bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Archive for the ‘Rodzicielstwo’ Category

O wyższości Sądu Rodzinnego w Poznaniu i sędzi Beaty Rynkowskiej nad innymi.

Monday, October 15th, 2012

Od zawsze alimenta to kłopot. Dla rodzica wychowującego dziecko – bo są zwykle małe i często wypłacane z ogromnym opóźnieniem – dla sądu bo zawsze to kłopot ile dać, żeby nie dać za dużo. O to, że to będzie za mało sądy się jakoś rzadziej martwią. Ale coś się zmienia! Po latach walki aby dzieci wychowane przez samotnych rodziców nie miały gorzej niż ich rówieśnicy i drugi rodzic także dołożył się w godziwą, a nawet bardziej, kwotą  do wychowania a nie tylko dorzucić się do chleba, już nie tylko bez masła ale nawet margaryny, do sędziów rodzinnych wreszcie to dotarło.Tak już nie można żyć. W końcu mamy XXI wiek. Nareszcie się coś udało!

Sąd rodzinny w Polsce wydał wreszcie wyrok, który sprawi, że Polska nie tylko stanie się 2-gą Irlandią czy Japonią ale wręcz  państwem bogatszymi niż Emiratem Arabskim. A my będziemy wreszcie jak szejkowie opływać w … Nie, nie petrodolary ale alimentozłote.

Oto Pani Sędzia Beata Rynkowska z Poznania – niech imię jej po wieki zapisze się w annałach gdzie wymienieni są najwięksi humaniści – wydała wyrok, na mocy którego ojciec nieślubnych dzieci, który się nimi nie zajmował i nie płacił na nie żadnych alimentów- ma płacić po 100 tysięcy złotych alimentów. Miesięcznie! Tak, dla tych co nie uwierzyli napiszę jeszcze raz 100 (sto!) tysięcy złotych polskich, po denominacji. Co więcej, Pani Sędzia zaakceptowała ugodę na mocy której, skruszony tatuś zobowiązał się zapłacić swoim dzieciom 6 milionów złotych. Sporo. Od teraz  na pytanie czy lepiej samemu wygrać w Totka czy wychowywać dziecko odpowiedź jest jedna. Lepiej samotnie wychowywać,  bo bardziej się opłaca. W Totka wygrana niepewna, a wyrok sądu (przynajmniej ten) udało się od razu wyegzekwować.

(more…)

Po co nam religia w szkołach?

Wednesday, October 3rd, 2012

Na moją pierwszą lekcję religii poszłam dopiero w trzeciej klasie. Przedtem mieszkałam w kraju, w którym lekcje religii obywały się tylko w kościołach. Nie wiedziałam za bardzo czego się spodziewać, a właściwie chyba nie przyszło mi do głowy, że jest nad czym się zastanawiać. Oj, myliłam się… Katechetka zaczęła lekcję od obejrzenia zeszytów wszystkich uczniów i uczennic. Okazało się, że pod koniec poprzedniej klasy przykazała, że w następnym roku wszyscy mają mieć specjalne zeszyty do religii z jakąś postacią biblijną na okładce. Ja nie miałam (co mogło mieć coś wspólnego z tym, że kiedy dawała te instrukcje, byłam oddalona od niej o tysiące kilometrów). Zamiast Jezusa czy Maryi, miałam na okładce misia albo innego kotka. Kiedy pani katechetka to zobaczyła, dostała furii. Zaczęła krzyczeć, że jestem nieposłuszna i w końcu wyrzuciła mnie z klasy mówiąc, że jestem “szatańskim pomiotem”. Zgadza się. Za misia na okładce 8-letnie dziecko zostało wyrzucone z klasy i nazwane szatańskim pomiotem.

Teraz już mogę dodać, że moja pierwsza lekcja religii była też ostatnią. Gdy rodzice się dowiedzieli co się stało, zdecydowanie stwierdzili, że z tą panią w jednym pomieszczeniu już nie będę przebywać. Do końca podstawówki ja i dziewczynka z prawosławnej rodziny spędzałyśmy dwie godziny religii w tygodniu w bibliotece. Incydent z nazwaniem mnie diabelskim pomiotem utrudnił nawiązywanie nowych przyjaźni. I tak byłam inna (akcent!!), a wyrzucenie mnie z klasy w pierwszym tygodniu nie pomogło. Nigdy już nie byłam na ani jednej lekcji religii (w liceum moje niechodzenie nie było już wyjątkowe). Co nie znaczy, że nie wiem, co na tych lekcjach się działo. Znajomi mi opowiadali o filmach z aborcji, o antysemityzmie księży i o katechetkach stawiających tarota (“bo trzeba poznać wroga”). Generalnie, starego dobrego “miłuj bliźniego swego” było tam najmniej. A to wszystko się działo w czasach, kiedy w głowach nam się nie mieściło, żeby religia miała się liczyć do średniej ocen…

Zawsze zastanawiało mnie po co właściwie uczymy religii w szkołach i na szczęście debata na ten temat wreszcie zaczyna trafiać do mediów. Czemu nie uczyć religii tam gdzie jej miejsce – w kościele? Nie kupuję argumentów o tym, że religia uczy nas “uniwersalnych zasad moralnych”. Może Jezus chciał dobrze, ale w dzisiejszym katechizmie jest bardzo mało myśli Jezusa Chrystusa, a dużo więcej treści, które brzmią jakby były inspirowane mądrościami ojca Rydzyka. Nauka religii sprowadza się do wbijania uczniom do głów obecnej wykładni Watykańskiej na tematy społeczne (nie antykoncepcji, nie aborcji, nie homoseksualizmowi) przy akompaniamencie modlitewnej pamięciówki. Na większości lekcji nie ma czasu i miejsca na pochyleniem się nad myślami mesjasza z Nazaretu, bo trzeba przerobić czytanki z Naszego Dziennika. Wydaje mi się wręcz, że sporo młodych ludzi chłonie uniwersalne wartości nijako pomimo, a nie dzięki, lekcjom religii. Bo tolerancji, otwartości i szacunku dla drugiego człowieka i jego/jej inności raczej ciężko uświadczyć w sali lekcyjnej z katechetką bądź księdzem.

(more…)

(Samotna) Matka Polka – czyli jak Tata może najwyżej “pomagać” przy swoim dziecku

Tuesday, September 18th, 2012

Na początek chciałabym postawić sprawę jasno – uważam, że Kongres Kobiet to świetna, bardzo potrzebna impreza i oby się ona odbywała do końca świata i jeden dzień dłużej.To naprawdę cudowne, że jest wreszcie forum, na którym kobiety z całej Polski mogą porozmawiać o tym, co dla nas ważne i nawet premier stwierdza, że warto się pofatygować i poobiecywać coś, co od dawna powinno było być oczywiste (pytanie oczywiście, co ostatecznie z tych obietnic wyniknie).

Materiały prasowe Kongresu Kobiet

Niemniej, mam pewne “anse” do tego, co na Kongresie słyszałam. Mówiąc dokładniej, mam jedną uwagę do niemalże każdej sesji, na której byłam. Słuchając wypowiedzi przeróżnych panelistek,  można by pomyśleć, że większość Polskich dzieci wychowywana jest przez samotne matki. W debatach o macierzyństwie, opiece nad dziećmi i polityce społecznej ani razu nie wspomniano o roli ojców jako odpowiedzialnych rodziców. Co najwyżej raz czy dwa zwrócono uwagę, że mogą oni “pomagać” wychowywać swoje dzieci (a nie po prostu je wychowywać, jak na jednego z rodziców przystało!). Od dzieci są matki, babcie i żłobki. Innych alternatyw brak.

Zdaję sobie sprawę, że większość Polek rzeczywiście zajmuje się dziećmi więcej niż ich partnerzy. Podaje się ku temu niezliczone powody, począwszy od biologii (bzdura!) skończywszy na tym, że “nie opłaca” się, żeby Mama wróciła do pracy, bo jej pensja tylko zapłaci za opiekę nad dzieckiem (ale czy do pracy idzie się tylko po to, żeby zarobić, czy też żeby nie stać w miejscu, spełniać się i móc w końcu awansować na lepiej płatne pozycje? Poza tym skąd założenie, że to matka powinna zarobić nad opiekę nad wspólnym przecież dzieckiem?!). W końcu, są też rodziny, w których oboje rodziców pracuje, ale tylko Mama na dwa etaty – w biurze, polu czy fabryce  i w domu. Ona musi pamiętać o tym, że dziecko wyrasta z butów i że koleżanka z klasy robi urodziny, ona zawiezie na francuski po szkole, i będzie brała wolne, kiedy dziecko zachoruje. Tatusiowe zazwyczaj są z tych obowiązków zwolnieni, bo się “nie nadają” i nie pamiętają, albo “źle wybiorą” lub nie ma ich w domu, tudzież po prostu im się nie chce.

(more…)

Jak z Płatka: Raj za rogiem

Tuesday, September 11th, 2012

Razi mnie świętoszkowata obłuda, gdy mowa o świadomej prokreacji i zespole Downa. Widać wtedy, że u nas hasło „świętość życia” pogardliwie zaczyna się i kończy na zarodku. Zderzenie nadętych słów i mizernej rzeczywistości, tak cuchnie kontrolą i lekceważeniem dla ciężarnej, płodu i człowieka z Downem, że nie sposób się nabrać na gadkę o godności i wartości życia. Typową, w jej ramach, jest odmowa wykonywania badań prenatalnych, pod pretekstem, że dojdzie do aborcji, gdy okaże się, że to Down. Protekcjonalne demonstrowanie lekceważenia dla zdrowia ciężarnej i płodu uchodzi za przejaw dbania o wartości. Odmowa aborcji z wykrętem, że zespół Downa nie jest ciężkim i nieodwracalnym uszkodzeniem płodu demonstruje rozpanoszone poczucie wyższości, które uprawnia do decydowania, także wbrew prawu, za kobietę. To wszystko pod pozorem cnoty i troski o życie. Nadęte tony o świętości życia kończą się na kłapaniu ozorem. A podkulonej postawie wielu z nas, zapatrzonych we własne doczesne korzyści nie starcza już uwagi na los i jakość życia osób z Downem i ich bliskich.

Vidaråsen

Vidaråsen

Urodzić dziecko z zespołem Downa. Urodzić i zapewnić dobrą jakość życia i nieodrzucenie oraz samemu nie popaść w depresję, poczucie nieszczęścia i osamotnienia. Możliwe?

Miałam 20 lat, a moi podopieczni byli w wieku od 11. do 33 lat. Byłam wychowawczynią na koloniach dla dzieci upośledzonych umysłowo. Większość mojej grupy miała Downa, a rzecz się działa pod Warszawą. Mój upór, że mają prawo do decydowania o sobie, choćby o tym co na siebie włożą lub co chcieliby robić w ciągu dnia lub ze swoim życiem traktowane były przez kierownictwo jak niepoważne fanaberie. Wszyscy – kolonistki i koloniści, bez względu na wiek traktowani byli przez nie-Downów jak dzieci. I jak dzieci niekoniecznie ich słuchano i poważano. Dzięki moim Downom poznałam pierwszy raj za rogiem. Podzielili się ze mną swoim kolorowym światem. Nosili go w sobie. Jest w nim ogromna przestrzeń na zaufanie, ciepło, radość, pogodę ducha i zdolność zachwytu nad detalem. Łatwo kochają, mają – o czym najchętniej pruderyjnie wolimy nie myśleć, nie mniej niż my, rozwinięty pociąg seksualny. Boją się samotności i bezużyteczności. Potrzebowali mojej często dla mnie wyczerpującej pomocy i oddawali z nawiązką w uśmiechu i sympatii. Zdaniem kierownictwa mieli być niezdolni do uczenia się języków obcych, niezdolni do dalekich marszów i czegoś tam jeszcze. Chodziliśmy na wielokilometrowe wyprawy przez pola i lasy, angielski łykali w różnym tempie, ale łykali. Ludzie z zespołem Downa zaskakują i rozrzutnie obdzielają spojrzeniem na świat, którego nie-Downom brakuje. Ich świat do którego mnie wpuścili był piękny, bogaty i dobry. Mogliby obdzielić nim i inne nie-Downy. Nie wyszło.  Okoliczne dzieci nie-Downy trenowały wobec ich inności, przy zgodnym akompaniamencie swoich rodziców, głównie szyderstwo i odrzucenie. Szkoda.

(more…)