględniających szczególne potrzeby kobiet. W Polsce takie regulacje obowiązywały do niedawna, lecz zostały uchylone w czasach restauracji kapitalizmu. Ale w Bułgarii obowiązują do dzisiaj unormowania dotyczące obowiązkowego w większości zakładów pracy pokoju higieny osobistej dla kobiet.

Czy ten pokój to przechowalnia podpasek? Prysznice w pracy – świetnie. Ale dostępne też dla mężczyzn przyjeżdżających do pracy na rowerach i chcących się odświeżyć. Już mamy roczne urlopy rodzicielskie, które, wedle danych Ministerstwa Pracy biorą w 98% kobiety. Dorzućmy pracodawcom obowiązkowe zwolnienie z pracy w trakcie menstruacji, skrócony czas pracy w związku z PMS  i konieczność budowania tajemniczych „pokojów higieny osobistej” i mamy pewność, że zdecydowanie zmienimy sytuację kobiet na rynku pracy. Oczywiście na gorsze – bo będzie się opłacać zatrudnić mniej kompetentnego i gorzej wykształconego mężczyznę, który nie potrzebuje „kobiecych udogodnień”, niż wyższej klasy specjalistkę, rzekomo upośledzoną przez rozchwiane hormony.

Pewne zagadnienia związane z tytułową kwestią proponowanej konferencji pojawiają się i na gruncie prawa rodzinnego.

Oto link do artykułu, w którym w zarysie przedstawiono tę problematykę w prawie polskim:

http://www.bibliotekacyfrowa.pl/…/42765/30_Jacek_Mazurkiewi…

(rozważania medyczne i prawne znajdują się na stronie 333 i następnych).

Zaprzyjaźniony profesor medycyny powiedział jednemu z nas, że proponowana konferencja będzie najprawdopodobniej pierwszą taką konferencją na świecie. To, że będzie pierwszą w Polsce to oczywiste.

I panowie są ze swojej inwencji ewidentnie niesamowicie zadowoleni. Nie przyszło im do głowy, że nikt nie poruszał tego tematu, bo jest obraźliwy, seksistowski i kompletnie nienaukowy. Nie pomyśleli też, że warto chociaż jedną kobietę – która nie musi iść do czytelni ani konsultować się z więźniarkami, żeby dowiedzieć się o konieczności używania produktów higienicznych w trakcie menstruacji – zaprosić do komitetu organizacyjnego. A może zaprosili i nikt się nie zgodził?

Na koniec komentarz mojego zaprzyjaźnionego doktora (wprawdzie nie medycyny), który, kiedy pokazałam mu informację o tej konferencji, stwierdził, że „…równie dobrze mogliby dać tytuł „La donna e debile – psychicznie niestabilne wariatki z piekła”

Urban. Jak z płatka

March 20th, 2015 by Monika Płatek

Stowarzyszenie Koalicja Ateistyczna postanowiła uhonorować nagrodą Ateisty Roku, redaktora Jerzego Urbana. I stał się skandal. Wybuchł w łonie samej organizacji. I nie tylko przez wzgląd na wcześniejsze kandydatki do nagrody i nagrodzonych, ale z tej przyczyny, że dla niektórych stowarzyszonych redaktor Urban to przede wszystkim „Obmierzła gęba reżymu stanu wojennego”. Tych więc, co go wybrali uznano za komuchów z mackami zanurzonymi w Moskwie… Pomijam, że to na odległość trąci sporami o stołki, znaczenie i przywództwo duchowe wewnątrz samej organizacji; mnie chodzi o Urbana.

Prawdopodobnie niektórym się narażę, niejednemu podpadnę i kilku do siebie zrażę.

I co? I nic.

Wolę być lubiana niż nielubiana, ale nie za taką cenę.

Jaką? Jednak uczciwości i jednak myślenia.

Redaktor Jerzy Urban, w trakcie niedawnej debaty „Czy można się śmiać z religii”, słusznie zauważył, że byłoby świństwem śmiać się z Żydów w czasie II Wojny Światowej, ale dziś gdy okupują Palestynę i strzelają także do niewinnych śmiać się z nich wypada i nawet należy.

Parafrazując, można było nawet ostro nie cierpieć redaktora Urbana w czasie stanu wojennego, ale nie można – bo to obraża dobry smak i inteligencję – nie zauważać ile dziś robi dla religijnej neutralności, niezależności i praworządności kraju. Zwłaszcza dziś, gdy nawet z Radia Dla Ciebie, radia publicznego wywala się redaktorkę Elizę Michalik za to, że pozwala sobie reagować na teksty o tym, że feministki i gender to nazizm i faszyzm, a pedofilii księży winne są rozwodzący rodzice i same dzieci co lgną i się łaszą.

Tak się składa, że to „Nie” Urbana pisze o problemach, którymi powinna się zajmować wiodącą prasa i rząd. Tak się składa, że czasami to pod wpływem tego, co pisze sam Urban i w „Nie” Urbana i inne media i rząd biorą sprawy „na tapetę”. I bywa, że kończy się to, co wskutek przekrętów, nieczystych układów także na linii stosunków państwo-kościół rozwijało się i rozwijać mogło dalej, gdyby nie „obciach”, „ujawnienie” i „skandal” w piśmie Urbana. Że wulgarny? Jak cholera. Tyle, że u Urbana to chwyt erystyczny, sposób na przekaz, a nie język na co dzień. I wolę język „Nie” na piśmie, niż ten Panów na urzędach z restauracyjnych taśm „Sowa & Co”. I wolę troskę o neutralność i suwerenność państwa w stańczykowsko-boyowskim stylu Urbana, niż zakłamane świętoszkowate stukanie do kruchty wielu, w nadziei o własny stołek.

Urban się nie kłania. I jest w tym konsekwentny.

Rozliczenia stanu wojennego mogą być bolesne. Urban jako symbol odegrał rolę i trzeba i wtedy było charakteru, żeby z taką cyniczną lekkością skupić na sobie odium niechęci…i chronić Generała. Generała też można było wtedy nie znosić, ale trzeba wąskości horyzontów, by nie widzieć, że to, co robił szło nie z prywaty, ale z głębokiego przekonania, że chroni państwowość i chroni nas przed wojną.

Dzisiejsi sekretarze stanu fruwający z jednego kwiatka na drugi, opluwając partię, której za chwilę służą, bogobojnie pielgrzymujący z pokłonami do Pinocheta, zajęci kolekcjonowaniem zegarków i wypełnianiem woli Biskupów w czasach, gdy to ani potrzebne, ani godne od Generała mogliby się uczyć, gdyby ich było na to stać – klasy w przyjmowaniu i oddawaniu godnie władzy; a od Urbana – lojalności.

Miło więc sobie hodować resentymenty przeszłości, ale miarą otwartości jest zdolność do myślenia. I czy się Państwu to podoba, czy Nie, redaktor Jerzy Urban jest tym na którego można liczyć, że głupocie i zakłamaniu, choćby i pod płaszczykiem świętobliwości wytknie i fałsz i przekręt .

Aha, i gdyby ktoś pytał, to poza tym tak – ja poza tym zwyczajnie lubię  Redaktora Urbana.

Przełom. Jak z płatka

March 18th, 2015 by Monika Płatek

Nie ma dobrej racji, by traktować w Polsce ludzi nieheteroseksualnych jak obywateli drugiej, gorszej kategorii. Nie ma dobrej racji, by wywyższać jednych a poniżać i ograbiać z praw do więzi, partnerstwa i uznanego związku z powodu takiej, czy innej orientacji seksualnej. Tym bardziej wiedziałam, miałam to głębokie poczucie, że uczestniczę w stawaniu  się przełomu.

Byłam 17 marca 2015 na TEJ sali sądowej. Mój przyjaciel i kolega wydziałowy Jakub Urbanik zaskarżył odmowę kierownika warszawskiego urzędu stanu cywilnego wydania mu zaświadczenia o braku przeszkód prawnych do zawarcia małżeństwa za granicą z jego wieloletnim partnerem, który ma hiszpańskie obywatelstwo. W Hiszpanii małżeństwa jednopłciowe są dozwolone i respektowane tak samo jak różnopłciowe. Jesteśmy w Unii, która prawo do małżeństwa traktuje jako jedno z podstawowych praw człowieka. Wiąże z nim różne skutki, także to, że ludzie traktowani są jak bliscy, a nie sobie obcy. USC tymczasem odmawiając zgody na zawarcie związku polskiego i hiszpańskiego obywatela ślubu w Hiszpanii powołał się na to, że zezwolenie na zawarcie małżeństwa jednopłciowego za granicą byłoby naruszeniem konstytucyjnej zasady, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny.  Dlaczego w innym kraju, który uznaje małżeństwa jednopłciowe nie może go zawrzeć Polak/Polka z obywatelem/obywatelką tego kraju? Dlaczego Polska rości sobie prawo do czynienia z Polaków/Polek zakładników/zakładniczek swych fobii, niechęci i kompleksów?

Na sali sądowej było oczywiste, że dzieje się historia, zmienia rzeczywistość. Sędzia miała szansę. Nie skorzystała. Jej strata. Uznała, że skoro rozporządzenie nie pozwala, to mniejsza o ustawę, Konstytucję i Prawo unijne. Tymczasem adwokat, Jakub Urbanik i Jose Luis Alonso Rodriguez bez trudu za to w przepięknym stylu wykazali oczywiste.

Wykazali, że wewnętrzne polskie przepisy naruszają przyzwoitość, godność ludzką, Konstytucję i prawo unijne ograniczając prawa cywilne obywatelek/obywateli nie tylko Polski.  Ograniczają również prawo obywatela hiszpańskiego w korzystaniu z praw obowiązujących w Hiszpanii i ingerując i w jego życie osobiste.

Sąd mógł zadać pytanie Trybunałowi Sprawiedliwości tzw. pytania prejudycjalne: czy prawo UE sprzeciwia się odmowie wydania zaświadczenia o zdolności do zawarcia małżeństwa zgodnie z prawem kraju, w którym ma być ono zawarte? Nie skorzystał. Zrobi to zapewne inny sąd, ale odpowiedź znana jest już dziś – nie ma dobrej racji, by dyskryminować ludzi w korzystaniu z ich praw ze względu na orientację seksualną. 

W tym samym dniu, w innym sądzie – w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu zdecydowano się przyjąć skargę innego polskiego obywatela Tomasza Sz., który w podobnej sprawie zderzył się z polską rzeczywistością. Mogliśmy i wciąż jeszcze możemy naprawić dziejącą się dyskryminację w kraju. Wciąż mamy szansę, by nie robił tego za nas Strasburg.  Będzie druga instancja. Zobaczymy.


Cały tekst Ewy Siedleckiej w Gazecie Wyborczej 

Winny? To łatwy do obrony.

March 11th, 2015 by Monika Płatek

Jeśli prawdą jest to, że specjalna komisja potwierdziła zarzuty wysuwane wobec redaktora Kamila Durczoka o długotrwały mobbing, nadużywanie władzy i molestowanie seksualne podległych mu pracowników to, wcale bez ironii sądzę, że Kamil Durczok bez trudu, wygra – jako poszkodowany – w każdym sądzie.

Nie kpię i nawet mam nadzieję, że tak będzie, bo tylko wtedy „sprawa Durczoka” przestanie być jednostkowym zdarzeniem, a wpłynie na strukturalne zmiany.

"Tvn3" by Stara strona internetowa TVN - http://web.archive.org/web/20010701074236/http://www.tvn.pl/zd/tvn/tvn3.jpg. Licensed under Public Domain via Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tvn3.jpg#/media/File:Tvn3.jpg

“Tvn3″ by Stara strona internetowa TVN – http://web.archive.org/web/20010701074236/http://www.tvn.pl/zd/tvn/tvn3.jpg. Licensed under Public Domain via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tvn3.jpg#/media/File:Tvn3.jpg

1 stycznia 2004 roku weszły w życie przepisy kodeksu pracy (k.p.), które na pracodawcę/pracodawczynię nakładają obowiązek przeciwdziałania dyskryminacji i zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków pracy (art.94 kp). Mobbing, nadużycie władzy i molestowanie seksualne są zaprzeczeniem bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Pracodawca nie może udawać, że nie wie co to mobbing. Przepis, który to definiuje w art.94.3 k.p., rozumie już siedmiolatek (sprawdziłam). Podobnie jest z molestowaniem seksualnym i różnymi formami dyskryminacji. Nie trzeba się wysilać. K.p. wykłada jasno, że niepożądane zachowanie, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności pracownika/pracownicy i stworzenie wobec niego/niej zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery jest molestowaniem i przejawem dyskryminacji (art. 18.3a§5 k.p.). Molestowanie seksualne opisane jest paragraf dalej (art. 18.3a§6 k.p.). Jest tam jak, nomen omen, w Faktach wyłożone kawa na ławę, że molestowanie seksualne to każde niepożądane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownicy/pracownika, które poniża, uwłacza, narusza godność.

Przepis nie jest po to, żeby być. Nie jest nawet po to, choć wiem, że u nas trudno w to uwierzyć, aby można go było go na okrągło zmieniać w Sejmie. Jest po to, by działać.

Nie wystarczy powiedzieć Panie Durczok, jesteś Pan dorosły, przeczytaj Pan sobie. Pracodawca/pracodawczyni – bo to na nich spoczywa obowiązek – muszą sprawić, by działał w praktyce. Muszą dostarczyć procedur, wiedzy i jasnych reguł postepowania, gdy szef wsadza rękę pod spódnicę bądź wyżywa się pod pretekstem, że jest temperamentnym cholerykiem.

O tym, czy prawo działa przekonujemy się, gdy przepis i życie się rozchodzą. I jeśli wtedy brak procedur postępowania, które ukrócają mobbing i molestowanie w zarodku, to pracodawca, który o tym wie i nic nie robi – jest winny i powinien słono za to bulić.

Jeśli profesor łapie za biust studentkę i ona zostaję z tym sama, to wszystkie teksty prawne o niedyskryminacji nadają się z braku toaletowego na papier do kibla. Nie inaczej jest w telewizji i w każdym innym miejscu pracy, gdzie są zależni, podwładni i władni. Redaktor wrzeszczy, obraża się temperamentnie i sprawia, że przed spotkaniem z nim chce nam się rzygać i nie inaczej jest po spotkaniu. Mamy mdłości i wstręt do pracy bo czeka nas jego wrogość, rozbuchane ego, agresja, arogancja obleśne teksty i gesty. I ciągnie się to miesiącami pomimo, że idziemy z tym do zwierzchnictwa i prosimy, by z tym skończyło. Proponują nam, byśmy zamiast tego skończyli z sobą, znosili lub zmienili pracę. Redaktor więc dalej „wyróżnia” i wybiera. Zaliczy, jeśli zaliczy…też i z uczelni znane.

Czasy, gdy byłam studentką nie znały przepisów, a te o molestowaniu obowiązują od początku 2009. Skoro więc naprędce sklecona komisja w popłochu bada, czy zarzuty wobec redaktora Durczoka są prawdziwe to oznacza, że od 2009 roku co najmniej w tej instytucji nie było komisji, komórki, konkretnie przygotowanej do tego osoby, procedur i ich świadomości wśród wszystkich zatrudnionych, że istnieją praktyczne gwarancje przestrzegania przepisów kodeksu pracy chroniące przed dyskryminacją w postaci mobbingu, nadużycia władzy i molestowania, także seksualnego.

Przepisy mówią o procedurach, sprawnych, znanych, efektywnych. Gdy zgłaszano do szefów Durczoka jego niewłaściwe zachowania, kobiety słyszały – taki mamy tu klimat, jak suka nie da, pies nie weźmie, no wiesz jaki on jest, no nic się nie da zrobić, no sama jesteś sobie winna. Łamano prawo na potęgę udając, że nic się nie dzieje. Odbierano poza wizją urok Durczokowi i niszczono życie niszczonych i molestowanych przez niego ludzi.    

Teraz się to zmieniło? O.k., ale to trochę za późno. Redaktor Kamil Durczok miał prawo do tego, by i poza wizją pozostać miłym i uroczym. Władza degeneruje, tym szybciej i zwłaszcza jeśli przyzwala się na jej nadużywanie. Szczególnie gdy przywala się, by rozrastało się to, co w nas małe, skrofuliczne, co czerpie przyjemność z poniżania innych bo wtedy lula i usypia kompleksy, karmi rozbuchane pretensje, nieudolność, małość i wciąż nie dość dogłaskane ego.

W człowieku jest potencja. W dobrych warunkach nie musi się dowiedzieć, ile w nim drania zdolnego do wywyższania się, deptania, niszczenia  i nękania zależnych. W dobrych warunkach drań mógłby przy pierwszej próbie rozdziawania japy i sięgania nie do swoich majtek dostać czerwoną kartkę i komunikat – nie u nas, i nie z nami. Redaktor Kamil Durczok miał dobre prawo, by nie rozwinąć w sobie tego, co sprawiło, że gdy wreszcie się wybebeszyło zwinęło mu pracę, dobre imię i dobre samopoczucie.

Szybka komisja, szybkie ugody, żałośnie niskie odszkodowania? Mam nadzieje, że nikt się nie da na to nabrać. Skrzywdzeni przez Redaktora Durczoka mogą wymagać od Niego dużej kasy w ramach zadośćuczynienia, a on jej zwrotu od pracodawcy, który nie zadbał, o to, by ukrócić jego niewłaściwe zachowanie na samym jego początku i pozwolić mu zachować i dobre wynagrodzenie, i ciekawą pracę i twarz. 

Pracodawca też nie pozostaje bezsilny. Przed laty prowadziłam szkolenia dla różnych szczebli urzędników nadzoru pracy. Wydane zostały pieniądze na wykształcenie ludzi odpowiadających za państwową inspekcje pracy w zakresie mobbingu, dyskryminacji i molestowania. Wiedzieli co to i jak temu przeciwdziałać. Rechotali i trochę to trwało, by wybić im z głowy „tradycyjną kulturę”, że jak suka nie da to pies nie weźmie i jak nosi krótką spódnicę i wysokie obcasy to sama się prosi. Widać jednak nie ponieśli kaganka tam, gdzie powinni skoro jest jak jest.

Więc żeby to zmienić na dobre i nie tylko w telewizji mam nadzieję, że Kamil Durczok wygra sprawę przeciwko Faktom.

Takie ładne 200 000 euro

February 20th, 2015 by Monika Płatek

Co byście zrobili mając 200 000 euro? Macie pomysł? Ja mam. Jestem członkinią Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej (PSEP). Gdyby pieniądze dostał PSEP  poszłyby na podniesienie kultury prawnej wśród uczniów, studentów, i dorosłych. Można by za nie, pozytywnie odpowiedzieć  na zgłaszane zapotrzebowanie na zajęcia z Prawa na co dzień. Starczyłoby na kilka lat i kilka wznowień Z Prawem Na Ty i Fajna Sprawa Uczę Prawa. A i co tam, za zgodą Prezeski i Zarządu wrócilibyśmy z popularną, swojego czasu, działalnością na paragrafowym blogu. Zawiłości prawa rozpraszaliśmy w sposób łatwy, miły i przystępny. Gdybyśmy mieli te ładne 200 000 euro bylibyśmy wolni, a to dla organizacji pozarządowej, jak się nauczyłam, podstawa.

"Courtroom European Court of Human Rights 05" by Adrian Grycuk - Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 pl via Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG#mediaviewer/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG

“Courtroom European Court of Human Rights 05″ by Adrian Grycuk – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 pl via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG#mediaviewer/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG

Przed laty wzięliśmy udział w programie, który naraził nas na kontakty z urzędami i ministerstwami i najgorsze były te, które wsparcie miały w tytule, a działały jakby w rzeczy samej odpowiedzialne były za obstrukcje i zaparcie. Już, już dobijaliśmy końca programu, gdy nagle kontakty z urzędami zawiodły nas na korytarze sądów. Procesy. Z jednym ministerstwem, z drugim, trzecim. Trwały, a w międzyczasie my jak pióra, traciliśmy złudzenia. Procesy wygraliśmy, swoje odzyskaliśmy, ale zaufania do urzędów już nie. I nie zmieniły tego nawet wypłacone na czas, całkiem tłuste odsetki. Nabawiliśmy się urzędofobii; doświadczenia, że ministerstwa należy łukiem omijać.

Więc takie ładne 200 000 euro, poszłoby z korzyścią dla wielu. 

200 000 euro. – te same, które Polska zapłaci wykonując wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Zapadł z 24 lipca 2014 roku, w sprawie wytoczonej przez dwóch przetrzymywanych w tajnych więzieniu w CIA w Starych Kiejkutach. Bez oskarżenia, bez procesu, z połamaniem przepisów zakazujących tortur; podtapiani, ogłuszani, karmieni przez odbyt, pozbawiani snu, bici.  Tajne więzienia CIA umieszczono poza Stanami Zjednoczonymi, bo tam nie wolno ani robić tajnych więzień, ani stosować tortur. W Polsce też nie, ale w Stanach dba się o przestrzeganie prawa. A w Polsce?

Zakłamywanie rzeczywistości, zaprzeczanie, negowanie, wciskanie farmazonów i używanie języka propagandy, by zabełtać w głowie i wmówić nerwowo każdy kit, byle odwrócić uwagę od faktu, że jako kraj nie zdaliśmy egzaminu przede wszystkim wobec samych siebie. Ludzie, którym w demokratycznych wyborach powierzyliśmy odpowiedzialność za przestrzeganie prawa w kraju, sprzeniewierzyli się prawu i nam .

Dopuścili do stosowania tortur, nieludzkiego i poniżającego traktowania. Nic nie wiedzieli? A nazywają więzionych terrorystami? Skąd ta wiedza? Bo Amerykanie dorwali dwóch, i torturowali, a skoro torturowali, to znaczy, że terroryści, nie? Nie! Jeden z nich – torturowany do zrujnowania zdrowia i życia  do dziś nie ma postawionego zarzutu,  drugi nie ma nic wspólnego z zamachem w Nowym Yorku, i nawet gdyby miał – jeśli nie umiemy przestrzegać prawa i wykorzystywać jego instrumentów, to znaczy, że jesteśmy kiepscy. Poświadczył to raport komisji Senackiej USA. ta cała heca nic dla sprawy nie dała, a zwiększyła zagrożenie właśnie dlatego, że dopuszczono się tortur.

  Tortury są zakazane bo są nieludzkie, ale od czasów stosów i czarownic wiadomo także, że dobrze robią jedynie sadystom, którzy je stosują. Nie oszukujmy się więc . Racja stanu wymagała, by przestrzegać prawa. Bo jeśli Polsce naprawdę zagrażali terroryści, to w efekcie złamania prawa przez tych, którzy odpowiadali za to, by nie dopuścić do jego pogwałcenia. 

Ci, co zaplątani są w zgodę na tajne więzienia, w których stosowano tortury  wmawiają nam różne dyrdymały. Odwołują się do erystycznych chwytów, straszą i etykietują odmieniając terroryzm przez przypadki. Znamy to; jak obrzydzić rozsądnie myślących – nazwać ich trzeba tak: …ci, co myślą, że złamaliśmy prawo stoją tam, gdzie stało ZOMO i są po stronie przestępców.   

Po 100 000 euro dla każdego poszkodowanego. Dla Al Nashiri and Abu Zubaydah.  Tyle zasądził Europejski Trybunał Praw Człowieka [ETPCz] w sprawie Al. Nashiri i Abu Zubaydah przeciwko Polsce (no 7511/13). Polska od wyroku się odwołała. ETPCz wyrok utrzymał. Minister Spraw Zagranicznych oświadczył, że Polska wyrok wykona. Prawdę mówiąc, na tym pierwszym powinien zakończyć i nie opowiadać głupstw, że wykonując wyrok możemy krętaczyć. Dość krętaczenia. Wyrok wymaga nie tylko wypłacenia pieniędzy; także uczciwego do końca wyjaśnienia sprawy i wydania wyroku.

Leszek Miller stwierdził, że nie musimy płacić, bo to by oznaczało, że płacimy terrorystom. Tonący brzytwy się chwyta, a umaczany nieprawości. 

Nie płacimy terrorystom, ale ludziom wobec których złamaliśmy zakaz tortur, prawo do sądu, bezpieczeństwa, uczciwego oskarżenia i obrony, prawa do poszanowania życia osobistego. Płacimy za to, że sprzeniewierzyliśmy się własnym standardom, złamaliśmy obowiązujące nas prawo i  zagroziliśmy własnej – polskiej praworządności.

Te pieniądze tak ładnie można by było spożytkować na tyle ładnych spraw, gdybyśmy się trzymali prawa. Tym bardziej trzeba wykonać wyrok. Bo niczego nam teraz bardziej nie trzeba jak przywrócenia rządów prawa i zaufania, że stojący na straży prawa, strzegą prawa, a nie własnego ciała.

Wykonanie wyroku ETPCz jest niezbędne i dlatego, by mieć absolutną pewność, że gdy w stan oskarżenia postawieni zostaną ci, którym przedstawi się zarzut odpowiedzialności za dopuszczenie do łamania polskiego prawa w tajnym więzieniu CIA to nikt nie będzie ich torturował, przetrzymywał w miejscu niedozwolonym, nie pozbawi obrony, bezpieczeństwa osobistego i rzetelnego procesu.