bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Archive for the ‘Związki’ Category

Przełom. Jak z płatka

Wednesday, March 18th, 2015

Nie ma dobrej racji, by traktować w Polsce ludzi nieheteroseksualnych jak obywateli drugiej, gorszej kategorii. Nie ma dobrej racji, by wywyższać jednych a poniżać i ograbiać z praw do więzi, partnerstwa i uznanego związku z powodu takiej, czy innej orientacji seksualnej. Tym bardziej wiedziałam, miałam to głębokie poczucie, że uczestniczę w stawaniu  się przełomu.

Byłam 17 marca 2015 na TEJ sali sądowej. Mój przyjaciel i kolega wydziałowy Jakub Urbanik zaskarżył odmowę kierownika warszawskiego urzędu stanu cywilnego wydania mu zaświadczenia o braku przeszkód prawnych do zawarcia małżeństwa za granicą z jego wieloletnim partnerem, który ma hiszpańskie obywatelstwo. W Hiszpanii małżeństwa jednopłciowe są dozwolone i respektowane tak samo jak różnopłciowe. Jesteśmy w Unii, która prawo do małżeństwa traktuje jako jedno z podstawowych praw człowieka. Wiąże z nim różne skutki, także to, że ludzie traktowani są jak bliscy, a nie sobie obcy. USC tymczasem odmawiając zgody na zawarcie związku polskiego i hiszpańskiego obywatela ślubu w Hiszpanii powołał się na to, że zezwolenie na zawarcie małżeństwa jednopłciowego za granicą byłoby naruszeniem konstytucyjnej zasady, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny.  Dlaczego w innym kraju, który uznaje małżeństwa jednopłciowe nie może go zawrzeć Polak/Polka z obywatelem/obywatelką tego kraju? Dlaczego Polska rości sobie prawo do czynienia z Polaków/Polek zakładników/zakładniczek swych fobii, niechęci i kompleksów?

Na sali sądowej było oczywiste, że dzieje się historia, zmienia rzeczywistość. Sędzia miała szansę. Nie skorzystała. Jej strata. Uznała, że skoro rozporządzenie nie pozwala, to mniejsza o ustawę, Konstytucję i Prawo unijne. Tymczasem adwokat, Jakub Urbanik i Jose Luis Alonso Rodriguez bez trudu za to w przepięknym stylu wykazali oczywiste.

Wykazali, że wewnętrzne polskie przepisy naruszają przyzwoitość, godność ludzką, Konstytucję i prawo unijne ograniczając prawa cywilne obywatelek/obywateli nie tylko Polski.  Ograniczają również prawo obywatela hiszpańskiego w korzystaniu z praw obowiązujących w Hiszpanii i ingerując i w jego życie osobiste.

Sąd mógł zadać pytanie Trybunałowi Sprawiedliwości tzw. pytania prejudycjalne: czy prawo UE sprzeciwia się odmowie wydania zaświadczenia o zdolności do zawarcia małżeństwa zgodnie z prawem kraju, w którym ma być ono zawarte? Nie skorzystał. Zrobi to zapewne inny sąd, ale odpowiedź znana jest już dziś – nie ma dobrej racji, by dyskryminować ludzi w korzystaniu z ich praw ze względu na orientację seksualną. 

W tym samym dniu, w innym sądzie – w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu zdecydowano się przyjąć skargę innego polskiego obywatela Tomasza Sz., który w podobnej sprawie zderzył się z polską rzeczywistością. Mogliśmy i wciąż jeszcze możemy naprawić dziejącą się dyskryminację w kraju. Wciąż mamy szansę, by nie robił tego za nas Strasburg.  Będzie druga instancja. Zobaczymy.


Cały tekst Ewy Siedleckiej w Gazecie Wyborczej 

Nazwisko… ale czemu nie męża?!

Wednesday, August 7th, 2013

Z góry ostrzegam, ten post jest w dużej części motywowany osobistą frustracją: frustracją, iż urzędnicy i urzędniczki, notariusz i znajomi i znajome nie są w stanie zrozumieć, że tak – urodziłam się z macicą, wzięłam ślub i nadal mam to samo nazwisko co dawniej. Mało kogo obchodzi, że w momencie ślubu miałam już złożony doktorat i przeżyłam ponad ćwierć wieku z nazwiskiem z którym nie chciałam (i nie chcę!) się rozstawać. Nazwiskiem, które jest częścią mojej tożsamości. „Ale czemu nie mogłaś sobie chociaż dodać nazwiska męża” – a czemu kurcze nikt o to nie pyta mojego męża (co więcej, męża z raz czy dwa zapytano czemu żona nie ma jego nazwiska „chłopie jakżeś mógł do tego dopuścić…”)!? Owszem, byłam gotowa dodać sobie jego nazwisko…jeśli on dodałby moje. W przeciwnym razie znowu sprawdzamy to do tego, że ja nazwisko powinnam zmienić bo tradycja, szmadycja…bla bla bla Ty nie masz penisa, on ma, weź kobieto jego nazwisko. Mój małżonek nie chciał dołożyć sobie mojego nazwiska, tak więc oboje zostaliśmy przy swoich (dla ciekawskich – potencjalne dzieci będą dwojga nazwisk; nie jestem wielką fanką opcji, iż rośnie mi w brzuchu dziecko przez dziewięć miesięcy a potem na każdym kroku musieć udowadniać, że moje bo nazwisko będzie miało tylko ojca. A poza tym znowu, czemu dzieci mają mieć tylko nazwisko ojca?!).

Image by Jacek Bogdan

Image by Jacek Bogdan

Zaraz po ślubie nie musiałam zmieniać żadnych dokumentów, ale kilka lat później się przemeldowywałam i się zaczęło. Urzędniczki namiętnie wypytywały mnie o dokumenty na nazwisko „przed ślubem” i tłumaczenia, po trzy raz! – że to jedno i to samo co po ślubie, zdawało się osiągać słabe efekty. Naprawdę zastanawiałam się, która z nas ma poważane problemy z językiem polskim. Dość powiedzieć, że pięć (tak – pięć!) godzin w urzędzie, gdzie po kolei musiałam trzem urzędniczkom usilnie tłumaczyć, że nie zmieniłam nazwiska po ślubie, doprowadziło mnie do skraju wyczerpania psychicznego. A potem jeszcze notariusz, który w telefonicznej rozmowie ze mną rzuca teksty pokroju „jeśli państwo są, jak pani twierdzi, małżeństwem” po czym do aktu notarialnego i tak wpisuje panna (a stan cywilny męża oczywiście pomija, bo przecież jest przede wszystkim osobą sam w sobie a nie – w wizji notariusza – nieżonatym mężczyzną). Żeby sprawa była jasna, nie oceniam kobiet i mężczyzn, którzy nazwiska zmieniają bądź nie. To powinny być osobnicze decyzje, które potem są uszanowywane przez innych – czy to instytucje, czy rodziny czy znajomych. Ja rozumiem, że nie jest od razu jasne, że jestem żoną mojego męża ponieważ mamy inne nazwiska, ale pytanie mnie – jeszcze lata po fakcie – czemu nie wzięłam jego nazwiska, jak on sobie z tym radzi i czy aby na pewno go jednak kocham (pytanie, które nie dość, że bezczelne to oczywiście takie, którego nikt nigdy by nie zadał mojemu mężowi. Nikt nie wątpi, że w jego wypadku chęć zachowania własnego nazwiska nie wypływała z braku uczuć do mnie…).

Na Cyprze na przestrzeni jednego pokolenia kobiety przestały zmieniać nazwiska na nazwiska mężów, moi znajomi Hiszpanie i Hiszpanki w ogóle nie rozumieją o co mi chodzi, kiedy im opowiadam, że ludzi oburza, że nasze (kiedyś, potencjalne) dzieci będą dwojga nazwisk „bo im to tak życie utrudni”. W ich kraju jest oczywiste, że rodziców ma się dwójkę, a więc i dwa nazwiska. A ja naprawdę tylko chcę żeby uszanowano naszą decyzję, niekwestionowano jakości naszego związku ani jakości życia naszych (potencjalnych) dzieci i przestano mnie wypytywać co mną powodowało. I żeby kurcze osoby pracujące w urzędach wykonywały swoją pracę – czytały dokumenty, widziały, że wszystko się zgadza i przestały ustawicznie prosić mnie o potwierdzenie zmiany, która nigdy nie miała miejsca. Czy to naprawdę tak wiele?

Jak z Płatka: Kaziu…zakochaj się. W związku z „Masculinum”

Monday, March 25th, 2013

Lubię polskie kino. Po latach chudych przyszedł na nie, ewidentnie dobry czas. Dowody? Proszę bardzo. Wystarczy chociażby wspomnieć „Wesele”, „Dom zły”, „Mój rower”, „W ciemności”,„Pokłosie”, „Róża”, czy teraz – „Drogówka”.

570px-Maid_cleaning

Tyle, że po „Drogówce” naprawdę odchodzi ochota na jakikolwiek kontakt z policją. Oni tam mają tyle kłopotów sami z sobą, że najlepsze co człowiek może, to im nie dokładać własnych. Czy lubię polski cyrk? Nie wiem, ale wiem, że po przeczytaniu wywiadu Tomasza Kwaśniewskiego z Jackiem Masłowskim w 11 numerze „Newsweeka” z marca 2013, na temat „Masculinum”, wiem, że im – psychoterapeutom z „Masculinum”, podobnie jak policji, nie należy przeszkadzać ze swoimi problemami, bo mają dość własnych.

Panowie z „Masculinum” nie dają sobie z sobą rady. Słuchając ich człowiek czuje się jak gość z obrazka Mleczki, któremu ten drugi, też beznadziejnie rozwalony obok na kanapie mówi: „Ty masz depresję? Twoja depresja przy mojej depresji, to żadna depresja”.

Tam to dopiero jest cyrk! Bezradni do bólu. I do bólu z kompleksami z kobietą w tle. Nic dziwnego, że ironizując „Masculinum” przerobiono na  „Mizoginium”, bo aż się ta niechęć do kobiet z nich ulewa. Nie potrafią przy tym dostrzec, ze sami są sobie winni. Niedorosły zawsze przyczynę własnych  nieszczęść upatruje w innych. Więc i tu winne są one: mamusie, żony, kochanki i teściowe.

I pewnie nawet kosztowna wizyta na kozetce u takiego specjalisty nie musi być bez sensu, skoro człowiek podbuduje się słysząc, że psychoterapeuta, ten to dopiero ma przechlapane! Jednak satysfakcja z tego średnia, bo realnie to portfel został rozwiązany, a problem z którym zastukaliśmy do psychoterapeuty, nie.

Mogłabym z nową porą przeczekać męskie psioczenie na kobiety. Tyle, że, choć w kalendarzu od tygodnia już wiosna, za oknem znów panoszy się śnieg. Leci tego nieprzyzwoicie dużo na łeb i na szyję (zwłaszcza, gdy się jest w Kijowie!). W przyrodzie widać niekoniecznie jest jak w kalendarzu. Czy to oznacza, że nie stać mnie na dobrą nowinę i wyjście z impasu „Masculinum”? Stać mnie.

Przepraszam, będę szczera. Pan Jacek Masłowski wypada w swych wypowiedziach na kuriozalnie nielogicznego. I…co z trudem przechodzi mi przez gardło, bo jednak wolę mówić o ludziach miłe rzeczy, …wypada naburmuszenie i fochowato.

Te wszystkie lęki wieku średniego, przerażenie, że jest niekoniecznie w relacji, o której marzył, że gdy mężczyźnie odwala to kupuje sobie nową brykę, lub nowy młodszy model seksualnego partnera/partnerki, czy coś w tym rodzaju i że wszystkiemu winne te matki, które wychowują chłopców w domach matek z nieobecnym ojcem i z tego chłopcy/mężczyźni nie widzą jak ojcowie zagospodarowują swoją przestrzeń w domu….i tak dalej potoczyste blebleble…

Przecież przestrzeń zagospodarowuje się poprzez obecność, i poprzez nieobecność. Nieobecność jest też formą zagospodarowania obecności. Nieobecnej obecności. Wzorce obecności i nieobecności niekoniecznie nadają się do powielania, a Pan Masłowski głosząc niepowielanie – jednak powiela utarte, zdarte, tchnące stęchlizną wzory zardzewiałego protekcjonalnego patriarchatu, który równo szkodzi wszystkim, włącznie z Panem Masłowskim.

(more…)

Jak z Płatka: Pod koniec stycznia

Friday, February 1st, 2013

To się snuje, podnosi łeb i warczy. I słychać jak uprzednio rechot, ten złośliwie radosny rechot wspólnoty wykluczających. I jak dawniej, brakuje choćby jednego, kto wstał i się sprzeciwił. I lecą słowa jak kamienie. Swoi, sami swoi; obcym wstęp wzbroniony. I jak wtedy podparte jest profesorskimi tytułami. I jak wtedy gębę ma do zadławienia  zapchaną frazesami o ojczyźnie. Skromny z wyglądu dobrotliwością malarza, łagodnością etymologa, skromnością nieśmiałej bibliotekarki. Z pozoru świeci moralnym przykładem i tęskni za porządkiem, zwłaszcza tym moralnym, ojczyźnianym, według tradycyjnie ustalonego wzoru do którego przywykł i który dobrze robi, bo nie zmusza do myślenia. Różnorodność razi i brzydzi, bo jej/mu zaburza utarte, wyświechtane, ale i wymoszczone kanony porządku czystości rasy, orientacji seksualnej, koloru skóry i kształtu nosa. To, co niepodobne do niego i jej przyzwyczajeń  jest jak rzecz, przedmiot pozbawiony duszy i praw.   Można go odczłowieczyć, przyrównać do małpy, można do konia. Rechot będzie jeszcze świeższy, jeszcze donośniejszy. No bo to tak razi! Jest tak niewygodne i tak nieużyteczne, nieestetyczne, że chciałoby się, żeby tego nie było.

Jest i trzeba coś z TYM zrobić, JAKOŚ to rozwiązać. Nie, oczywiście nie ma nic złego na myśli. W ogóle, zajęty swoim rozdrażnieniem, swoją pozycją i jej utrzymaniem, nie myśli. Bo to, co niepodobne do niej i do niego jest z definicji nie do przyjęcia, podrzędne, nieludzkie, niedopuszczalne, niechciane. A skoro przeszkadza więc jest jednocześnie niemoralne, i nieuporządkowane, chore i niepatriotyczne i najlepiej sprzeczne z wartościami chrześcijańskimi i z naturą. I jak trzeba można to wyrechotać, można połajać publicznie, że przeszkadza, można w poczuciu wyższości skarcić, uciszyć…koniecznie uciszyć i zepchnąć w niewidoczność, a najlepiej w niebyt.

(more…)

Jak z Płatka: Art. 18 Konstytucji RP

Tuesday, January 29th, 2013

Dedykuję ten tekst, dziękując za inspirację, mojej przyjaciółce Tatianie i Panu z faceboka. Moją przyjaciółką kierowała wiara we mnie, Panem niechęć do mnie. Tania przeczytała art. 18 Konstytucji, Pan nie doczytał. Mam nadzieję, że tekst spodoba się nie tylko im.

Dawno, choć znów nie tak dawno temu uczył Lech Falandysz posłanki i posłów Konstytucję RP, czytać ze zrozumieniem. Szło opornie, ale w końcu wyszło. Minęło parę lat, nauka poszła w las, a posłanki i posłowie na skróty. I jest tak, jakby przecinek rozrósł się w mentalny rów nie do przeskoczenia. Przechodzą przez pierwsze sześć słów, a potem nagle zaczopowani, ani kroku dalej, jakby tam nie było nic więcej. A jest i uwzględnia związki partnerskie i rodzicielstwo, które może, ale nie musi mieć związek ze związkiem małżeńskim.

W Sejmie i przestrzeni publicznej buczy i rzęzi jak zużyta płyta. Jest wyszeptane, wykrzyczane, z zachrypniętego gardła wyplute i wciąż na skróty, o tym, że: „art. 18 mówi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny i tylko on jest pod ochroną i opieką RP. I tylko taki jest możliwy, bo inne są jałowe, bezużyteczne bo nienastawione na prokreację”.

Te Panie nie są niekonstytucyjne... Photo by UrbanLightStudios' photostream @flicke

Te Panie nie są niekonstytucyjne…
Photo by UrbanLightStudios’ photostream @flickr

Z trudem tego słucham, ale czekam, czekam, już nawet mową ciała podpowiadam, że no dalej – przeczytajcie ten artykuł Konstytucji do końca…a tu nic, mur, pas graniczny, rów mentalny nie do przebycia. Tak jakby art. 18 Konstytucji RP rzeczywiście ograniczał się do jednej z definicji małżeństwa, a przecież tak nie jest! Co więcej,  to się udziela i ludzie, a niektórzy nawet na facebooku, jak grypą, zaczynają zarażać się zaciukaniem na tekście art. 18 Konstytucji RP do przecinka i ani litery dalej.

Na szczęście tę epidemię jest prosto powstrzymać. Wystarczy zacytować całość art. 18 Konstytucji RP. Spróbujmy.

Art. 18 Konstytucji RP:

Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polskiej.

Proszę zwrócić uwagę – jest w tym artykule mowa oddzielnie o małżeństwie, oddzielnie o rodzinie, i oddzielnie o macierzyństwie i rodzicielstwie. A więc nie ma tu ograniczenia do małżeństwa, a rodzenie dzieci ujęte jest w oddzielnej kategorii macierzyństwa, w oderwaniu od małżeństwa za to razem z rodzicielstwem. Nie jest więc tak, że dziecko przypisane jest do matki – są rodzice; co więcej ich płeć wcale nie jest ustalona,  za to w tym rodzicielstwie, rodzice są oboje. Nie jest więc tak, że rodzic zajmuje się polityką zrzucając wychowanie dzieci na matkę. Konstytucja rozumie, że do wychowania dziecka potrzeba co najmniej dwoje rodziców, bez względu na płeć i bez względu na orientację seksualną. O dzieciach nie było nic w odrzuconych projektach Ustaw o związkach partnerskich, ale jest w Konstytucji, i w dodatku w tym samym art. 18!

Po kolei więc. Konstytucja stanowi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, znajduje się pod ochroną i opieką Konstytucji RP. Nie wynika z tego, że nie jest możliwe małżeństwo jako związek kobiety z kobietą, czy małżeństwo jako związek mężczyzny z mężczyzną. Tyle, że wówczas to, co nazywa się małżeństwem w przypadku par jednopłciowych nie byłoby pod opieką i ochroną RP. To oznaczałoby konstytucyjne uznanie dla praktyk dyskryminujących. I rzeczywiście w Argentynie, Belgii, Islandii, w Kanadzie, Holandii, Danii, Norwegii, Szwecji, Portugalii, Hiszpanii tak właśnie uznano i wprowadzono małżeństwa także dla par jednopłciowych. Nasz ustrojodawca tymczasem tak napisał Konstytucję, aby małżeństwa par jednopłciowych wykluczyć. Małżeństwa, ale nie cywilnoprawne związki partnerskie, bo takie rozwiązanie byłoby dyskryminujące.

(more…)

Jak z Płatka: Rodzina

Monday, October 22nd, 2012

Tekst dedykuję pamięci Anny Laszuk

Rozmawiałam z miłym i mądrym politykiem. Naprawdę. To wciąż okazuje się jeszcze możliwe: miły i mądry polityk i dobra z nim rozmowa. Zostałam zapytana, czy ustawowe uznanie i zagwarantowanie praw związkom partnerskim (zarówno jednopłciowym jak i dwupłciowych) wymaga zmiany art. 18 Konstytucji, który stanowi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polski [RP]. Mam nadzieję, że wspólnie doszliśmy do wniosku, że uznanie związków partnerskich (zarówno jedno jak i dwupłciowych) nie tylko nie wymaga zmian w Konstytucji lecz, co więcej, wymóg uznania tych związków zawarty jest i wypływa wprost z treści i ducha art. 18 Konstytucji.

Przepraszam, ale będzie trochę o przepisach. Gwarantuję, że będzie prosto i krótko i obiecuję, że warto. Tekst art. 18 Konstytucji brzmi: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polskiej”.

Można byłoby próbować odczytać ten artykuł tak, że tylko małżeństwo rozumiane jako związek kobiety i mężczyzny znajdują się pod ochroną i opieką RP. To oznaczałoby, że małżeństwo rozumiane jako związek kobiety i kobiety lub jako związek mężczyzny i mężczyzny choć intelektualnie i prawnie dopuszczalne nie korzystałoby z takiej opieki jaką doświadcza małżeństwo złożone z kobiety i mężczyzny.

(more…)

Rzecz o hodowaniu dzieci

Wednesday, October 17th, 2012

Przedwczoraj był ważny dzień dla pana premiera. W jeden wieczór zaliczył wywiad u dwóch dziennikarskich sław – Olejnik i Lisa. W każdym sypał swoimi “liberalno-konserwatywnymi” mądrościami, ale wyjątkowo wkurzający był jeden tekst:

To jest debata, w jakim wieku może być para, żeby korzystać z procedury in vitro… czy pary gejowskie mogą korzystać pośrednio z procedury in vitro, powiem brutalnie, hodując dziecko po to, żeby być jego rodzicami. To są bardzo poważne dylematy o charakterze etycznym, medycznym.

Nie powiedział pan brutalnie panie premierze – powiedział pan to obraźliwie i homofobicznie. Brutalnym stwierdzeniem byłoby powiedzenie, że PO jest partią bezideowych oportunistów. Obrażanie ludzi, którzy chcą mieć dzieci, kobiet, które chcą ich w tym wspomóc i samych dzieci nie jest brutalne, ale po prostu ohydne.

Nie rozumiem, czemu dzieci homoseksualistów miałyby by być bardziej hodowane, niż heteryckie? Na pewno są bardziej chciane, bo nie może być mowy o wpadce. Są wyczekane, wytęsknione i zaplanowane. Czy to źle? Nie jest ważne, jakiej płci są rodzice ani ilu ich jest. Do poczęcia dziecka zawsze potrzeba tych samych składników – spermy, komórki jajowej, macicy. Na czym konkretnie miałaby polegać “hodowla” (co za okropne słowo!)? Na tym, że kobieta, która ciąże donosi, nie będzie potem dziecka wychowywać? Adopcja nie jest nową instytucją. Co więcej – w Biblii, księdze, która coraz bardziej zdaje się stawać podstawą programową niektórych członków PO – jest precedens kobiet rodzących dzieci i oddających na wychowanie parom, które same ich mieć nie mogły (na przykład Sara i Abraham). Owszem, były to pary heteroseksualne. ALE CO Z TEGO?!

Ciekawa jestem czy takim samym obrzydzeniem napawają pana bezpłodne pary heteroseksualne, które korzystają z usług surogatek (z użyciem in vitro bądź bez). Wedle pana definicji to też hodowla dzieci – która na polskim rynku ma się całkiem nieźle. Ludzie są dobrzy, źli i tacy sobie, i granice te nie przebiegają wedle orientacji seksualnej. Jak to ładnie mówią Anglosasi: get the fuck over it! Nie wszyscy czują pociąg do płci przeciwnej, i to nie powód, żeby ich dyskryminować.

Ale wracając do “hodowli”. Co z lesbijkami? Wspomina pan o procedurach in vitro dla par gejowskich, ale co z kobietami, które żyją z kobietami? Czy mają po prostu udawać “stare panny”? Co będzie, jeśli w końcu wprowadzona zostanie jakaś forma związków partnerskich, i dwie kobiety go zawrą? Przydało by się na chwilę odłożyć homofobię na bok i zastanowić się nad meritum swoich poglądów.

Pan premier powiedział, że w sprawie in vitro nie przejdzie ani “czarny ani tęczowy” projekt. Chciałabym, żeby dostrzeżono, gdzie w rzeczywistości leży różnica między tymi projektami i, generalnie, tymi światopoglądami. “Tęczowi” nie będą nikogo zmuszać do in vitro ani do związków partnerskich – chcą dać możliwości tym, którzy ich nie mają i są przez to dyskryminowani. “Tęczowe” idee oddają moc decyzyjną w ręce ludzi, których te decyzje będą się tyczyć. “Czarne” (wedle premierowej nomenklatury) projekty chcą za nas wszystkich podejmować decyzje zgodnie z de facto wykładnią prawno-teologiczną innego państwa (Watykanu). Projekty te chcą zmuszać i zabraniać, zamiast pozwalać i niwelować dyskryminację. Jeśli sumienie jest tak poważnym argumentem w tym państwie (w aptece, u lekarza i w sejmie), to dajmy wreszcie możliwość samym obywatelom i obywatelkom podejmować decyzję zgodnie z naszymi sumieniami!!

Urlopy macierzyńskie czy rodzicielskie, Panie Premierze?

Tuesday, October 16th, 2012

W swoim szumnie zapowiadanym i komentowanym “drugim expose” premier Tusk wspomniał o jednej – jak ją sam nieskromnie nazwał – “rewolucji”. Mianowicie, przedłużenie urlopów macierzyńskich do jednego roku. W Polsce na kobietę przypada 1.3 dziecka – mało. I pan Premier chce to zmienić – rewolucją właśnie.

Fot. Maciej Śmiarowski/KPRM (FlickrStream Kancelaria Prezesa Rady Ministrów)

Przez cały weekend próbowałam się dowiedzieć, czy chodzi o urlopy macierzyńskie, czy rzeczywiście rodzicielskie. Czyli – czy znowu mówimy jeno o matce Polce, pomijamy zupełnie ojców i po prostu wywalamy kobiety na dłużej z rynku pracy i ograniczamy ich szansę na zatrudnienie (bo pracodawcy jeszcze bardziej się będą bali, że pracownica im zniknie)? Czy może wreszcie nasze prawo będzie odzwierciedlać stan faktyczny – mianowicie, że większość dzieci ma dwójkę rodziców i każde z nich powinno mieć okazję spędzić z niemowlęciem czas?

Okazuje się, że nie mogłam znaleźć odpowiedzi ponieważ… sam premier i jego ministrowie jeszcze jej nie znają. Na dzisiejszej konferencji prasowej ogłoszono, że trzeba będzie pomyśleć, co z tymi ojcami. Urzędnicy sprawdzą między innymi, ilu mężczyzn korzysta z urlopu tacierzyńskiego – choć nie wiadomo, jak te wyniki mają zostać wykorzystane.

Problem w tym, że w Polsce dzieci to sprawa kobiet – matek, babci i czasami przedszkolanek. W niektórych firmach wręcz się ojcom mówi – “my panu wolnego na dzieci nie damy – od tego jest żona” (nieważne czy pracująca poza domem, czy nie). Ojciec, który bierze wolne na dzieci to pracownik niepoważny, który zmniejsza swoje szanse na awans. Ojcowie, którzy chcą poprosić o tacierzyński często są od tego pomysłu odwodzeni. Inni nie pytają, bo albo im to do głowy nie przychodzi, albo nacisk w pracy jest taki, że nawet nie próbują.

(more…)

Czemu seks przed ślubem to dobry pomysł

Thursday, September 27th, 2012

W zeszłym miesiącu reporter konserwatywnej Fox News – Stephan Crowder – wziął ślub. Gratuluję mu i życzę szczęścia. Szkoda tylko, że wykorzystał tę, skądinąd na pewno radosną okazję, żeby ponawtykać tym z nas, którzy mają inne pomysły na życie, niż on. Po podróży poślubnej uraczył czytelników i czytelniczki serwisu Fox News historyjką o tym, jak w związku z tym, że czekał z seksem do ślubu, będzie miał lepsze, szczęśliwsze, bardziej znaczące małżeństwo niż ci z nas, którzy nie czekali tak długo.

Jego argumenty to nic nowego, a opowieść osnuta jest wokół spotkania z innymi nowożeńcami na śniadaniu w hotelu (drugiego pana młodego bolała głowa, co dla dziennikarza było świetnym punktem wyjściowym do dekonstrukcji hedonizmu i bezwartościowości życia ”dzisiejszej młodzieży”). Przez cały felieton pan Crowder podkreśla, jak ważne było to, że pierwszy raz uprawiał seks z żoną, że teraz już nic nie będzie takie same, a jego życie seksualne jest dużo lepsze niż u ludzi, którzy uprawiali seks przed ślubem (albo – uchroń siło wyższa – mieli więcej niż jedną/jednego partnera/partnerkę).

Przykro mi panie Crowder, ale ktoś w końcu powinien panu powiedzieć, że w małżeństwie chodzi o więcej, niż tylko seks… Tak, seks jest ważny, jest świetną rozrywką i przemiłym sposobem na spędzanie wolnego czasu (przy pełnej zgodzie wszystkich uczestniczących). Niemniej, seks naprawdę nie powinien być głównym powodem, dla którego wzięło się ślub. Dziwi więc, że wszystkie pana przemyślenia wokół ślubu można zawrzeć w stwierdzeniu “olaboga, mam super seks, bo go nie uprawiałam dopóki nie założyłem obrączki!”.

Co więcej, jest mnóstwo argumentów za tym, żeby uprawiać seks przed ślubem. Badania pokazują, że małżeństwa, w których partnerzy wyznają bardziej progresywne (wręcz – a fe! – feministyczne) poglądy, i nie czekają z seksem do ślubu, są szczęśliwsze. Tak naprawdę to dość logiczne. Związki, w których ludzie czują się mniej wtłoczeni w role, które wyznaczyło społeczeństwo, a które przecież niekoniecznie wszystkim pasują, mają większe szanse na przetrwanie. Jeśli możesz być sobą, łatwiej będzie ci wytrzymać z kimś choćby i pół wieku.

Jest też inny – czysto seksualny – pozytywny aspekt uprawiana seksu przed ślubem. Chcemy czy nie, seks to ważny aspekt życia większości ludzi. Jeśli człowiek z którym mamy spędzić resztę życia (albo przynajmniej tak oświadczyliśmy przed rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami i dostaliśmy w nagrodę pięć tosterów i szesnaście zestawów okropnej pościeli) ma zupełnie inny temperament niż my, to trochę jesteśmy w kropce. W kropce przez resztę życia, albo do rozwodu…

(more…)

Polsko-angielskie śluby i jak NIE włączać biologii do dyskusji o ludziach

Tuesday, September 4th, 2012

Kilka dni temu ukazał się w Gazecie Wyborczej wywiad z Profesorem Bogusławem Pawłowskim (który nie jest w żaden sposób z autorką spokrewniony), tłumaczący czemu Polki częściej wychodzą za Anglików niż vice versa. Jest w tym wywiadzie trochę prawdy, trochę oczywistości i całkiem sporo naciągania biologii na dyskryminacyjną rzeczywistość. Może podchodzę do tego ciut za bardzo osobiście, ale z wykształcenia jestem biolożką i zawodowo zajmuję się ludzką seksualnością, tak więc tego pokroju brednie, publikowane w poczytnych gazetach, mocno mnie frustrują (żeby to grzecznie ująć).

Przyjrzyjmy się kilku wypowiedziom Profesora Pawłowskiego

1.

Kobieta, podobnie jak szympansica, jest egzogamiczna: oznacza to, że to ona opuszcza rodzinę czy grupę, aby iść do mężczyzny.

Nie przeszkadza mi tu porównanie kobiety do szympansicy – nie w tym rzecz. Problem jest raczej z tym, że Pan Profesor kompletnie pominął kwestię majątku i dziedziczenia, która u szympansów właściwie nie istnieje. Kobiety się przeprowadzały do rodziny męża, bo i tak nie miałyby (jeszcze relatywnie niedawno) prawa dziedziczyć niczego po swoich rodzicach (a de facto ojcu). Po co więc miały zostać “na starych gratach” z nową rodziną i być skazanymi na ubóstwo? A czemu tylko synowie dziedziczyli po ojcu ? Ponieważ kobiety bardzo długo nie miały prawa niczego posiadać (nawet dzieci przez długi czas uznawano za przynależne ojcu w przypadku rozwodu, kiedy ten był wreszcie legalny). Ale przyczyną tego stanu rzeczy nie była biologia, tylko kultura – bo to jej wytworem są patriarchalne społeczeństwa, w których jedyną rolą kobiety jest opieka nad dziećmi i domostwem/praca w polu.

(more…)