bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Archive for the ‘Prawo’ Category

Jak z Płatka: Z urzędu?

Wednesday, February 26th, 2014

Zostałam poproszona o komentarz do opisanej sprawy. Mężczyzna złapał młodą dziewczynę na klatce, zaciągnął do swojego mieszkania. Próbował ją zgwałcić. Pociął jej ramiona i nogi. Prokuratura tego niedowidzi – bo…skłania się do życzeń pokrzywdzonej.

800px-Policja,_old_cars,_Krakow

Opis czynu mężczyzny wyczerpuje znamiona co najmniej kilku przestępstw; od pozbawienia wolności (art. 189 k.k.), przez naruszenie czynności narządu ciała i rozstrój zdrowia (art. 157 k.k.) po usiłowanie zgwałcenie (art. 197§1k.k.).

Pozbawienie wolności zostanie pewnie „skonsumowane” jako zachowanie, które miało doprowadzić do zgwałcenia, podobnie zresztą jak i naruszenie czynności narządu ciała też mogło temu służyć.

Zgwałcenie od 27 stycznia 2014 roku jest ścigane z urzędu. To oznacza, że prokuratura ma obowiązek działania. Ten obowiązek zakłada zarówno ściganie przestępstwa, jak i zabezpieczenie interesów pokrzywdzonej.

W tym świetle oświadczenie Jadwigi Nowak, szefowej Prokuratury Lublin Północ, że pokrzywdzona złożyła oświadczenie, że nie chce sprawy o zgwałcenie – poraża. Współczuję pokrzywdzonej. Zgodnie z prawem ma prawo do pomocy psychologicznej, jednorazowego przesłuchania i zapewnienia jej bezpieczeństwa, i tego, że sprawca zostanie potraktowany zgodnie z prawem. Współczuję pokrzywdzonej, bo bez względu na obowiązujące prawo prokuratura najwyraźniej nie chce sprawy i nie chce przyjąć do wiadomości, że przepisy się zmieniły. Widać u nich się nie przyjęły. To nie musi, ale może wpłynąć na stosunek do pokrzywdzonej i sposób jej traktowania, jeśli jednak przyjdzie im prowadzić sprawę.

„Mężczyzna został przesłuchany w charakterze świadka. Czekamy jeszcze na opinię biegłego w tej sprawie“. Nie rozumiem dlaczego – jeśli wiadomo, że chodzi o usiłowanie zgwałcenia, i wiadomo że sprawca nie tylko groził nożem lecz faktycznie zadał pokrzywdzonej kilka ran ciętych na przedramionach i nogach, a rzecz zakończyła się usiłowaniem, bo pokrzywdzona uciekła – dlaczego został przesłuchany w charakterze świadka, a nie podejrzanego?

Nie wiem o jaką opinię biegłych chodzi? Bywa, że chcąc pozbyć się sprawy, liczy się na to, że można uznać, iż obrażenia 18-latki skutkują rozstrojem zdrowia poniżej 7 dni i wówczas sprawę będzie można przerzucić na pokrzywdzoną, bo taka toczy się z oskarżenia prywatnego (art. 156§4 k.k.).

Skoro jednak prokuraturze wiadomo, że było tu  usiłowanie zgwałcenia – obowiązkiem prokuratury jest prowadzić sprawę z urzędu. Test jest bardzo prosty. Wystarczy zadać sobie pytanie, czy tak samo postąpiłaby prokuratura, gdyby tą dziewczyną była córka komendanta policji, żona miejscowego polityka, siostra premiera? Czy tak samo raptowna nieznośna lekkość spełniania życzeń ważyłaby więcej niż obowiązek i prawo.

Co do aresztu, którego tu nie zastosowano, to proszę pamiętać, że tymczasowe aresztowanie nie jest środkiem karnym lecz zabezpieczającym. Więc jeśli zebrano w sprawie dowody i nie ma obawy, że sprawca naruszy porządek prawny – stosowanie aresztu – nawet gdy w grę wchodzi usiłowania zgwałcenia, nie może być automatyczne. Warto tylko sprawdzić w jaki sposób zapewniono, by sprawca nie przeszkadzał w dochodzeniu i jak zabezpieczono interesy pokrzywdzonej. Źle by było, gdyby i jedno i drugie ostało się zaledwie na papierze.

Dosyć tego, do cholery! – Rozmowa z prof. Moniką Płatek, prawniczką i kryminolożką z Uniwersytetu Warszawskiego

Monday, February 24th, 2014

Wywiad ukazał się w Gazecie Jarocińskiej.

platek

Karol Górski: Politycy prześcigają się w szukaniu rozwiązań, ale to najczęściej ogranicza się do zaostrzania kar. Premier proponuje teraz za jazdę pod wpływem alkoholu m.in. odbieranie prawa jazdy na co najmniej trzy lata, co najmniej 5 tys. zł grzywny i więzienie bez zawieszenia za recydywę. 

Monika Płatek: W związku z zainteresowaniami zawodowymi zauważyłam taką specyfikę, że każdego stycznia o tej samej porze mówimy o tym samym w taki sam sposób, pomijając, to co dzieje się w społeczeństwie. Propozycje polityków nie przełożą się na większe bezpieczeństwo na drogach. Są jednak wskazówką, czego możemy się spodziewać w takich płaszczyznach życia jak np. zatrudnienie, stan służby zdrowia, edukacja.

Politycy nie chcą się zajmować tymi obszarami, bo wolą zrobić konferencję o zaostrzaniu kar?

Nie. Mówiąc o pijanych kierowcach, pokazują nam, co mogą zrobić w tych zakresach, o których powiedziałam. Oni oczywiście będą się zajmować też tymi tematami, ale w taki sam sposób, w jaki zajmują się pijanymi kierowcami. To nam  wskazuje też, jak nas widzą.

Czyli jak nas widzą?

Myślę, że politykom wydaje się, że mogą nas karmić informacjami, że zaostrzanie kar zaspokoi nasze poczucie bezpieczeństwa, nasze poczucie sprawiedliwości. Czyli mają nas za dość prymitywny, prosty (żeby nie powiedzieć – prostacki) narodek, którego można zaspokoić porcją obietnic o zaostrzaniu kar. Może to wynika z tego, że sami nie widzą istoty problemu, ale mają zapewne nadzieję, że i my nie widzimy. Mają sporo przesłanek, że ich tok rozumowania jest OK, ponieważ gdy oferuje się nam zaostrzanie kar, nikt z nas nie mówi: „Dosyć tego, do cholery, rok temu mówiliście to samo i w międzyczasie kolejni ludzie zginęli na jezdniach”. Zamiast tego sprawiamy wrażenie jakbyśmy ze szczęścia na myśl o ostrzejszych karach, orgazmowali. Niech pan zauważy; nikt ze strony władzy nie próbował przedstawić analizy tego, co naprawdę się dzieje. A jest tak, że mamy coraz więcej samochodów, coraz bezpieczniej jeździmy po drogach m.in. dlatego, że część dróg zrobiła się dużo lepsza. Spada więc liczba wypadków. Natomiast dalej jeździmy bardzo szybko, bo nie przestrzegamy przepisów.

Dlaczego?

Bo uważamy, że te znaki drogowe nie stoją po to, żeby nas informować, tylko żeby zdzierać z nas kasę. Istnieje daleko posunięty brak zaufania do władzy, co skutkuje tym, że nie myślimy, że władza się stara, aby nam zagwarantować bezpieczeństwo, tylko stara się nas dopaść i na naszym nieszczęściu zbić kasę. Nie jesteśmy durniami. Uważnie słuchamy wypowiedzi sprzed roku ministra finansów o tym, jak liczy na wzmocnienie budżetu pieniędzmi z mandatów. Chcesz pomóc fiskusowi? Łam przepisy drogowe i płać mandaty! Minister nie mówił, jak wydać pieniądze i ustawić znaki drogowe, i fotoradary, aby ograniczyć ilość rannych i zabitych; mówił tylko, ile planuje zarobić na łamaniu przez obywateli prawa. Propozycje rządu wskazują być może na rozziew interesów władzy a społeczeństwa. Może też wskazywać na przekonanie władzy, że społeczeństwo ma w dupie, za przeproszeniem, bezpieczeństwo i życie; społeczeństwo chce krwi i jak igrzysk potrzebuje winnych, i w tym sensie – istnieje zapotrzebowanie na kolejne wypadki, bo żądza zemsty aż dyszy w powietrzu.

To co należałoby robić? 

Jako kryminolożka, prawniczka i karnistka wiem, że to, co jest najważniejsze i to, czemu służą sankcje, to przeciwdziałanie. A przeciwdziałanie w niewielkim stopniu można osiągnąć przy pomocy prawa karnego.

Trzeba zaznaczyć, że 95% wypadków nie jest popełnianych przez pijanych kierowców, tylko jest popełnianych przez kierowców, którzy jadą za szybko. To nie zwalnia z odpowiedzialności tych, którzy jadą pod wpływem alkoholu, natomiast pokazuje, że przez 10 lat, mając szansę zmienić obyczaje, mentalność społeczną, nie zrobiliśmy tego. Władza i my dopuściliśmy do perwersyjnego stosowania prawa.

Co to znaczy?

To się odnosi do sytuacji, w której prawo stworzone w określonym celu, jest wykorzystywane do zupełnie czegoś innego. Byłam jedną z tych, która walczyła, o to, by jazda pod wpływem alkoholu została uznana za przestępstwo Zazwyczaj jestem przeciwna kryminalizacji zachowań, bo z reguły to nie ma sensu i są inne, lepsze metody rozwiązywania problemów niż przy pomocy prawa karnego. Tym razem jednak jest inaczej. To wyjątkowa sytuacja, gdy prawo karne może rozwiązać problem, a nie stworzyć nowy. Podobnie, obok jazdy pod wpływem alkoholu jest z przemocą w rodzinie. W tych sytuacjach warto wkroczyć z prawem karnym i powiedzieć: „Stop!”.

I nie chodzi o to, by falę ludzi wsadzić do więzienia, tylko o informację, że takie zachowanie jest przestępstwem. Chcesz popełnić samobójstwo? Trudno, skacz do zimnej wody, idź na wysoką wieżę, powieś się, zrób to, jeśli musisz. Natomiast pamiętaj, każdy, kto wsiada pod wpływem alkoholu, a dziś powiedziałabym, że także każdy, kto wsiada za kierownicę niewyspany, kto wsiada z poczuciem, że jest macho i może sobie pohulać, jest niebezpieczny dla innych. Efekty opóźnionej reakcji są tak samo groźne, kiedy jesteśmy pod wpływem alkoholu, narkotyków czy niewyspania. Życie ludzkie kończy się dlatego, że ktoś był idiotą i pomyślał, że może sobie na to pozwolić.

Tylko dlaczego ludzie są idiotami?

Na pewno nie dlatego, że mamy niskie kary. Ktoś, kto wychodzi i mówi, że musimy zaostrzyć kary zachowuje się nieodpowiedzialnie, ponieważ albo wie, że to niczego nie zmieni, bo bez przerwy je zaostrzamy i to nic nie daje, albo sądzi, że to coś daje, a więc jest niedouczony. Naprawdę najlepsza konsekwentna edukacja społeczna. Mam dość gadania, że musimy edukować społeczeństwo, bo ono jest edukowane na co dzień. Weźmy sytuację, w której policjant zatrzymuje człowieka, który okazuje się posłem, sędzią, prokuratorem, księdzem, dyrektorem, znajomym czy facetem z kasą i w związku z tym mu się upiecze. To jest edukacja, że nie chodzi o to, aby nie wsiadać za kierownicę niewyspanym czy pod wpływem alkoholu, ale o to, żeby mieć plecy. Edukujemy, że nie liczy się przestrzeganie przepisów, tylko to, aby się nie dać złapać, a gdy złapią, aby się wykręcić. To jest społeczeństwo wyedukowane do nieprzestrzegania przepisów. Zmiana tego wymaga szerszego myślenia, przyjęcia perspektywy, która uwzględnia różne rodzaje wiedzy z bardzo różnych półek, a nie cepa w postaci zaostrzenia kar.  Przecież uczymy się, że pijany policjant, nieważne, czy prowadzi, czy pijanemu koledze pozwala prowadzić, ma umorzoną sprawę. Surowe kary? Przecież non stop edukujemy społeczeństwo, że prawo działa wybiórczo i niestety, na pokaz.

To pesymistyczna diagnoza…

Na szczęście mimo tak niskiej kultury klasy politycznej my się poprawiamy. Ludzie zaczynają inaczej funkcjonować na drogach, także z powodu poprawy stanu niektórych dróg. Jeżeli chodzi o karanie za jazdę pod wpływem alkoholu, to zaczynaliśmy w tym samym miejscu, gdzie Finowie. Proszę sobie porównać sytuację u nich i u nas w tej chwili. Tam się nikt nie zgrywał, nie wygłupiał. Oni chcieli być bardziej skandynawscy, a mniej sowieccy. My jesteśmy bardziej sowieccy, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tak się dzieje, ponieważ na to pozwalamy i bardzo łatwo dajemy się zapchać poczuciem, że się możemy zemścić, dokopać, wyżyć na kimś, kogo uznamy za złego, najlepiej za bestię. Także ludzie w Jarocinie nie protestując, godzą się na to.

Rozmawiał KAROL GÓRSKI

 

Jak z Płatka: Ius est ars boni et aequi – czyli o wykroczeniach pułkownika Olkowicza i niewinnej bezradności pijanych policjantów w jeziorze.

Thursday, February 6th, 2014

 Proszę wybaczyć przydługi tytuł, ale przynajmniej od razu wiadomo o co chodzi.

A łacina?

Image by kobsu

Image by kobsu

Fakt, jest i łacina. To paremia: Ius est ars boni et aequi – prawo to sztuka tego co dobre i słuszne. Paremie to krótkie, skondensowane zdania; są jak fundamenty, ściany nośne i mówią o istocie prawa. Wyrażone po łacinie, w swoistym prawniczym esperanto, są jednako zrozumiałe dla prawniczek i prawników z Anglii, Litwy, Francji czy Polski.

Prawo to sztuka stosowania tego, co dobre i słuszne. Czyli tworzenie i stosowanie prawa wymaga odróżniania dobra i zła, kierowanie się zasadą dobra i słuszności. Takie rozumienie prawa sięga rzymskich tradycji i nastawione jest na budowanie wspólnoty, poczucia słuszności, współodpowiedzialności, dobroci i dobrej jakości życia dla wszystkich, a nie jedynie dla wybranych, którzy tworząc prawo, sami ustawiają się poza jego zasięgiem. Tak tworzone i stosowane prawo jest miarą i praworządności i demokracji.

Ale można i inaczej. Można i tworzyć i stosować prawo po to, by stwarzać pozory. By markować, że wszystko gra, bo mamy i przepisy, i sąd, i policję, i więzienie. Można niektórych brać za mordę dla przykładu, by wyglądało, że działa, a innych udać, że się nie widzi ich przestępstw, choć złamane przez nich przepisy sterczą ostro, wystają i podstawiają nogę tym, którzy udają, że ich nie widzą. Tak tworzone i stosowane prawo jest miarą władzy autorytarnej i niedemokratycznej.

W tym pierwszym świecie, gdzie prawo jest sztuką stosowania tego, co dobre i słuszne pułkownik Krzysztof Olkowicz w sprawie pana, który zwinął batonik i jest ubezwłasnowolniony, nie robi nic, bo ten pan nie trafia do aresztu w Koszalinie, który jest pod kontrolą pana pułkownika.

Panu od batonika zwraca się miło uwagę i odprowadza do domu. Sprawa nie dochodzi do sądu, bo jest tak błaha, że obrażałaby sąd, który jednak zajmuje się poważnymi sprawami, a nie bzdetami. Zresztą obrażałaby i policję i prokuraturę, rzucając podejrzenie, że tylko do wartości 99 gr. są w stanie zbierać dowody, prowadzić sprawy i udowadniać winę. No i jednak rzucałaby podejrzenie, że i tego nawet nie potrafią, bo w końcu rzecz dotyczy ubezwłasnowolnionego.

Prokuratura i sąd zajmują się natomiast policjantami, którzy po pijaku wpadają służbowym samochodem do wody. Policja i prokuratorzy są oczywiście na tyle biegli w sztuce technik kryminalistycznych, że potrafią ustalić, który z dwóch pijanych prowadził.

Tyle, że to, który prowadził, ma prawdę mówiąc, akurat w tej sprawie, znaczenie drugorzędne.

Jeden prowadzi w stanie nietrzeźwości (art.178a§1 k.k. – zagrożenie do lat 2), drugi na to pozwala  (art. 179 §1 k.k. – zagrożenie do lat 2). Jeśli nie wiadomo, kto prowadził, to wiadomo, że każdy, nawet nie prowadząc popełnił przestępstwo z art. 179 k.k. Tu nie trzeba szczególnej inteligencji. To wynika wprost z przepisów. Prokurator, który tę sprawę umorzył na pewno nie był głupi i czytać przepisy umie nie gorzej niż ja.

Nie wiem jednak, czy wie co naprawdę zrobił? Nie wiem, czy wie, że się przyłożył do kolejnych, bezsensownych śmierci i trupów na drodze.

Wierzę, że chciał dobrze. Prawo jest, myślał od tego, żebyśmy to my, a nie nas. W końcu tego nauczył się w praktyce. Choć może nie to słyszał na uniwersytecie, w pracy dowiedział się, że prawo można mieć w nosie, bo to on ustala, co to sprawiedliwość, a tylko sprawiedliwość się liczy, a nie przepisy.

Wierzę, że chciał, po swojemu, dobrze. Może chodziło mu o to, by ochronić kolegów z policji i nie marnować im kariery. Może znał ich i wiedział, że to fajne chłopaki. Może uwzględnił, że policjanci mają trudną jak cholera robotę i często równie trudnych szefów. Nie mają za to finezyjnych technik rozładowania napięcia. Zostaje ograniczony wybór: nawalić się, lub nawalić komuś.

A, że to porządne chłopaki to woleli nawalić się, niż nawalać i pod pretekstem naruszenia porządku, porządek naruszać. No więc wypili, jechali za szybko, nie wyrobili na zakręcie, wylądowali w stawie. I o co tyle szumu, przecież nikt nie zginął?!

Naprawdę? Naprawdę nikt nie zginął. Naprawdę nadal tak trudno dojrzeć związek skomasowanej akcji edukacyjnej od lat prowadzonej tak samo?

Niestety pudło. W policji, w efekcie tego umorzenia, nadal nic się nie zmieni. Praca będzie trudna, szefowie jeszcze trudniejsi, a wybory rozładowania napięcia znajome: nawalić się lub komuś. A trupów znów przybędzie na drodze. Już przybyło.

Następnego dnia pijany kierowca rozjechał dwie osoby. Inny, trzeźwy jechał za szybko i też zabił. Premier już w styczniu zrobił swoje. Zagrał szeryfa i trudno, by i teraz wyskakiwał jak królik i znów klepał o tym, że tym razem to policjanci piją, a prokuratura zamiata pod dywan. No zamiata, a On od klepania to ma w końcu ludzi w Ministerstwie Sprawiedliwości. Już od stycznia przecież, jak co roku, zaostrzają przepisy przeciwko pijanym kierowcom…

Potężna, tak prowadzona kampania edukacyjna uczy, że mniejsza o trupy, o picie, o jazdę bez namysłu; trzeba po prostu mieć plecy. Zaostrzanie jest jak fajerwerk. Ma zabłysnąć, i zrobić wrażenie, nie uchroni życia.

Czy ja sugeruję, że prawo nie zostaje uruchomione? Nie sugeruję. Przecież fakty są niepodważalne. Policjanci będą mieli umorzone, Maciarewicz też, a my uruchomimy potężną, ciężką maszynę wymiaru sprawiedliwości i puścimy ją w ruch, by zgniotła, każdego, kto ukradnie za 99 gr…kto wie, może nawet i za trochę więcej…

Z tej perspektywy patrząc, nie mogę się nadziwić, że pułkownikowi Krzysztofowi Olkowiczowi zarzucają tylko wykroczenie. I rozumiem usłużnych kancelistów od anonimu. Nie wątpię, że liczą na medal.

Pułkownik w rzeczy samej, zrobił rzecz straszną – ośmielił się zedrzeć maskę i ujawnić pozory tego, co nazywamy wymiarem sprawiedliwości…

Tylko czekać, jak następne anonimy doniosą, że to zdrada stanu.

Oficjele wypytywani przez dziennikarzy, czy wiadomo co robić, i czy są procedury, gdy okazuje się, że niewinny człowiek pozbawiony jest wolności z niepewnością w głosie, kręcili, że takich nie ma. ,

Są, i wiadomo co robić. Działać, zgodnie z przepisami.

Działać szybko może zarówno sąd, który wydał wyrok, jak i sędzia penitencjarny. Tyle, że sąd, który nie oglądał nie tylko skazanego, ale nawet  jego papierów nie dawał gwarancji, podobnie jak i sędzia penitencjarny, puszczający oko, że jest ok i przymykający oko na przeludnienie.

Tymczasem, każda godzina bezprawnego pozbawienia wolności, a takim jest przetrzymywanie człowieka, który swoim czynem choć złamał przepisy, to nie złamał prawa, bo nie można mu przypisać winy, jest przestępstwem bezprawnego pozbawienia wolności. Odkąd o tym wiemy, naruszamy prawo.

W kraju, w którym rządzi zasada, że ius est ars boni et aequi, nie byłoby sprawy pana od batonika za 99 gr. Inaczej skończyłyby się też afera FOZZu o ukradzione społeczeństwu miliony. Nie byłoby umorzeniem z powodu procesu ciągnącego się skutecznie, aż do …umorzenia z powodu przedawnienia.

Ale to nie jest tak, że jak się sypie to nic nie da się zrobić. Można. Pan Olkowicz dowiódł, że można. Pułkownik Krzysztof Olkowicz zachował się jak człowiek, który żyje w kraju, w którym działa zasada, że prawo działa według zasady dobra i słuszności. Nie zgodził się na pozór prawa i bezduszność.

Nie godzę się, by uznać, że Jego czyn to drobnostka, której społeczna szkodliwość jest znikoma.

Społeczne znaczenie czynu Pana Pułkownika jest ogromne. Otrzeźwiające i napawające otuchą i nadzieją. I nie jest wykroczeniem to, co przywraca prawu standard dobra i słuszności. Dziękuję.

Jak z Płatka: Słabość i moc.

Monday, January 20th, 2014
Image by  kIM DARam @ Flickr

Image by kIM DARam @ Flickr

Nie rażą mnie przepuszczane na mnie ataki posła Stefana Niesiołowskiego. Pewnie poseł Niesiołowski wie, i wie, że i ja wiem, że to najsłabszy argument w sztuce prowadzenia sporów. Artur Schopenhauer nazywa to wprost:  wybieg ostatni.

Schopenhauer radzi: kiedy zauważysz, że przeciwniczka jest silniejsza od ciebie, przyczep się do niej, bądź z nią obelżywym i gburowatym. Przyczepka polega na tym, aby odejść od przedmiotu dysputy (ponieważ tu sprawa przegrana) i przejść do dysputującej, to jest w taki lub owaki sposób napaść na nią („Erystyka”, Krajów 2010, s.59). Atakując mnie personalnie Stefan Niesiołowski, jak i inni co chwytają się tej metody, wykazał słabość.

Ja mam inną słabość. Słabość do posła Stefana Niesiołowskiego. Lubię go. Wiem, że pod wystawionym na widok pancerzykiem mało znośnego, skrywa się miły, kulturalny profesor, który fascynująco potrafi opowiadać o niewielkich latających, skaczących i pełzających stworzeniach.

Znam go też od innej strony. Nie wiem, kto z państwa, ale ja czytałam książkę Niesiołowskiego „Wysoki brzeg”. Wydana w 1999 roku opowiada o więziennych przeżyciach posła z czasów, gdy był, w świetle prawa,  zwykłym, pospolitym przestępcą i odsiadywał długi wyrok.

To dobra książka. Książka o więzieniu, o tym czym jest i co robi z człowiekiem. Książka, która opowiada prawdę o więzieniu i poprzez to, co w niej domyślne,  przemilczane. Niedopowiedzenia i cisza, jej rozległe obszary, robią równie duże wrażenie jak to, co wyrażone słowami. O tym, że ludzie ludziom, więźniowie innym więźniom potrafią zgotować los niegodny, i że jeśli godność traktować na serio, to testem na powodzenie tego jest świat za murem, po drugiej, oddzielonej od społeczeństwa stronie, i to jak traktuje on skazanych.

Pokusa nadużycia siły jest tam szczególnie wysoka. Pokusa nadużycia władzy i tej płynącej z przewagi fizycznej i tej z przewagi tytułu tam na dole, w celi, w odmęcie, w oddaleniu od brzegu, który tak wysoko, jest szczególnie namacalna. Tam widać bez mamienia ile warte są słowa o praworządności, demokracji, godności ludzkiej i prawie. W więzieniu, bardziej niż w urzędzie i w szkole sprawdza się siła lub bezsiła instrumentów, które mają chronić nie tylko przed pobiciem i gwałtem przez współwięźniów; mają chronić przed utratą wiary, że te wszystkie słowa o prawie, godności i sprawiedliwości mają sens.

Nie wiedziałam, że 25 lat temu poseł Niesiołowski był jednym z tych, którzy uchwalili Ustawę o amnestii zamieniającej skazanym karę śmierci na karę 25 lat więzienia. Sejm ma to do siebie, że tworząc ustawy ma sporą dowolność. Mogli uchwalić, że karę śmierci zamieniają na dożywocie. Naprawdę mogli. Nie zrobili tego. Czy to budzi moje oburzenie? Prawdę mówiąc, nie. To mnie nie oburza. Całkowicie natomiast osłabia mnie inne zdanie posła Stefana Niesiołowskiego. To, że miał nadzieję, że Mariusz T zgnije w więzieniu…

Przepraszam, bardzo przepraszam za posła wszystkich i każdego z osobna kto pracuje, pracował i będzie pracował w więzieniu. Przepraszam.

Więzienie jest po to, by odbyć w nim karę. Więzienie nie jest po to, by w nim gnić i zgnić.

Czy to się zdarza? Tak, zdarza się. Głodowa śmierć Claudio Crulica, Rumuna, który walczył o sprawiedliwość z polskim wymiarem sprawiedliwości, i przegrał, jest tego przykładem. I niestety przykładów takich jest dużo więcej.

To jednak nie jest tak, że posłowie, jak sugeruje poseł Niesiołowski, chcieli zamienić karę śmierci w powolną torturę. A nawet jeśli tak chcieli, jeśli u zarania demokratycznego systemu mieli rzeczywiście diaboliczny plan, by skazanych na karę śmierci załatwić na szaro powolnym gniciem w celi, to myśmy tego ani chcieli, ani się na to godzili. Ani my, zwykli ludzie, ani funkcjonariusze więzienni!

Nie po to zatrudnia się ludzi w więzieniu! Ludzie w więzieniu, funkcjonariusze więzienni nie pracują tam po to, by innych ludzi skazywać na powolne w nim umieranie!

Większość z nich naprawdę chce, aby ich praca miała sens, który oznacza raczej budowanie, a nie niszczenie ludzi. Większość z nich, w okropnych, często niegodnych warunkach pracy, stara się, by gwarantować nam bezpieczeństwo również w ten sposób, by pomagać skazanym wrócić do społeczeństwa i żyć, zwyczajnie żyć.

Poseł Niesiołowski niewątpliwie zna więzienie. I wie, że można z niego wyjść i zostać posłem. Można z niego wyjść i choć niekoniecznie wyrwać się traumom, to jednak żyć i mieć, jak sam poseł twierdzi, oddanych zwolenników. Być może głosują na posła także funkcjonariusze więzienni. Jest wielką słabością posłów, że jeden gniot prawny zastępują jeszcze większym gniotem. Dawną ustawę o amnestii niby „reperują” potworkiem w postaci tzw. ustawy Gowina. Jeszcze większą jednak słabością jest rozwalanie podwalin systemu i rujnowanie zaufania, obrażając tych, którzy pracują w więzieniu.

Funkcjonariusze więzienni i więzienia nie są po to, by ludzie w więzieniu gnili. Więzienia i pracujący w nich funkcjonariusze są po to, czego poseł Stefan Niesiołowski jest najlepszym dowodem, by więźniowie po odbytym wyroku mogli wrócić do społeczeństwa i cieszyć się w nim pełnią praw i nawet te prawa tworzyć. Poseł Stefan Niesiołowski jest dowodem na to, że praca funkcjonariuszy więziennych przynosi pozytywne, wykonane przez nich, zgodnie z obowiązującym prawem, efekty. Ma więc i pozytywną moc, może czas ją dostrzec.

Jak z Płatka: Upadłe kolosy

Thursday, December 19th, 2013

flickr @ actionsforchoice  http://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/legalcode

Czerwienię się ze wstydu i czuję skrępowanie, patrząc na skład Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego przy Ministrze Sprawiedliwości RP. To ciało kolegialne. Powołane do, jak sama nazwa wskazuje, kodyfikacji kodeksu karnego. Kodeks karny dotyczy wszystkich. Tak kobiet, jak i mężczyzn. W Komisji, która przygotowała kodyfikację dominują mężczyźni; są i dwie wybitne prawniczki – tyle, że obie już od dawna nieżyjące.

Nowy skład, powołany na lata 2013-2017 ma, na wymagane ustawowo max. 15, osób 18. W tym: jedną dr. hab. z KULu i sekretarkę zwaną sekretarzem z domeną mailową opus dei. Pozostali to mężczyźni.

To zawstydza. I żeby było jasne. Byłoby tak samo żenujące, gdyby skład Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego przy Ministrze Sprawiedliwości ograniczał się tylko do  wybitnych prawniczek, jednego dr hab. i sekretarza zwanego sekretarką z domeną mailową opus dei .

Źle świadczy o standardach, procedurach i praktykach tak jednorodne ciało przedstawicielskie w społeczeństwie złożonym z kobiet i mężczyzn. Wykluczenie połowy wiedzy, doświadczenia, wrażliwości przynosi efekt połowiczny… i ma niewiele wspólnego z dobrym prawem. Ma się też nijak do zasady demokratycznego państwa prawa, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej.

Źle świadczy o wrażliwości Ministra, zwłaszcza, że jest On od sprawiedliwości…i tylko błagam! darujmy sobie argument, że tu rzeczywiście chodzi wyłącznie o meritum…lepiej w to nie brnąć. Nie przystoi, bo ośmiesza. Tak mogą mówić tylko ci, którzy własną krótkowzroczność i lenistwo umysłowe mylą z merytoryczną.

Szkoda, że Minister nie dostrzega, że taki skład jest niestosowny i nie pozwala na osiągnięcie zakładanego celu. Tym celem jest dobre prawo, w którym prawo karne jest zaledwie jednym, pomocniczym trybikiem, a nie maczugą do bezmyślnego walenia na oślep, by zastraszyć i stworzyć pozory mocy.

I znów, żeby było jasne! Każdy z zaproszonych do Komisji Panów jest specjalistą. Co więcej, jest tam kilku, których cenię, szanuję, a nawet uznaję za swoich mistrzów. Jest wielu, z których każdy oddzielnie jest mądry, uroczy i miły. Jednak razem, w tak perwersyjnych warunkach tworzą zespół niezdolny do wypełnienia zadania i zaproponowania dokumentu, który nie szkodzi, nie patologizuje i jest zgodny ze standardami  niedyskryminacji i poszanowania ludzkiej godności (art. 32 Konstytucji RP). Ta nie kończy się na zarodku, już czas jakiś temu, nazwanym w kodeksie karnym dzieckiem poczętym.

Kodeks karny dotyczy wszystkich. Osób wierzących w rozmaitych bogów, służących interesom rożnych kościołów, agnostyków i ateistów. Konstytucja wymaga więc, by tu, wzbić się na neutralność. Tymczasem efekt prac Komisji kodyfikacyjnej w zakresie regulacji praw reprodukcyjnych zgodny jest z wolą kościoła katolickiego. Nie zaprzeczam, że odpowiada i aksjologii członków Komisji. Twierdzę jednak, że lekceważy życie, zdrowie i prawa reprodukcyjne kobiet, co również zagraża prawidłowemu rozwojowi ciąży i płodów.

Majgull Axelsson ujęła to tak: „Watykan, ortodoksyjni muzułmanie i amerykańska prawica utworzyli zwarty mur w tej sprawie. Byli gotowi zapłacić każdą sumę i poświęcić życie dowolnej liczby dzieci i kobiet, by bronić władzy mężczyzn nad rozmnażaniem”.

Najwięksi z prawniczych tuzów, Kolosi, usprawiedliwiają swoje pomysły aksjologią, troską i rozwojem medycyny.

Tworzą przepis „kto powoduje śmierć dziecka poczętego niezdolnego do samodzielnego życia poza organizmem matki, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Słowo „kto” w kodeksie karnym należy czytać jako „każdy”. Każdy, czyli ciężarna też. I nieważne, czy poroniła w sposób naturalny, czy nie – bo zgodnie z nowo zaproponowanym art. 1a k.k. przestępstwo jest popełnione, gdy można „obiektywnie” przypisać winę.

Co z tego, że ona mówi, że poroniła naturalnie. One wszystkie z tymi krwotokami, potknięciami, co nagle zjawiają się w szpitalu, tak mówią. A my przecież obiektywnie wiemy swoje.

Obiektywnie czyli według standardu rozsądnego człowieka. Człowiek to mężczyzna, a przecież wiadomo, że jak mężczyzna jest w ciąży to jest na tyle rozsądny, że nie poroni. Skoro więc on może, a ona poroniła, to obiektywnie można powiedzieć, że popełniła przestępstwo i jest winna.

Wiadomo, że żaden rozsądny mężczyzna w ciąży nie będzie dźwigał zakupów, wieszał ciężkich firan, nie zrobi obiadu, nie wymyje podłogi, ani nie zajmie się dzieckiem. Standard rozsądnego człowieka więc nie pozostawia żadnych wątpliwości; ona jest winna. Skoro mężczyzna w ciąży może przewidzieć, i skoro test przeciętnego człowieka stosuje taką samą miarą do mężczyzn i kobiet, to i ona może. Trzy lata to przecież wyrok łagodny. Wiadomo, w Polsce rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata, a trzy baba po korytarzach się przelata.

Gdzieś w tle brzmi jeszcze echo słów, że Komisja chciała spowodować ograniczenie stosowania kary pozbawianie wolności. Przemienia się w szyderczy rechot z którego zostaje  już tylko – pozbawienie wolności.

Kiedyś przed laty, gdy współzakładałam „Solidarność” w Centrum Zdrowia Dziecka mieliśmy tam najnowocześniejszy ośrodek badań prenatalnych. Rozpirzony, przetracony, bo a nóż badania prenatalne przyczynią się do aborcji. Godność człowieka jest najważniejsza, więc kobietom w ciąży odmawiamy. W tym czasie w świecie, gdzie godność zarodka nie jest najwyższą wartością robi się się już skomplikowane operacje na płodach pozwalające rodzącym się dzieciom żyć w dobrostanie. Usuwa się wady, ratuje życie, zapewnia brak kalectwa. U nas kobiety, płody  i dzieci składa się na ołtarzu idei. Troska? Rozwój medycyny?

Aby troska i rozwój medycyny mogły wziąć górę trzeba zrozumieć, że prawo karne jest od ochrony kobiet w ciąży, a nie od wymuszania na kobietach, by (nawet po gwałcie) w ciążę zachodziły i rodziły.

Szacunek i troska jest wtedy, gdy przestrzega się reprodukcyjnych praw kobiet. Obejmują one dostęp do wiedzy, wysokiej jakości usług medycznych, dostęp do planowania rodziny i  antykoncepcji, i w tych ramach także do aborcji. Ta ostatnia powinna być bezpieczna, legalna i rzadka. I jest rzadka tam, gdzie prawa reprodukcyjne traktowane są na serio i nie załatwiane ideologicznie i na szaro prawem karnym. Przestrzeganie praw reprodukcyjnych sprawia, że aborcji jest mało, a noworodków dużo. Tam, gdzie dba się o człowieka, nie myli się aksjologii z przyznawaniem sobie prawa do skazywania kobiet na heroizm lub na więzienie. Wierzę, że Członkowie Komisji chcieli dobrze, ale nie złączyli teorii z praktyką. Ot, kolejna zwykła banalność, tym razem – przeoczenia.

Jak z Płatka: Stupor

Tuesday, December 17th, 2013

Stupor. Stupor czyli osłupienie. Trwał przez chwilę. Wpadłam w stupor, gdy wice-minister sprawiedliwości Wojciech Węgrzyn, stwierdził 16 grudnia 2013, że przygotowany przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Karnego, przy Ministrze Sprawiedliwości projekt Ustawy o zmianie kodeksu karnego, to nic innego jak zbiór niewiążących, luźnych poglądów członków Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego (sic!).

Luźne poglądy? Wolne żarty i szczyt lekceważenia dla członków Komisji Kodyfikacyjnej.

To było na konferencji w siedzibie Premiera Donalda Tuska, na spotkaniu ekspertek i ekspertów zaproszonych przez Ministrę Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz i Feminotekę.

Szło o praktyki wspierające ofiary przemocy seksualnej, zgodne z Konwencją Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej [CETS210]. Miało charakter międzynarodowy. Ekspertki z Danii, Szkocji i Hiszpanii mówiły o swoich praktykach. Nigdzie tam nie ma tak, jak u nas.

U nas, Rząd 18 grudnia 2012 roku, podpisał CETS210. Tym samym wyraził wolę i wziął na siebie zobowiązanie jej implementacji. W efekcie tego zniesiono ściganie zgwałcenia na wniosek. Zwyczaj rodem z 1932 roku, już w kodeksie karnym z 1970 roku, był mocno zaśniedziały. Należało go zmienić w nowym kodeksie z 1997 roku. Ale nie zmieniono. Tendencja, by to pokrzywdzoną/pokrzywdzonego winić za dokonany na niej/nim gwałt zwyciężył nawet wtedy, gdy w 1997 roku, kodeks w nowej, demokratycznej Polsce tworzył prof. Andrzej Zoll i prof. Kazimierz Buchała.

Dopiero w wyniku zmiany kodeksu karnego w 2013 roku, i dopiero w związku z podpisaniem CETS 210, gwałt przestał być ścigany na wniosek.

To prawo ma wejść w życie 27 stycznia 2014. Zdejmuje z ofiary winę i zobowiązuje organy ścigania do robienia tego, co do nich należy, bez przerzucania odpowiedzialności na ofiary.

Tymczasem 5 listopada 2013 roku, a więc przed 27 stycznia 2014 roku, i po 18 grudnia 2013 roku, Minister Sprawiedliwości Marek Biernacki odznacza Medalem zasłużonych dla wymiaru sprawiedliwości członków Komisji Kodyfikacyjnej przy Ministrze Sprawiedliwości, za, jak powiedział Minister: „fundamentalne znaczenie dla utrzymania wysokiej jakości legislacji”. Członkowie Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego w przygotowanej nowelizacji przywracają zaś w kodeksie karnym, tryb wnioskowy ścigania przestępstwa zgwałcenia!!!

Wprowadzają też pełną kryminalizację aborcji, karząc za aborcję także kobiety!, i nawet wtedy, gdy w wyniku nieszczęśliwego wypadku poronią zaawansowaną ciążę.

Kryminalizują, i ideologizują język ustawy, i praktycznie wykluczają in vitro.

Pozbawiają prawa do samostanowienia i paraliżują kobietę w jej prawie do decydowaniu o sobie.

W tym samym czasie bez zmian pozostawiają niekaralność klientów wykorzystujących dzieci do prostytucji.

Te zmiany nie są zgodne z porządkiem prawnym Polski, ale odpowiadają interesom i woli hierarchów Kościoła Katolickiego. Hierarchowie podlegają państwu Watykan i z pasją i nienawiścią wartą lepszej sprawy zdecydowanie wypowiadają się przeciwko ratyfikacji tej Ustawy. Watykan to nie Polska. Watykan to państwo wobec Polski, obce. Hierarchowie podporządkowani obcemu państwu i obcemu porządkowi prawnemu działają w tym zakresie wbrew porządkowi prawnemu Polski. Projekt zmian tymczasem, jak zauważa prof. Lech Gardocki jest konsultowany właśnie z opus dei [sprawdziłam adres maila i domeny; profesor Gardocki się nie mylił]. Dzieje się to w państwie, które póki co, konstytucyjnie, teoretycznie, nie jest autorytarną teokracją.

Powstaje pytanie: czyje interesy reprezentuje polskie Ministerstwo Sprawiedliwości? Polski, czy obcego państwa?

Spytany, wice-minister sprawiedliwości Wojciech Węgrzyn, oświadczył, że zaprezentowany na stronach Ministerstwa Sprawiedliwości projekt zmian kodeksu karnego z 5 listopada 2013 to nic innego, jak tylko niewiążące poglądy  członków Komisji Kodyfikacyjnej. I to właśnie było powodem mojego stuporu.

Komisja Kodyfikacji Prawnej Prawa Karnego to nie banda koleżków Ministra Sprawiedliwości. To ciało, które powołuje Minister na mocy Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 16 grudnia 2013 roku [Dz.U./03.232.2319], co więcej płaci im z publicznych pieniędzy podatniczek i podatników za wykonywane przez nich prace (§14).

Ma się składać z 8 do 12 osób plus sekretarz przewodniczący i jego zastępca (§2). Przewodniczącego powołuje nie byle kto, tylko sam Premier na wniosek Ministra Sprawiedliwości (§3.1).

Do zadań Komisji należy przygotowanie zmian w prawie karnym! [tym jest właśnie przygotowana nowelizacja];

opracowanie aktów normatywnych!;

i opinii prawnych dla Ministra Sprawiedliwości.

Prywatne poglądy?!

Minister Węgrzyn sugerując, że członkowie Komisji opracowując projekt kodeksu karnego wyrażają zaledwie prywatne opinie zarzuca im, iż sprzeniewierzają się interesom państwa polskiego.

Zamiast pracować nad  implementacją CETS 210, robią coś kompletnie odwrotnego niż się od nich wymaga! Czyli sabotują? Lekceważą swoje zadania? Działają wbrew porządkowi prawnemu? Polska podpisała CETS 210. Uniemożliwia to powrót do trybu wnioskowego.

Czy Minister członkom Komisji Kodyfikacyjnej, że nie wiedzą, iż propozycja powrotu do wnioskowego trybu ścigania jest złamaniem konwencyjnego zobowiązania jakie Polska na siebie przyjęła i złamaniem obowiązującego prawa, które dopiero co zostało uchwalone? To kwestionowanie ich wiedzy i doświadczenia, a to rzecz podła.

Jeśli zaś członkowie Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego robią to, co się od nich oczekuje, to wówczas Minister Sprawiedliwości sprzeniewierza się zobowiązaniom podjętym przez niepodlegle i niezawisłe, także od Watykanu, państwo Polskie.

Jeśli zaś zarzuca im, iż nie są w stanie wykonać zlecenia Ministra Sprawiedliwości to jest to bezczelny zarzut  indolencji intelektualnej, naukowej i prawnej na który członkowie tej Komisji nie zasłużyli.

Skład komisji razi nierówną reprezentację. W sposób nieprzyzwoity dominują w nim mężczyźni (na 15 osób dwie wybitne prawniczki, ale nieżyjące, przedstawicielka KULu i sekretarka, zwana sekretarzem). Ewentualny argument, że brak jest wybitnych specjalistek wśród kobiet świadczyłby o indolencji intelektualnej decydującego, więc należy to sobie darować. Nie da się więc ukryć, iż jest to raczej dowód braku dobrych praktyk i umiejętności tworzenia zrównoważonych płciowo ciał przedstawicielkach. Ilustruje to dobrze fikcję wrażliwości i umiejętności Ministra do tworzenia ciał zdolnych neutralnego odzwierciedlania interesu całego społeczeństwa.

Są wśród członków Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego mężczyźni bardzo mi nieobojętni. Ok, przyznam to. Cenię, ogromnie lubię, i szanuję i prof. Stanisława Waltosia i sędziego Stanisława Zabłockiego. Mam dla nich podziw za całokształt, ale i dlatego, że po wysłuchaniu lat temu kilka sędzi Agnieszki Rękas, w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, pomknęli co tchu do Sejmu, by uratować w k.p.k mediację. Bez posłuchania doświadczeń Pani sędzi gotowi byli w Komisji Kodyfikacyjnej zarżnąć tę instytucję. Jestem pewna, że i teraz skonfrontowani z wrażliwością, doświadczeniem, i inną perspektywą – nie zaproponowaliby potworka, który wychynął z murów Ministerstwa Sprawiedliwości 5 listopada 2013 roku w postaci wielu proponowanych, koszmarnych zmian w kodeksie karnym.

Tymczasem, w nowym, prawie takim samym składzie osobowym Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego na lata 2013-2017 jest jeszcze mniej kobiet [jedna z KULu, i sekretarka, zwana sekretarzem], choć więcej niż ustawa przewiduje osób. To żenujące również dlatego, że najwyraźniej Minister Sprawiedliwości się tego nie wstydzi, a członkowie zdają się akceptować.

Prywatne poglądy? Takie stwierdzenie to zarzut wobec Ministra Sprawiedliwości, że pozwala sobie na prywatę. Jak to? Raptem zaprasza grono swoich bliższych i dalszych znajomych królika, udostępnia im przestrzeń i płaci z pieniędzy podatniczek i podatników, by nie rzadziej niż raz w miesięcy sobie pogadali i wymienili poglądy, a on im za to sypnie nieswoją lecz podatniczek kasą, a potem jeszcze odznaczy? Seminaria w Ministerstwie Sprawiedliwości dla głównie męskiego grona znajomych Pana Ministra, i krewnych królika na koszt podatników? Wymiana poglądów prawie jak na grillu? Ile nas. to nas kosztuje i jak się ma do nieopłaconych w Ministerstwie Sprawiedliwości staży? Czy tak można traktować członków Komisji Kodyfikacyjnej? Czy można udawać, że nie wiemy co robią, i że im pracy nie zlecamy, gdy są wśród nich i wiceminister sprawiedliwości i sędzia sądu najwyższego i prokurator krajowy? Naprawdę biorą kasę za pogaduchy nie na temat? Naprawdę nie robią tego, co Rozporządzenie Rady Ministrów od nich wymaga? Naprawdę są tak bylejakowaci, tak kiepscy, tak nijacy? Czy, aby wiceminister w tych oskarżeniach nie posuwa się za daleko? Przecież zarzuca im, innymi słowy, że są intelektualnie niezdolni do wywiązania się z obowiązku implementacji CETS 210! To dlaczego później Minister sprawozdaje się szefowi tej Komisji z efektów tego, co z tych prywatnych pomysłów grupy znajomych, którym z kasy państwowej płaci się za seminaria i spotkania, przeszło w Sejmie i obowiązuje wszystkich (§13). Brzmi koszmarnie, prawda?!

I jeśli nie robią tego, co im zlecił Minister, to powstaje pytanie, czy Minister panuje nad swoim resortem? Niezobowiązujące opinie? Skoro w składzie tej Komisji jest i wice-minister – człowiek Ministra to czy robi swoje, co Minister każe, czy działa wbrew woli Ministra?

Czy więc Minister nie panuje nad powierzonym mu resortem? Czy wiceminister wypełnia w Komisji polecenia Ministra? Ale wówczas Minister nie wypełnia poleceń Premiera…

Pan Minister z konferencji dał nogę. Nie odpowiedział na pytania i rodzące się wątpliwości.

Zapewnił jednak, że zaostrzenie przepisów o aborcji i powrót do trybu wnioskowego nie wchodzi w grę.

Kiedy dziecko potrzebuje matki? Polskie pomysły różnorakie

Monday, August 5th, 2013

Na początku lat dziewięćdziesiątych zlikwidowano w Polsce żłobki i przedszkola. Prawicowi politycy odpowiedzialni za te decyzje nie kryli, że chodzi o „przywrócenie naturalnego porządku rzeczy” wedle którego z małymi dziećmi powinny przebywać matki, a nie przedszkolanki.

Image by  welovepandas @ flickr

Image by welovepandas @ flickr

Warto się chwilkę zastanowić nad „naturalnością” tego układu, nawet pominąwszy polityczne i szowinistyczne motywacje owych polityków. Jak wskazuje Sarah Blaffer Hrdy – emerytowana profesorka University of California i pierwsza badaczka, która naukowo zajęła się macierzyństwem i po dziś dzień jedną z czołowych postaci studiów nad rodzicielstwem –  ludzi odróżnia od naszych najbliższych krewnych (naczelnych – szympansów, szympansów bonobo, goryli i orangutanów) nie wykorzystywanie narzędzi (co zresztą wiemy z badań innej pionierki naukowej – Jane Goodall), nie wspólne polowanie i nawet nie język. To co naprawdę jest dla ludzi jako gatunku wyjątkowe, to fakt, iż nie dość, że matka ludzkiego noworodka często nie jest pierwszą osobą, która dotyka dziecka po porodzie (położna to prawdopodobnie prawdziwy „najstarszy zawód świata”) ale też nie musi być jedyną opiekunką.

Wśród naczelnych matka nie rozstaje się  ani na chwilę z potomstwem przez co najmniej pół roku (tak, łącznie z defekowaniem na ciało rodzicielki). Dziecko przebywa na jej ciele bez przerwy i ma do tego liczne przystosowania, jak choćby chwytne łapki, żeby trzymać się maminych włosów. Ludzkim niemowlętom brak takiej siły, chwytności, a kobietom owłosienia na plechach… Mamy za to całe mnóstwo przystosowań społecznych i biologicznych do społecznej opieki nad dziećmi. Owszem, matka dziecka może je karmić piersią, ale opiekę jako taką mogą zapewnić inni członkowie i członkinie rodziny i szerszej społeczności. A właściwie nie tylko mogą ale muszą.

W czasie kiedy  Homo sapiens sapiens zaczęło funkcjonować jako odrębny gatunek, ludzkie grupy nie mogły sobie pozwolić na kilkumiesięczne, a co dopiero kilkuletnie, “urlopy macierzyńskie”. Wbrew temu co nam się wmawia o dzielnych łowcach mamutów, większość pożywienia dla grupy dostarczały kobiety (jagody, korzonki etc.). I to większość rozumianą jako ok. 80%… Czyli naprawdę sporo. Kobiety były bardzo ważnymi i produktywnymi elementami społeczności, która nie mogła sobie pozwolić na ich długotrwałą nieobecność pod groźbą głodu – tak więc opiekę nad nawet najmłodszymi dziećmi się dzielono.

Jak widać, to żłobki i przedszkola są bardziej naturalne aniżeli trzymanie kobiet (szczególnie jeśli wolałyby być w tym czasie w pracy)  na 3-letnim urlopie wychowawczym. Państwo ma obowiązek zapewnić miejsca w których dziećmi będą się opiekować kompetentni ludzie (niekoniecznie kobiety!! Co więcej wskazane jest żeby to raczej było mieszane grono i dzieci od małego uczyły się, że nie tylko jedna płeć odpowiada za wszystkie zadania opiekuńcze…). A nie zakładać, że matki będą to robić, tylko dlatego, że nosiły dziecko w macicy przez 9 miesięcy. (To założenie jest zapewne jednym z czynników, które sprawiają, że mamy jeden z najniższych wskaźników dzietności na świecie).

Ale wracając do ciekawych polskich pomysłów. 20 lat temu przedszkola były be i fe, bo dziecko musi być z matką. Tymczasem w 2013 okazuje się, że nie ma to znaczenia, bo małe dziecko w ogóle nie orientuje się co się, z nim dzieje. Tak przynajmniej myśli sędzia, który chce posłać do więzienia matkę rocznego dziecka uzasadniając wyrok twierdzeniem, że rozłąka nie będzie bolesna, bo “…w tym wieku dziecko nie jest świadome realiów otaczającego go świata”. Ewidentnie polskie pomysły na temat psychologii rozwojowej dzieci są bardzo zależne od okoliczności. Jeśli mama miałaby wrócić do pracy, to dziecko będzie do końca życia spaczone z powodu braku jej bezustannej obecności, ale jeśli mama ma iść do więzienia to wszystko w porządku, bo przecież „dziecko jest za małe żeby wiedzieć co się dzieje”…

Proszę siąść sąd idzie.

Friday, August 2nd, 2013

Zaczął się Polski Proces XXI wieku. Fakt, że XXI stulecie mamy dopiero od 13 lat tłumaczy dlaczego proces ten nie spełnia oczekiwań niektórych ale zawsze na bezrybiu i rak ryba. W przyszłym roku maja się rozpocząć 2 kolejne procesy XXI stulecia ale tak naprawdę te liczące się rozpoczną się dopiero na ćwierćmetku tego stulecia.

Image by tim ellis @ flickr

Image by tim ellis @ flickr

Ale nie o tym miało być.

Prasę kolorową, w której nawet zdjęcia nie przedstawiają świata jakim jest można znaleźć dwa argumenty, które wstecznie poświadczają winę Katarzyny W. Dowód pierwszy: wyżej wzmiankowana „lubiła seks i kochać się pod prysznicem”.  Jest to cytat – co trzeba wyraźnie zaznaczyć bo któż z nas lubi seks i kochać się pod prysznicem.

Jeżeli tacy są to musimy powiedzieć sobie szczerze i uczciwie – jak radziecki czekista:

PODEJRZANI SĄ WŚRÓD NAS.

O co?

Dajcie mi kogoś kto lubi seks a już ja będę wiedział o co go oskarżyć!

Kiedyś tak by powiedział radziecki czekista. Dzisiaj tak mówi polski dziennikarz.

A jeśli ktoś ma wątpliwości to powiem jedno.

Koleżanka z celi wie, bo usłyszała, że WW uprawiała prostytucję. Jak wiadomo w celi mówi się tylko prawdę i zawsze prawdę i nie ma osoby bardziej wiarygodnej niż współosadzona. No bo dlaczego ona ma kłamać? Obietnica przepustki, wypiski i warunkowego przedterminowego to żaden argument aby kłamać. Wręcz przeciwnie  skłania to do uczciwości i prawdomówności jakiej nigdzie indziej nie ma. Stąd jakże miła tradycja aresztów wydobywczych.

Ale wracając do rzeczy samej: prostytucja nie jest w Polsce karana ale umówmy się to że któraś  ją uprawia i zarabia, jest dowodem na to, że popełniła ona każde przestępstwo i trzeba ją ukarać.

A co z tymi co z usług prostytutek korzystają?

Jak to co. To święci, którzy za własne pieniądze pomagają wymiarowi nie-sprawiedliwości szukać winnych i godnych ukarania. To cisi bohaterowie wymiaru sprawiedliwości.

Dlaczego prasa o tym milczy nie rozumiem.

Chciałoby się zobaczyć ich wielkie zdjęcia na pierwszej stronie jakiegoś tabloida i tytuł wielkimi literami:

Sędziowie jutra.

Dlaczego jutra a nie dzisiaj? Bo ja mam jednak nadzieję, że tego nie dożyję.

PŁATEK: NIE CHODZI O JEDNO ZGNIŁE JABŁKO

Monday, July 15th, 2013

Tomasz Stawiszyński: Czy człowiek może się zmienić?

platek

Prof. Monika Płatek: Świetne pytanie, ale dlaczego do mnie?

 

Jest pani profesor karnistką, a prawo karne oparte jest chyba na przekonaniu, że człowieka da się zmienić – i to na lepsze.

 

Prawo karne w ogóle nie opiera się na resocjalizacji.

 

To po co są kary?

 

Żeby wzbudzić w osobie karanej wolę w kierunku takich zachowań, które nie będą sprzeczne z prawem. Są trzy poziomy takiego zachowania. Po pierwsze, nie przechodzimy przez czerwone światło, bo po drugiej stronie ulicy stoi policjant. Po drugie, nie robimy tego, bo podoba nam się na przykład prof. Ewa Łętowska, ona na czerwonym świetle nie przechodzi, a my chcemy być tacy jak ona. Po trzecie wreszcie, nie przechodzimy, bo mamy tę normę uwewnętrznioną. Prawo karne wymaga uruchomienia tylko pierwszego poziomu – wiedzy, że dane zachowanie jest zakazane. Nie mówimy tutaj o żadnej wewnętrznej przemianie. Prawo karne nie służy więc temu, żeby kogokolwiek poprawiać, służy temu, żeby zademonstrować wolę i siłę władzy. Oczywiście, że człowiek się może zmienić, chociaż są oczywiście takie teorie, które mówią, że człowiek się nie zmienia, a jedynie utrwala pewne skłonności, które już w nim są. I w zależności od tego, gdzie i z kim pan przebywa, niektóre cechy mogą się wzmacniać, a inne nie. Z jakiegoś powodu chętniej po naukę posyłamy dzieci na uniwersytet Harvarda czy Uniwersytet Warszawski, a nie do więzienia na Rakowieckiej. Chociaż to także jest swego rodzaju uniwersytet.

 

Widziałam wiele bardzo różnych przypadków w swoim życiu. I nauczyłam się przede wszystkim, że nie wolno ludzi z góry oceniać. W więzieniu siedział mój mistrz i przyjaciel Henryk Wujec, siedział także Sokrates, Jezus Chrystus i Martin Luther King. Z drugiej strony siedzieli w nim ewidentni zbrodniarze – którzy jednak także wychodzą później na prostą. Pytanie o autentyczną wewnętrzną zmianę nie jest chyba pytaniem do prawnika. Nieuczciwością byłoby sądzić, że my kogoś sądzimy i umieszczamy w więzieniu po to, żeby się zmienił. Nie. My go sądzimy i umieszczamy w więzieniu za to, co zrobił. Co oczywiście nie zdejmuje z nas obowiązku stworzenia warunków, które – po odbyciu kary – pozwolą człowiekowi funkcjonować w społeczeństwie zgodnie z prawem. Ale to nie jest jego obowiązek. To jest nasza wspólna praca.

 

Elementem tej wspólnej pracy jest instytucja zatarcia?

 

Ta instytucja w ogóle nie powinna występować w prawie karnym na zasadzie osobnego przepisu. Jeśli odbyliśmy karę, nie powinniśmy być notowani w żadnych rejestrach. Odpokutowaliśmy swoją winę w sensie prawnym. Jeżeli ktoś zabił, to pewnie będzie musiał się z tym mierzyć do końca swojego życia. Natomiast nie powinniśmy mu tego wypominać i nie powinniśmy go tym nękać, bo świadczy to tylko o tym, że sami nie przywiązujemy wagi do swoich instytucji karzących. Jeżeli ukaraliśmy, rozliczyliśmy się z obywatelką czy obywatelem. Otwiera on nowy rozdział w swoim życiu. Sytuacja się zeruje.

 

Uważa pani, że informacje o karalności w ogóle nie powinny być udostępniane – na przykład pracodawcom?

 

Zdecydowanie nie.

 

Z jakimiś wyjątkami?

 

Tak, zresztą obecna ustawa je przewiduje. Ale nie jest według mnie dobrym rozwiązaniem wyjątek z artykułu 200, czyli o współżyciu z dzieckiem poniżej lat piętnastu. To jest po prostu głupota. Z tego artykułu bardzo często odpowiadają osoby, które skończyły lat siedemnaście, a  przestępstwo polegało na przykład na tym, że chłopak został przyłapany ze swoją czternastoletnią dziewczyną. Badania, które prowadzi obecnie moja doktorantka, wyraźnie pokazują, że mamy tendencję do skazywania właśnie w takich przypadkach, a nie w przypadkach naprawdę ciężkiej pedofilii. Nie do końca rozumiemy, co to jest pedofilia, nie do końca umiemy sobie z tym poradzić i nie do końca chcemy.

 

Ale są chyba ludzie, którzy po prostu nie powinni pracować z dziećmi?

 

Oczywiście. Tylko pytanie, czy to ma wynikać z kartoteki prawnej – skoro wiemy, że ci, którzy się w niej znajdują, stanowią wyłącznie czubek góry lodowej – czy też powinno być raczej wynikiem procesu rekrutacji, który nie przyjmuje ludzi o pewnych cechach, zachowaniach czy przekonaniach. Tymczasem istniejący system edukacji jest otwarty na ludzi o cechach, które uznajemy za wykluczające w pracy z dziećmi. I tu jest moim zdaniem problem. Nie chodzi o to, że ktoś miał zatarcie skazania, a wcześniej zabił – nawet jeśli zabił dziecko. Niech się z tym mierzy do końca życia, natomiast pamiętajmy, że jest to człowiek, który wyrósł w naszym społeczeństwie. W społeczeństwie, w którym panuje przyzwolenie na przemoc wobec dzieci.

 

Nie ma miesiąca, w którym jakieś dziecko nie zostałoby zakatowane przez rodziców. W 1997 roku nie chcieliśmy przyjąć konstytucji, bo dawała ona dziecku prawo do bycia wysłuchanym. W 2005 roku musieliśmy wykreślić artykuł 4 z ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, bo było tam powiedziane, że dzieci się nie bije i nie poniża. W 2010 wprowadziliśmy zakaz bicia dzieci – ale już nie poniżania.

 

To nie jest więc problem jednostkowy. To jest problem naszego stosunku do dzieci. Nie szanujemy ich i traktujemy jak własność – rodziców bądź państwa. Fakt, że w szkole może być nauczyciel, który stosuje takie, a nie inne normy wychowawcze, gdzie stawianie ogromnej ilości jedynek uchodzi za metodę pedagogiczną – to nie jest kwestia jednego nauczyciela, tylko całej kultury. A w momencie, kiedy sprawa dotyczy nauczania religii – żadne zatarcie nie ma w ogóle znaczenia. Bo pozwoliliśmy, żeby to proboszcz wyznaczał katechetów – którzy przecież uczestniczą w życiu całej szkoły i wtrącają się we wszystkie jej sprawy. Ktoś taki przychodzi z błogosławieństwem proboszcza, a my godzimy się na tak daleko posuniętą ingerencję w system edukacji, dokonywaną przez ludzi, którzy nie mają żadnych kompetencji, nie wiadomo kim są i prawdę mówiąc – patrząc na rozmiary przemocy seksualnej w Kościele – nie mamy żadnej gwarancji, że nasze dzieci są w takiej sytuacji bezpieczne. W związku z tym nawet instytucja zatarcia czy braku zatarcia nie będzie miała żadnych efektów, kiedy kryteria doboru do pracy z dziećmi nie eliminują autorytarnych typów, którym autorytet myli się z posłuchem wymuszanym karami. A wypominanie człowiekowi, że był karany, jest po prostu faryzeuszostwem. Udajemy, że jesteśmy lepsi, moralniejsi, odcinamy się, udając, że w tym wszystkim nie uczestniczymy i, pośrednio, nie przyczyniamy się.

 

Jednak czy w erze internetu możemy jeszcze w ogóle mówić o jakimkolwiek zatarciu? Informacja nie ginie. Bohaterkę tekstu Mariusza Szczygła „namierzono” jeszcze w dniu publikacji…

 

Jedna rzecz to pamiętać o tym, co było. A druga rzecz – wypominać to bez końca i uzależniać dzisiejsze funkcjonowanie ludzi w rzeczywistości społecznej od tego, co się działo na przykład kilkadziesiąt lat temu. Zatarcie skazania nie polega na tym, że mamy zapomnieć, co ktoś kiedyś zrobił. Polega na tym, żebyśmy nie uzależniali od tego jego dzisiejszego życia. Instytucje, które przyjmują do pracy, mogą mieć pewne kryteria. I mogą mieć określone wymagania. Ale nie powinny być to sztuczne wymagania braku karalności. Za tym stoi naiwne przekonanie, że wszyscy, którzy zachowują się w sposób niewłaściwy, są odnotowani w kartotekach. Tymczasem kartoteki to tylko czubek góry lodowej. Abstrahując już od tego, że można tam znaleźć w większości nazwiska ludzi, którzy mieli słabe możliwości obrony i generalnie mają raczej gorzej niż lepiej – jeśli chodzi o kapitał społeczny i kulturowy.

 

Dobrze funkcjonujące instytucje – jak między innymi przedszkola, szkoły czy uniwersytety – powinny operować takimi kryteriami doboru ludzi, które by pewne osoby odsiewały. Jeśli kultura panująca w danej instytucji przyzwala na to, żeby pracowały w niej osoby o wyraźnie autorytarnych skłonnościach, to zaświadczenia o niekaralności nie mają tutaj absolutnie żadnego znaczenia. Proszę też zwrócić uwagę, że

 

bardzo często pracodawcy – żądając zaświadczenia o niekaralności – po prostu łamią prawo. Ustawa wymienia konkretne przypadki, kiedy można takiego zaświadczenia żądać, tymczasem jest ono dzisiaj wymagane powszechnie. I jest to oczywiście świetny biznes – każde takie zaświadczenie kosztuje 50 złotych.

 

Można powiedzieć, że państwo w nieuczciwy sposób ściąga od obywateli dodatkowe podatki – w porozumieniu z pracodawcami. A powinno być tak, że zaświadczenie wydaje się wyłącznie w przypadku, jeśli ktoś ubiega się o zatrudnienie w instytucji, w której takie zaświadczenie jest wymagane ustawowo. Niestety wciąż jest inaczej. To powoduje, że ludziom nie pozwala się ruszyć do przodu. Że cały czas muszą tkwić w przeszłości, nawet jeżeli odpokutowali już swoje winy w sensie prawnym.

 

Mam wrażenie, że bohaterkę tekstu Szczygła w wyjątkowo ostry sposób zatrzymano w przeszłości. Ten tekst to rodzaj wiwisekcji, analizy nie tylko jej przeszłości, ale także przeszłości jej rodziny. Po to tylko, żeby pokazać jak rzekomo „rodzi się” osobowość autorytarna.

 

Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym tekstem, bardzo mi się spodobał. Myślałam, że chodzi tutaj o zwrócenie uwagi na problem edukacji. Można było przy tej okazji podkreślić, że w szkole pracują wspaniali pedagodzy, a jednocześnie zastanowić się, jak to możliwe, że pracują tam również tego typu ludzie – wieszający na ścianach restrykcyjny regulamin, uważający stawianie jedynek za metodę wychowawczą, egzekwujący żelazną, wojskową niemal dyscyplinę. Zdziwiło mnie też, że zabrakło w tym tekście głosu uczniów. Kiedy odezwali się później, już po publikacji – uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, to była piękna reakcja – uczniowie stanęli murem za swoją nauczycielką. Po drugie jednak było w tym coś niepokojącego. Bo jeśli ludzie, którzy są poniżani, zaczynają znajdować dla tych poniżeń uzasadnienia – to zachodzi obawa, że zostali złamani. Jeśli aby przetrwać, musimy usprawiedliwiać osoby, które nas źle traktują, to dzieje się źle. Wolałabym, żeby rozumieli, że ta kobieta sama była ciężko doświadczana w dzieciństwie i przyszła do szkoły, w której panowało przyzwolenie na tego typu zachowania. Przecież wszyscy widzieli w jaki sposób ona funkcjonowała – kultura tej instytucji stwarzała do tego dogodne warunki, nikt nie protestował.

 

Tu nie chodzi więc o jednego autorytarnego dziwaka, ale o autorytarną instytucję, która pozwala autorytarne cechy rozwijać. Nie mamy tutaj – jak mawia Philip Zimbardo – jednego zgniłego jabłka. Mamy całą beczkę, w której panują warunki sprzyjające gniciu. Ale nikt oczywiście nie chce tego przyznać. Reakcja minister edukacji dokładnie to pokazywała – „to nie my, to wina zatarcia skazania”.

 

W istocie pani minister oświadcza w ten sposób, że szkoła w procesie rekrutacji nie potrafi samodzielnie dostrzec osób o cechach autorytarnych – i musi się posiłkować prawem karnym. Co w takim razie zrobi pani minister w przypadkach nauczycieli równie autorytarnych, ale nienotowanych?

 

Będzie na to przyzwalać? Myślałam więc, że chodzi o to, aby wskazać na te wszystkie mechanizmy, a nie uruchamiać nagonkę na jedną kobietę, która – zanim zabiła – przez trzy lata dręczyła to dziecko. W obecności ojca, pedagogów, policji i sąsiadów. Czy naprawdę będziemy udawać, że tylko ona jest odpowiedzialna? Nie zamierzam zdejmować z niej winy, ale czy i my nie powinniśmy poczuwać się do swojej za to odpowiedzialności? Myślę, że Mariuszowi Szczygłowi nie chodziło o uruchomienie nagonki. Ale do tego się to sprowadziło. Do krytyki instytucji zatarcia skazania i wyrzekania, że taka wredna kobieta nie powinna uczyć w szkole. Jasne, nie powinna. Ale czy my aby na pewno jesteśmy mnie wredni od niej?

Wywiad oryginalnie ukazał się na portalu Krytyki Politycznej

Jak z Płatka: Kobieta z artykułu Szczygła i źle postawione pytania.

Friday, June 28th, 2013

I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…Siebie rozumiemy, z odpuszczaniem innym mamy trudności, inni nas oburzają. Artykuł Mariusza Szczygła o kobiecie, która przed laty zakatowała synka swojego partnera i po zatarciu skazania wróciła do szkoły jako nauczycielka rozwścieczył; psychologia tłumu przyzwoliła na medialny lincz. Za chwilę zaszczutej przyjdzie nam zapłacić za zmianę personaliów, miejsca zamieszkania, być może za specjalną ochronę. I nie chodzi tu nawet o koszty materialne, ale o te dużo poważniejsze, społeczne, które biorą się ze źle stawianych pytań.

Jak mogło dojść do zatarcia skazania? Dlaczego miała tylko TAKĄ karę? Dlaczego wyszła przed końcem kary?

Fliclr:  Barbro_Uppsala

Fliclr: Barbro_Uppsala

Tymczasem rzecz nie w instytucji zatarcia skazania, nie w długości kary, nie we wcześniejszym zwolnieniu, ani w tym kto i jak nosi pamiętać o zbrodniach. Paradoksalnie, w tej całej sprawie, ta konkretna kobieta, jest najmniej ważna.

To, co się liczy, to nasza na nią reakcja. Wściekłość skoncentrowana na jednostce, bez dostrzeżenia  szerszego kontekstu i w kontekście – systemu edukacji.

Żądza zemsty na byłej skazanej bez refleksji, że nie widzimy w tym i nas samych. Pełni oburzenia, gdy to inni biją czy sami nie jesteśmy przekonani, że  nie ma innego sposobu na nieposłuszne dzieci jak dyscyplina i pas? Nie samo bicie więc, nie samo poniżanie i brak szacunku dla małego człowieka nami wstrząsnął. Przecież w tamtej sprawie wszyscy wiedzieli! Wszyscy od kolegów po instytucje; obecność siniaków, nieobecność dziecka w przedszkolu, obojętność i przyzwolenie. I co? Teraz tym wrzaskiem oburzenia chcemy udać, że nas w tym nie było? A czas więzienia? Co robiliśmy by zmienić jej tępe przywiązanie do dyscypliny? Czy, aby nie została wcześniej zwolniona bo była tępo zdyscyplinowana?

A przecież gdyby to ojciec skatował dziecko, a ona by tylko patrzyła, nasz stosunek do niej byłby identyczny. Byłaby potępiona za to, że do tego dopuściła, że nie broniła dziecka, że nie zrobiła nic, aby je uratować. I podobnie jak teraz, również wtedy przeoczylibyśmy ojca. Nie spytalibyśmy – jak mógł do tego dopuścić?

Kobieta po odbyciu kary ośmiela się żyć i pracować jak „normalny” człowiek? Ależ, ktoś się oburzy, przecież ona tak samo nadal się znęca nad uczniami, tyle, że tym razem, nie pasem, lecz złymi ocenami…No właśnie, przecież mówię; kiedy powołujemy się na „naturę” i „normę” – najczęściej mówimy o tym, co kulturowo dopuszczalne, akceptowalne i często nazywane tradycją.

Mariusz Szczygieł napisał dobry tekst i dobrze, że napisał. My zareagowaliśmy na ten tekst źle i czas to zrozumieć.

(more…)