bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Jak z Płatka: Rozprawka penitencjarna czyli rzecz o czytaniu Uczty i sennym uwięzieniu.

Problem zaczął się, gdy poplątały się porządki dnia i nocy. Po chwili już trudno było zapanować nad sytuacją i odróżnić elementy dzienne od tych ze snu. Wydawało się, że słoń swobodnie przebierający trąbą w książkach musi pochodzić ze snu. Niestety, nerwowy komunikat, że nocą uwolnił się ulubieniec miejskiego ZOO wprawił wszystkich w niekłamane zakłopotanie.

By The author is nickandmel2006 on flickr (Transferred from en.wikipedia to Commons.) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

By The author is nickandmel2006 on flickr (Transferred from en.wikipedia to Commons.) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

Senne zjawiska znikały. W ten sposób, choć dopiero post factum można się było zorientować skąd przybyły. Słonia nie dało się zniknąć. Przyzwyczajeni, że rozgardiasz spowodowany sennymi zjawami unicestwia się samoistnie i powraca porządek, nie wiedzieli, co robić. Książki porozrzucane bezładnie wyglądały na nieszczęśliwe. Nagle Piotr wpadł na pomysł, by ustalić, czy słoń przypadkiem nie szuka konkretnej pozycji. Podszedł, pogadał z nim sobie na ucho i z podniesioną w geście tryumfu dłonią odwrócił się do pozostałych. Najwyraźniej wiedział. Jak zwykle pociągnął nosem, zrobił krok w kierunku właściwej książki i zniknął. Piotr był ze snu.

Marianna śniła całą tę scenę siedząc między jawą, a snem w sali wypełnionej podobnymi do niej, zmęczonymi ludźmi. Słuchali – nie słysząc. Patrzyli – nie widząc. Od ziewania szkliły im się oczy. Od siedzenia – rdzewiały, drętwiały im siedzenia. Monotonne szemranie prelegenta przerywał od czasu do czasu ożywczy metaliczny dźwięk telefonu komórkowego.

Marianna wiedziała, że Słoń szuka „Uczty” Platona. Zjadł tonę jabłek zanim zrozumiał, że coś jest nie tak – nie o taką tu połowę chodzi. Zaczął się też na koniec zastanawiać i zrozumiał, że tylko we śnie zjadanie jabłek może się skończyć stworzeniem słonicy. Słoń tęsknił do słonicy. Nie chciał jednak o niej śnić. We śnie był Kritonem. Całkiem szczupłym Kritonem jak na słonie rozmiary. Trochę go to peszyło, ale tylko trochę. Słyszał jak współbiesiadnicy mu współczują i za jego plecami szepcą chichotem o jego przelewającym się tłuszczu. Słoń miał uszy, świetne uszy. Nawet jako Kriton wachlował się nimi swobodnie. Jeszcze swobodniej słyszał i to, co mówiono do niego wprost i co szeptano z dala od niego.

Podśmiewywał się z obecnych. Z punktu widzenia słonia większość ich problemów była pozbawiona sensu, tym bardziej, że i tak kończyła się ze świtem. Sprawiali wrażenie na serio nie mających o tym bladego pojęcia. Po prawdzie słoń dostał się tam tylko dla jabłek, winogron i lemona. W ZOO dawali mu to, co zwykle jedzą słonie. On jednak nic nie mógł poradzić na to, że wolał jabłka. Któregoś dnia Piotr, chłopak ze snu, który we śnie przychodził do ZOO przynosząc mu jabłko – razem z owocem przyniósł niegruby, prostokątny, gibki, szeleszczący przedmiot niejadalnej treści. Piotr mu wyjaśnił, że to papier, tusz, sklejka, karton, pomysł i myśl – jednym słowem książka. Ponieważ Piotr nazywał to najwyższą strawą Słoń raz jeszcze próbował przystosować trąbą książkę do przełknięcia, ale się nie dała. Za to Piotr tak trząsł się ze śmiechu, że aż Słoń się przebudził, a Piotr zniknął.

Słoń zaczął się uważniej przyglądać ludziom. Okazało się, że Piotr wcale nie jest wyjątkowy. Matka pchająca powoli, nieco niedbale wózek też trzymała przed sobą ten dziwny przedmiot cała na nim skupiona, gdy tymczasem jej dzieciak mało co, nie wypadając z wózka starał się uchwycić trąby Słonia. I Słoń chcąc nie chcąc, a dalibóg zdecydowanie bardziej nie chcąc niż chcąc, musiał trąbą wepchnąć malca do wózka. Zamiast wdzięczności spotkał się z wrzaskiem dzieciaka i uwagami matki o już całkiem niecywilizowanych zwyczajach słoni. A najgorsze było to, że paniusia pogadała, pogadała i znów wsadziła nos w to coś, co Piotr nazywał książką.

Słoń przyjrzał się bliżej Robertowi. Ten też nie był inny. Był na pewno z jawy. Przychodził, czyścił jego stajnię i było czysto, nawet jeśli sny pełne były odpadów z niekończącej się uczty, na której bywał już zanim wiedział, że bywa u Platona.

Piotr przychodził z książką i znikał. Robert przychodził z miotłą i widłami, nie znikał, ale i nie odchodził. Na koniec rozkładał w rogu stóg siana, układał się na nim wygodnie i zapadał. Dotychczas Słoń myślał, że jego stajnia to najlepsze miejsce do spania, ale kiedy bliżej przyjrzał się kącikowi, w którym zaszywał się Robert dostrzegł, że w samym rogu trzyma on spore pudło. Za małe na miotłę i widły, za duże na jabłko, którym niekiedy się z nim dzielił. Zajrzał, więc wreszcie któregoś dnia do środka. Po brzegi wypełniona była tym, co Piotr nazwał książką.

Więc on tu do mnie przychodzi na czytanie – zadumał się. No, no no? A ja myślałem, że to leń. Posprząta u mnie raz dwa i w kimę. Już nawet bałem się, że to może ja daję mu taki zły przykład. Piotr czyta, baba z dzieckiem czyta, Robert czyta. Co jest w tym czytaniu? I nagle doznał olśnienia. Marek – ten też, ten też czyta.

Zrobiło mu się ogromnie smutno. Marek, Słoń myślał, jest jego. Dawniej, dużo dawniej Marek przychodził tu do Słonia, tak jak i teraz. Siedział z tym czymś w ręku, ale raczej trzymał to tylko niż pochłaniał. Nie miał w sobie nic z baby z wózkiem. Tamta widać, że wlazła niemal do środka treści. Marek to patrzył na niego, to na alejkę, to znów na alejkę. I za każdym razem po takim następnym spojrzeniu przychodziła Marianna.

Słoń nie wiedział czy Marek stwarza Mariannę spojrzeniem. Był pewien, że on ją spojrzeniem rozkwita. Widział Mariannę i wiedział, co ona czuje, bo on – Słoń czuł to samo. Ilekroć Marek spojrzał na niego Słoń rozkwitał. Nabierał ciała, animuszu, trąba mu się prężyła, a uszy szły do góry. Piękniał i dobrze mu z tym było.

Marianna przychodziła. Stali oboje przez chwilę przy nim, przy Słoniu i odchodzili. Tak to trwało. Trwało długo. Aż któregoś dnia Marek spoglądał w alejkę częściej niż zwykle. Im on bardziej patrzył, tym bardziej jej nie było. Nielekko było nabrać ciała pod jego ciężkim spojrzeniem. To znów trwało czas jakiś. Nieco później spojrzenie zelżało, ale przychodzenie się nie skończyło. Marek był i słoń był pewien, że jest tu już teraz całkiem dla niego.

Od tego bycia Słoń nie wyobrażał już sobie przestrzeni bez Marka. Teraz jednak pod wpływem Piotra, baby z wózkiem i Roberta Słoń zwątpił po raz pierwszy. Z kim on był? Czy rzeczywiście z nim, ze Słoniem, czy raczej z czytaniem?

To prawda przychodził niemal codziennie. Przychodził nawet zimą i w jesienne słoty. Przychodził, gdy wszyscy inni już nie przychodzili. Ale i wtedy miał przy sobie ten przedmiot. Czasami stał, czasami siedział. Zawsze z nosem w książce. Dotychczas myślał o sobie jak o dużym zwierzu, co wszystko słyszy. Teraz zrozumiał, że tak naprawdę służy zupełnie w innym celu. Słoń służy do czytania.

Robert tylko na niby sprząta, baba z wózkiem tylko na niby idzie na spacer z dzieckiem, Marek na niby stwarza Mariannę. Im wszystkim tak naprawdę chodzi o czytanie. Dowód? Proszę bardzo – Piotr ze snu. Raz, ze dwa razy wpadł tu z jabłkami, ale jak tylko się przekonał, do czego służy słoń, też jak wszyscy pozostali – zjawił się z książką.

Dlaczego on sam tak długo o tym nie wiedział? Gdyby mógł spochmurnieć chętnie by to zrobił, ale jego trąba zbył była pomarszczona, by wyszło to efektownie. Zapadł więc w sen. We śnie zjawił się Piotr. Oczywiście był z książką. Słoń poprosił, by Piotr mu poczytał. I tak się to zaczęło. Ciągle we śnie, ale już po pierwszej lekturze owinął się dokładniej w chiton i powlókł piaszczystym traktem w stronę domostwa Platona. Było obszerne, ocienione akacjami i drzewami oliwnymi, a mimo to nie głuszyły muzyki. Przynajmniej, on Słoń słyszał ją doskonale. Postanowił nie wchodzić od frontu tylko przecisnąć się wolnym od żywopłotu przesmyku.

Już miał zrobić krok, gdy słonia natura podpowiedziała mu, że musi uważać bo stąpnie na coś dużego, co żyje. Stanął obok, schylił się do ziemi, obmacał dookoła siebie trawę i natknął się na ramię. Podciągnął ramię do góry razem z wrzaskiem, jaki dobył się z reszty podnoszonego. Głos krzyku był mu dziwnie znajomy. Co jak co, ale nawet we śnie Słoń nie umiał, a i nie chciał rezygnować ze swego słuchu.

Marianna? Słoń nie mógł uwierzyć, że to przestraszone straszydło, które trzymał w ręku to naprawdę ona. Szarpała się, więc postawił ją na Ziemi.

Skąd znasz imię moje, Panie?  – głos miała zalękniony, a wzrok wyraźnie zmieszany.

Bo jestem Słoniem –odpowiedział zgodnie z prawdą. Prawda najwyraźniej do Marianny nie przemawiała. Gdyby miała gdzie uciec pewnie by to zrobiła. Nie miała gdzie, bo słoń całym sobą zastawiał dziurę w żywopłocie, a za nią była już tylko Uczta. Drżała cała i zupełnie nie przypominała Marianny z ZOO, rozkwitającej, zakochanej, pewnej siebie.

Wyjąkała wreszcie nie spoglądając na niego. Panie – odpuść mi, bo będę zhańbiona. Odejdę i już tu nie wrócę. W ogóle nie powinnam była przychodzić. Tu nie mój Pan mieszka i nie tu służę, wybacz. Nie uciekałam, jestem wiernym niewolnikiem.

Marianno, przerwał jej, nic nie rozumiejąc. O czym Ty opowiadasz, to ja, popatrz. To ja słoń z trąbą – powiedział wskazując na rozwiany chiton. A w każdym razie tak mu się zdawało, że powiedział, bo równie dobrze mogło być, że odebrało mu mowę. Bo dumna, rozkwitającą w Zoo Marianna, tu patrzyła na niego wzrokiem błędnym z przerażenia. I nagle zacisnęła powieki, skuliła się w sobie i przykucnęła rękami zasłaniając głowę.

Słoń patrzył skonfundowany i zniesmaczony. Może to jednak nie ona. Ta tutaj zachowuje się jak całkiem pomylona. Obszedł ją starając się jak mógł najbardziej nie dotykać jej, ale i tak potrącił ją brzuchem, aż się przewróciła. Zaskowyczała, zawyła niczym jakiś pies.

Tak, pomyślał, to nie może być ona. Poszedł na Ucztę, wszedł do środka, próbował zapomnieć zjadając większą porcje lemonów niż zwykle, ale ta żałosna postać jak wiernie podobna do Marianny nie dawała mu spokoju. Chciał do niej zadzwonić korzystając z tego, że uwolnił się od trąby i zezłościło go, gdy uświadomił sobie, że zamiast trąby ma ręce w czasach, gdy nikt jeszcze nawet nie zaczął myśleć o wymyślaniu telefonu.

Dlaczego była taka przerażona? Dlaczego się kuliła, po co skowyczała, i co u licha znaczyło to jej gadanie o niewolniku, dobrym niewolniku? Dlaczego, poza tym tak bardzo się przeraziła słysząc, że jest Słoniem? Liczył przecież na to, że ją to ucieszy.

Miał usta wypchane słodkimi, pękającymi od dojrzałości winogronami, gdy przysiadł się do niego młodzian niezwykłej urody. Kogoś mu przypominał? Marka? Niemożliwe. Sen był terenem zarezerwowanym dla Piotra. Skoro jednak przyplątało tu Mariannę, kto wie. Nie zdążył jednak tego wyjaśnić. Młodzieniec sięgnął, bowiem po następną kiść winogron i zaczął po jednym ze śmiechem pakować mu je do ust. Przymilał się przy tym i przytulał do jego potężnego ramienia. Podrap mnie za uchem – poprosił Słoń. Młodzieniec chętnie spełniał jego prośbę, dzięki czemu słoń mógł wreszcie złapać trochę tchu. Od nadmiaru winogron zbierało mu się na mdłości. Słuchaj, spytał go całkiem poważnie, dlaczego to robisz? Młodzieniec nie przerywając głaskania spojrzał na niego wzrokiem tak zdziwionym, że starczyło to za odpowiedź. Czy Ty jesteś Markiem? Oczywiście, a kimże innym. Markiem wczoraj, Markiem dzisiaj i jutro też Markiem.

Innym razem Słoń by się ucieszył, ale teraz nie mógł sobie poradzić z piskiem Marianny w uszach – ten pisk wciąż jeszcze tkwił w nim i przeszkadzał. Nigdy jednak dotąd nie rozmawiał z Markiem, o czym ten zdawał się nie mieć pojęcia. Zaryzykował jednak i wyznał – Marku, tam w krzakach piszczy Marianna. Tym razem – Marek mocno przez sen odmłodzony powstrzymał dłoń i spojrzał na Słonia zaniepokojony.

Kritonie, czy dobrze się czujesz? Jaka Marianna? Słoń nie chciał powiedzieć „Twoja” Marianna, powiedział, więc tylko – no wiesz, ta, ta sama, co Marianna z ZOO.

ZOO? Marek wyglądał na zagubionego. Nie przypominam sobie willi o takim imieniu Kritonie. A jeśli masz na myśli te obłąkaną niewolnicę, to nie przejmuj się. Jej zadaniem jest się błąkać, moim jej nie dostrzegać. Ona przychodzi tu dla mnie, a ja dla Ciebie Kritonie.

Słoń poczuł od tego wyznania błogość. Marek karmiący go winogronami, Marek skrobiący go za uchem, wreszcie Marek bez książki. Marku, Słoń zniżył głos, ale Ty wiesz, że jestem Słoniem prawda? Jesteś Mistrzem, Kritonie, Mistrzem, a moją radością jest Ci służyć.

Słoń nie rozumiał gdzie podziela się błogość, ale nie ulegało wątpliwości, że w pył się rozpierzchła. Ciekawe, nigdy, przenigdy nie przepadał za Marianną. Jednak to piszczące stworzenie na zewnątrz było mu teraz bliższe, bo prawdziwsze niż ten młokosowaty, nadęty i pokracznie usłużny gnom z twarzą Marka.

Marku, poprosił, idź przyprowadź mi Mariannę i znajdź jeszcze Słonicę. Marek wyszedł, a Marianna otrząsnęła się z niesmakiem. Śniła ten koszmar wraz ze Słoniem. On w ZOO, ona w Bukareszcie. On na sianie, a ona w niewygodnym konferencyjnym krześle. Zła była na Marka ze snu. Nawet we śnie nie potrafił być szczery. Tuż przed przyjściem Słonia tulił ją w ramionach, płakał i prosił, by się przebudziła i przyszła na ławkę do ZOO. Wystarczyło jednak pierwsze, ciche trzaśnięcie gałązki żywopłotu, by od niej odskoczył. Tchórz, nawet we śnie nie potrafi się zachować jak prawdziwie odważna kobieta. Marianna zachichotała. Jej sąsiad z ławki obok spojrzał na nią zdziwiony. Wykład stawał się coraz nudniejszy, naprawdę nie było się, z czego śmiać. Zrozumiała jego spojrzenie – właśnie dlatego staje się to tak śmieszne, szepnęła. Rozbawiony, że się domyśliła też zachichotał. Wiesz, Ty jesteś z Polski, a ja tęsknię za Zakopanem, to może pójdziemy na kawę? Znał takie miejsce w pobliżu parku, na tyle daleko od wody, że bijący od niej smród już nie dochodził i na tyle blisko, by sam jej widok mógł zachwycać. Marianna czuła, że powinna uprzedzić Piotra zanim Słoń naprawdę narozrabia w księgarni. Nie znała jednak nawet imienia tego, co tęsknił do Zakopanego. Tym bardziej nie mogła mu powiedzieć – poczekaj aż dośnię spotkania z Piotrem. Spytanie o imię nieznajomego niewiele by tu zmieniło. Wstała więc, nieco szurając przy tym krzesłem i nie patrząc na prelegenta – wyszła z sali. Jej nowy znajomy był przybyszem z Tybetu. Rozmawiali po rosyjsku i po angielsku. Ciekawe, rosyjskiego nauczył się w Londynie gdzie specjalne kursy praw człowieka zorganizowane były przez Polaków i Rosjan po rosyjsku. Angielski zaś szlifował w Moskwie, sam tym razem prowadząc kursy praw człowieka. Powtarzam Ci Marianno – powtarzał, jeśli chodzi o naukę języków obcych – nie ma to jak kursy praw człowieka. A Zakopane? Przybysz z Tybetu rozmarzył się. Zakopane, trzy może nawet cztery dni, Maryla Rodowicz, kulig, ciupagi, górale, eh co tam górale, góralki, powtarzam Ci Marianno, góralki, a najlepsza z nich to ta Halka od Moniuszki, ona to kochać umiała, tak jak lubię, na śmierć kochać umiała. No i co z tej wielkiej na śmierć zostaje? Co zostaje? Tybetańczyk zdawał się nie rozumieć Marianny. Sen, Marianno, sen.

Marianna spojrzała na niego spode łba i zaryzykowała. A Ty…Ty znasz Słonia? Tybetańczyk zaśmiał się z cicha z moskiewskim akcentem. Marianno – przyjrzyj mi się – nie poznajesz. Nie poznawała, w końcu Platona widziała z daleka i tylko od tyłu. Widziała cienie i czuła się u żywopłotu jak w ciemnej jaskini, dokąd przenika niewiele światła. Słoń ze snu nie był zresztą Słoniem. Wystarczyło jednak wspomnienie, by powrócił skurcz w żołądku. Marek znów atakował. Zawołała. Przybiegli obaj i Słoń bez trąby i Marek w plączącym się chitonie. Już nie skowyczysz? Słoń nie mógł się zdecydować, czy to go cieszy czy raczej dziwi. Przemiana była zbyt nagle. Wskazała na okładkę. Uczta pozbawiona była prawdziwych jabłek, ale na szczęście nie brakowało jej słów. Wracamy, jednak wolę go czytać. Sen zniknął, stało się ZOO i zaczął nowy rozdział „Uczty” Platona.

The following two tabs change content below.
Monika Płatek

Monika Płatek

Prawniczka i wykładowczyni akademicka, feministka. Profesor nadzwyczajna Uniwersytetu Warszawskiego, pracuje w Zakładzie Kryminologii w Instytucie Prawa Karnego na Wydziale Prawa i Administracji. Jej działalność naukowa i społeczno-polityczna koncentruje się na takich dziedzinach jak prawo karne, prawa człowieka w tym prawa kobiet, penitencjarystyka, kryminologia, wiktymologia,penologia, psychologia społeczna, gender studies, mediacja, sprawiedliwość naprawcza i socjologia prawa.

Zostaw odpowiedż