bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Archive for the ‘Prawo’ Category

Jak z Płatka: Nie da się iść na skróty

Sunday, September 27th, 2015

Zostałam poproszona o skomentowanie wyroku w konkretnej sprawie mowy nienawiści:

62-letni Józef Cz. z Bielska-Białej na jednym z portali internetowych przeczytał artykuł o incydencie w z udziałem Romów w małopolskich Maszkowicach. Wpisał się pod nim: “Z Romami jest tak samo jak z klerem. Nie orzą, nie sieją, a plony potężne zbierają. Czy ktoś widział cygana uczciwie pracującego? Żyją tylko z przekrętów, żebractwa i kradzieży. Kombinacje mają w genach i nic tego nie zmieni. Dlatego izolacja lub wygnanie i będzie spokój”  Sprawa została zgłoszona do prokuratury. Prokurator uznał, że to publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic etnicznych i publiczne znieważenie Romów. Akt oskarżenia został przesłany do Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej. Oskarżony przyznał się do winy i wystąpił o dobrowolne poddanie się karze czterech miesięcy więzienia w zawieszeniu.  Bielski Sąd Rejonowy po rozpoznaniu postanowił umorzyć sprawę. W pisemnym uzasadnieniu jest, że choć oskarżony przyznał się do winy, nie należy tego utożsamiać z jego poczuciem winy. Sąd uznał, że oskarżony zamieszczając wpis nie zrobił tego, by znieważyć Romów. Wyraził jedynie swoją dezaprobatę dla opisanej historii.  – Nie jest tajemnicą, że sposób życia Romów budzi kontrowersje i nierzadko spotyka się z dezaprobatą społeczną. Oskarżony skrytykował niewłaściwe zachowania , w szczególności dotyczące uchylania się od przyjętych zasada zarobkowania – pisze sąd w uzasadnieniu. Dalej sąd przekonuje, że Romowie są mniejszością etniczną nieskorą do asymilacji, zdobywania wykształcenia, powszechnie znana jest ich skłonność do żebrania w miejscach publicznych. Trwają przy sposobach życia nieakceptowanych w społeczeństwie. – Powyższe spostrzeżenia sąd uważa za niewymagające wiedzy specjalistycznej, są one dostępne w oparciu o potoczne obserwacje – pisze sąd w uzasadnieniu.

Oto mój komentarz:

Sąd wydał właściwy wyrok, choć niewłaściwie, moim zdaniem, go uzasadnił.

Internauta, mój równolatek, powiedział, co myśli, a myśli stereotypowo. Prokurator również. Podsunął człowiekowi przyznanie się do winy, by mieć odhaczone, zaliczone, i sukces gotowy. Niech spróbują się przyczepiać, że nie ścigamy za nienawiść!; mamy dowód, ścigamy. Prokurator pewnie Panu doradził  „dobrowolkę” i „zawiasy”, bo jak nie to może pójść siedzieć. Człowiek zapewne zwątpił w sprawiedliwość i uwierzył, że mogą z nim zrobić co zechcą, no to się przyznał. 

Sąd więc słusznie umorzył sprawę, i tu chwała mu za trzymanie się litery prawa. Stanął na wysokości i mimo pokusy, nie skazał. Pan rzeczywiście nikogo pewnie obrażać nie chciał. Pewnie jego zdaniem powiedział tylko to, co i wszyscy inni myślą i mówią

Myli się? Myli. Nie wszyscy tak myślą, ale Sąd w tej sprawie, tak.

… No właśnie i tu jest problem. To nie jest sprawa dla sądu karnego, ale sąd jest od tego, by zwrócić uwagę, że Pana postawa to skutek polityki przyzwolenia na gorsze traktowanie Romów, a nie od tego, by tę dyskryminację utrwalać i powielać.

Kodeks karny nie jest od tego, by produkować przestępców udając, że w ten sposób rozwiązujemy problemy społeczne. Kodeks karny niewiele zdziała na żrącą nas ksenofobię i niechętne nastroje wobec Romów. Jeśli więc na kodeks karny będziemy tu liczyć będziemy mieć więcej, a nie mniej rasizmu i nienawiści.

Szukając rozwiązania w kodeksie karnym dajemy dowód bezradności, niedojrzałości, zapiekłości i nieudolności.

„Życie Romów budzi kontrowersje i nierzadko spotyka się z dezaprobatą społeczną”? Ten protekcjonalny, z pozycji wyższości i „lepszości” argument zasmuca. A czy nie budzi kontrowersji przyzwolenie na kontrowersyjne zachowania Polaków i sposób w jaki okazują swoją dezaprobatę społeczną? Grupa mniejszościowa sobie nie poradzi w integracji bez wsparcia większościowej. Więc najpierw odpowiedzmy sobie co takiego dzieje się w polityce społecznej, co pozwoli Panu z tej sprawy zrewidować swój pogląd na Romów? Kodeks karny to środek subsydiarny, czyli taki, który stosuje się na końcu, gdy wszystkie inne zostały wyczerpane, a nie na początku drogi wyłącznie się do niego ograniczając.

Jakie więc mamy przykłady skutecznych przepisów, programów, polityk społecznych, postaw polityczek i polityków; powszechnych wzorów do naśladowania ze strony autorytetów, które mogły wpłynąć na zmianę postawy Pana z tej sprawy i na to, by zrozumiał, że takie mówienie o Romach jest niesprawiedliwe, uwłaczające, niekulturalne, niestosowne, krzywdzące, godzące w godność i Romów i Polaków; nadgryzające wspólnotę?  By się w efekcie tego, zawstydził i przeprosił.

Czy i co zostało więc zrobione, aby efekt taki naprawdę osiągnąć? Bo dopiero wtedy, na końcu wolno nam sięgnąć po kodeks karny.  Inaczej to droga na skróty; prowadzi do eskalacji ran, a nie ich gojenia.

Jak z Płatka: Euro, sądy i dyktatura. 

Thursday, July 16th, 2015

Rozwałka niezawisłych sądów proponowana przez PiS, to rozwałka państwa i możliwy wstęp do samowładztwa, typu dyktatury. Obecne praktyki sądowe nie są wolne od błędów, od poczucia, że dzieje się niesprawiedliwość. Nie jest remedium na to zastraszanie sądów i wprowadzania wymiaru według woli wodza wodzów, dyktatora , który pod pretekstem ludowej sprawiedliwości mści się, zastrasza, robi co chce. To już było. Źle się kojarzy. Panowie z dzisiejszego (16 lipca 2015) EKG (Ekonomia, Kapitał, Gospodarka) w TOKfm mówią, że Grecja i jej problemy z rządnością i wypłacalnością to tylko początek, że przed nami Hiszpania, Portugalia, Włochy.

download 2

Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy. Może się mylę, ale myślę, że ma to związek z tym, że każde z tych państw ma totalitarną przeszłość i dyktatorów na czele.

Dyktatura junty czarnych pułkowników w Grecji, Franko w Hiszpanii, Salazar w Portugalii, Mussolini we Włoszech. Przemoc, bezprawie, tortury, pozbawianie wolności i dorobku życia, poniżenie i zniszczenie poczucia kontroli nad własnym życiem. I to wszystko za każdym razem z błogosławieństwem hierarchów religijnych i pod pretekstem, że wiedzie nas Bóg.

Doświadczenie przeszłości jest wpisane w tkankę społeczną i kto wie, jak bardzo odciska się na nawyku, przyzwyczajeniu, wdrożeniu do nierówności, który wychyla się z nieuczciwych greckich rozwiązań.

Polski zamach PiSu na wymiar sądowy i sędziów – póki co jest zapowiadany. Ale już jest pamięć i skutki, tego, co już było za PiSu. Do dziś odzywa się czkawką i przeludnieniem więzień i zakładów psychiatrycznych.

Jesteśmy już społeczeństwem rozbitym, a przez to słabym, łatwym do manipulacji. Mamy najniższy w Europie poziom zaufania społecznego. To sprzyja nastrojom, by w imię „sprawiedliwości” zemścić się, dowalić tym, którzy wskazani zostaną za winnych. Sędzia, który się nie podoba Ziobrze, prokurator, który podskoczył Ziobry koleżce i paru profesorów, którzy odważyli się skrytykować szefa  i jego przybocznych.

Radziłabym uważać. Wydaje nam się, że to będą inni, ale zapukać mogą do naszych drzwi.   

Jak z Płatka: Zielono mi.

Monday, July 13th, 2015

Kolor zielony, to kolor nadziei. Kolor zielony to także kolor medycznej marihuany. I kolor znaczka noszonego na znak solidarności z chorymi i ich rodzinami, którzy domagają się zalegalizowania medycznej marihuany.

By Dohduhdah (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

By Dohduhdah (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

Uzasadniona jest troska władz o zdrowie obywatelek i obywateli. Uzasadnione jest w ostateczności uciekanie się w tym celu nawet do prawa karnego; jeśli jest w ostateczności. Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 4 listopada 2014 r., (SK 55/13), nie wykluczył, że przeciwdziałaniu narkomanii mogą służyć i restrykcje karne. Jednocześnie dostrzegł, że ze względu na ochronę praw konstytucyjnych, polityka antynarkotykowa w Polsce również powinna zmierzać do zmiany priorytetów w polityce przeciwdziałania narkomanii. Jej optymalizacyjnym celem mogłaby być depenalizacja określonych czynów związanych z posiadaniem marihuany. Ten sam Trybunał już w 1999 roku potwierdził, że Konstytucja gwarantuje każdemu prawo do ochrony życia i zdrowia (art. 38 i art. 68 ust. 1 Konstytucji RP). Zauważył też, że istotą demokratycznego państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP) jest zaufanie obywateli do państwa i stanowionego przez to państwo prawa. To wymaga poszukiwania harmonii i unikania prześladowania ludzi karami. Aby państwo było demokratycznym i praworządnym, nie tylko z nazwy i nie tylko na papierze, nie można karać ludzi za to, że starają się ratować życie, zdrowie i ukrócać ból. Nie można zamiast lekarzy, nasyłać na ludzi prokuratorów, i wsadzać do więzienia, gdy słusznym miejscem jest przychodnia. Niewiele też ma z demokratycznym państwem prawa produkowanie przestępców z tych, którzy dla ocalenia siebie lub najbliższych, skazani są na zdobywanie leczniczej marihuany nielegalnie; bo legalnie nie jest dostępny ani olej, ani maść, ani proszki. O tym jak naturalna jest wola do ratowania najbliższych dobrze świadczą protokoły zatrzymań. Z półtoralitrowej przewożonej nielegalnie butelki oleju, w protokole zatrzymań odnotowany zostaje tylko litr. Gdzie podziało się pół litra? Z kilku pojemników maści robi się jeden; gdzie zniknęły pozostałe?…Choroba nie wybiera, trafia pod różne strzechy tyle, że nie każdy jest zatrzymany, nie na każdego polują.

Polują? Czy ja aby nie przesadzam? Niestety nie. Tak właśnie się czują i tak bywa. Gwałciciel odpowiada z wolnej stopy, ludzie, którzy dla chorego dziecka lub matki zatrzymani zostali na granicy z olejem z marihuany są aresztowani, trafiają za kratki i są traktowani jak groźni przestępcy. Tymczasem marihuana stosownie przetworzona leczy. Wiemy to. Najbogatsi mogą ją nawet nabyć legalnie. Lek na jej bazie na określone schorzenia jest na receptę dostępny legalnie. Kosztuje 4 000 zł miesięcznie. Nieliczni, najbardziej wytrwali, zdeterminowani i też niebiedni mogą uzyskać zgodę na sprowadzenie oleju, maści, pigułek – przetworów marihuany od Ministerstwa Zdrowia.

Taka wybiórczość i arbitralność jest niestosowna i niehumanitarna. Trybunał Konstytucyjny dostrzegł i to i dlatego postanowił 17 marca 2015 r., przedstawić Sejmowi myśl, że czas już uregulować kwestię medycznego wykorzystania marihuany (S 3/15). Podkreślił, że nam się prawo rozłazi jak stare skarpety. Mamy lukę i w obecnym stanie prawnym, nie ma możliwości legalnego zaopatrzenia się w leczniczą marihuanę i wykorzystywania jej do celów medycznych. Trzeba to zmienić, zacerować. Nie można mylić zwalczania narkomanii z uniemożliwianiem leczenia i ratowania życia. Nie można robić przestępców, przetrzymywać w aresztach i pozbawiać wolności ludzi, którzy walczą o życie, zdrowie i uwolnienie od bólu dla siebie i swoich bliskich. Przegraliśmy w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w sprawie Kupczak przeciwko Polsce (sprawa 2627/09). Trybunał uznał, że pozbawiając środków przeciwbólowych, lekceważąc zdrowie i męczarnie z bólu uwięzionego, Polska złamała zakaz nieludzkiego i poniżającego traktowania (art.3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka). Wykonanie wyroku nie polega wyłącznie na zapłaceniu poszkodowanemu orzeczonej  przez Trybunał sumy. Prawidłowe jego wykonanie wymaga wprowadzenia zmian, które będą przeciwdziałać w przyszłości podobnym przypadkom. Jak to zrobić? Na początek usunąć z przepisów ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (Dz.U. 2005 nr 179 poz. 1485) możliwość kreowania przestępców, gdy rzecz dotyczy medycznej marihuany. Wyraźnie zaznaczyć, że nie stanowi przestępstwa użycie marihuany medycznej i jej przetworów. Uznać, że nie wszczyna się, a wszczęte postępowanie umarza się gdy posiadana lub uprawiana w niewielkich ilościach marihuana lub jej przetwory służą celom leczniczym zaleconym przez lekarza.

Już dziś prokuratura kierując się opinią prof. Krzysztofa Krajewskiego i czeskimi rozwiązaniami umarza postępowanie, gdy ktoś posiada niewielkie ilości marihuany na własny użytek. Gdy więc możliwe jest (i słusznie) umorzenie w przypadku użycia rekreacyjnego, tym bardziej stosowna jest dekryminalizacja posiadania marihuany i jej przetworów, gdy rzecz dotyczy leczenia i znoszenia cierpień.

Kolor zielony to kolor nadziei. Sama nadzieja jednak nie leczy i nie łagodzi bólu. Są wśród nas ludzie, którzy chcą żyć, wrócić do zdrowia, nie czuć bólu. Mają do tego prawo, a lecznicza marihuana może im pomóc. Zdecydowana większość społeczeństwa to rozumie i jest za legalizacją leczniczej marihuany. Czas, najwyższy już czas na Sejm. Niech się zazieleni.       

La donne es….

Monday, May 11th, 2015

We Wrocławiu odbędzie się niebawem konferencja – wedle organizatorów naukowa, choć na to miano zasługiwałaby co najwyżej kilka wieków temu. Zapowiada się festiwal seksizmu w wykonaniu pięciu organizatorów – samych mężczyzn! – którzy będą konferować o „cykliczności płciowej kobiet” w kontekście prawa.

la donna e mobile plakat

Ale zacznijmy od początku

Temat pewnie wielu z Was zdziwi. Wyjaśnimy więc co trzeba i mamy nadzieję, że dojdziecie do wniosku, iż warto poświęcić czas na udział w tym niezwykłym naukowym spotkaniu.

Zgadza się – bardzo mnie zadziwił, ale czytajmy dalej.

Cykliczności płciowej kobiet, od jej początku (menarche) aż do końca (menopauza), towarzyszą różne następstwa, mniej lub bardziej dolegliwe, niekiedy mające duże znacznie także dla oceny prawnej różnych zdarzeń.

Na gruncie prawa cywilnego to nie tylko kwestia ważności oświadczeń woli, w szczególności istotna w odniesieniu do testamentów samobójczyń. Wiadomo bowiem z polskiego piśmiennictwa psychiatrycznego, że blisko połowa samobójczyń znajduje się w stanie napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki. Z innymi okolicznościami towarzyszącymi samobójstwom (depresja, spożycie alkoholu lub zażycie psychotropów) mogą być następstwa tej cykliczności doniosłymi dla oceny, czy taki testament jest ważny.

Wpierw sprawa absolutnie podstawowa. Już 3 lata temu największa analiza literatury naukowej i badań pokazała, że syndrom napięcia przedmiesiączkowego to głównie mit. PMS jest wykorzystywany (zarówno przez kobiety jak i mężczyzn) do tłumaczenia zachowań, które nie są społecznie akceptowalne. Wybuch gniewu łatwiej zwalić na hormony niż nierówne płace, nierówny podział obowiązków domowych czy choćby zwykłą chandrę. Jeśli przyczyną takich zachowań są „hormony”, to nie trzeba robić nic z tym, co do nich doprowadziło – wystarczy przeczekać.

Owszem, w wyniku „cykliczności płciowej” zdarza się, że kobiety gromadzą trochę wody w organizmie, mają lekko zwiększony apetyt i tak dalej. Ale daleko od obolałych piersi do samobójstwa! Nawet jeśli uznamy, że PMS istnieje, to zauważmy, że wedle definicji trwa od tygodnia do dwóch przed rozpoczęciem okresu. Dodajmy do tego kilka pierwszych dni okresu i mamy pół miesiąca. Czyli codziennie połowa kobiet ma PMS – nic  zatem dziwnego, że w związku z tym połowa samobójczyń odbiera sobie życie w czasie, kiedy mają rzekomo PMS. Jeśli miałoby to znaczenie, to samobójstw w okresie PMS powinno być dużo więcej!

Przypuszczamy, że znacząca może być społeczna doniosłość zaproponowanej problematyki dla ustalenia zakresu odpowiedzialności cywilnej za spowodowanie uszkodzenia ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia kobiety. Prawie wszystkie kobiety, które ulegają wypadkom komunikacyjnym lub wypadkom w pracy, mają bowiem potem zaburzony cykl miesięczny, niekiedy zostają wskutek takiego wypadku trwale ubezpłodnione, a nie słyszeliśmy, żeby kiedykolwiek dochodziły związanego z tym odszkodowania lub zadośćuczynienia.

Jak będzie można zobaczyć dalej,  to, co panowie organizatorzy „słyszeli”, jest ważnym elementem tej, rzekomo naukowej, konferencji. Oczywiście, utrata zdrowia w wyniku uszkodzenia ciała powinna być kompensowana. Ale cykl menstruacyjny może rozregulować choćby nieprzespana noc po imprezie, stres w pracy, wakacje, leki, alergie i wiele innych spraw. Warto ponadto przypomnieć, że regularne cykle mogą trwać od 21 do 35 dni i mieścić się w fizjologicznej normie. 28 dni to tylko średnia, a zróżnicowanie długości cyklu to w większości wypadków nie żadna nieregularność, tylko osobnicze zróżnicowanie.

Pokrewne zagadnienie dotyczy odpowiedzialności za szkodę spowodowaną przez samą kobietę np. podczas prowadzenia samochodu zważywszy, że blisko połowa kobiet ma podczas napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki zaburzenia słuchu określane jako patologiczne.

Jest bardzo niewiele solidnych przesłanek na podparcie twierdzenia, że PMS wpływa znacząco na słuch kobiet. Mamy za to mnóstwo statystyk pokazujących, że pomimo tego, iż kobiety stanowią prawie połowę kierowców w Polsce, są odpowiedzialne tylko za 1/5 wypadków. Tak więc nawet jeśli kobietom rzeczywiście pogarsza się słuch na pół miesiąca, nauczyły się z tym świetnie radzić i nadal prowadzą dużo bezpieczniej niż mężczyźni.

Osobne zagadnienie to odpowiedzialność lekarza za błędy w leczeniu zaburzeń cykliczności.

W jakimś stopniu to problem, który może się odnosić także do ochrony dóbr osobistych zdrowia lub intymności.

Tytułowe zagadnienie dotyczy także prawa karnego materialnego, związane jest tu z ograniczoną poczytalnością sprawczyni przestępstwa wówczas, gdy kobieta dokonała przestępstwa w okresie napięcia przedmiesiączkowego albo w pierwszych dniach miesiączki.

Przypominam, napięcie przedmiesiączkowe może trwać przez pół cyklu! Powyższe zdanie oznacza de facto, że przez połowę miesiąca kobiety nie odpowiadają za swoje czyny. To już było przerabiane przy okazji walki kobiet o prawo do edukacji, wyborów czy pracy poza domem. Argument niestabilności emocjonalnej (wywołanej hormonami) był za każdym razem głównym orężem przeciwników emancypacji. A tu wraca on pod przykrywką dbałości o kobiecy interes. Jeśli kobieta ma ograniczoną poczytalność jako sprawczyni przestępstwa w związku z PMS, to pewnie też nie nadaje się na posłankę, nauczycielkę ani elektrotechniczkę. Wszak za sprawą swych wiecznie rozchwianych humorów nie wie do końca co robi i może sobie albo komuś innemu zrobić krzywdę.

Wiąże się ono także z odpowiedzialnością karną za spowodowanie uszkodzenia ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia kobiety polegającego na zaburzeniu jej cyklu płciowego i związanych z tym następstwach.

Znowu – rozstrojenie cyklu (o czym sporo wiedzą osoby poważnie traktujące naturalne metody planowanie rodziny) mogą spowodować nawet zmiany pogody. Warto się zastanowić, czemu przywiązuje się aż tak wielką wartość do cyklu miesięcznego kobiety, jeśli nie jest on równany z płodnością, a rola kobiety z potencjalnym macierzyństwem. Choć ten temat powinien być Panom-organizatorom znacznie bliższy, żaden z nich nie pochylił się nad dolą przegrzewanych plemników, których coraz niższa (między innymi w związku ze warunkami pracy) jakość powoduje realne kłopoty z płodnością. Nie ma też ograniczeń kodeksowych dla prac, które mężczyźni mogą wykonywać w związku z ich potencjalnym rodzicielstwem. Pomimo tego, że do poczęcia potrzeba zarówno sprawnej komórki jajowej i plemnika, to ustawodawca zajmuje się (w kontekście kodeksu pracy) tylko zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Mało ma to wspólnego z ochroną macierzyństwa, a dużo więcej z patriarchalnym i protekcjonalnym regulowaniem ciał i praw kobiet.  Warto zaznaczyć, że nie każda kobieta chce być matką, a nawet jeśli chce, nie jest rolą ustawodawcy podejmowanie za nią wyborów zawodowych pod kątem ewentualnej reprodukcji.

Na gruncie prawa penitencjarnego to osobny problem związany z wykonywaniem kary pozbawienia wolności wobec kobiet oraz koniecznością uwzględnienia ich specyficznych potrzeb związanych z cyklicznością. Jeden z organizatorów tej konferencji wie o czym tu mowa nie tylko dzięki czasowi spędzonemu w czytelni, ale także wizytom w polskich więzieniach kobiecych.

Czy chodzi o dostęp do podpasek i tamponów? Bo przysięgam, że nie wiem, o co jeszcze mogłoby chodzić. Czyżby jeden z organizatorów przeczytał, że kobiety potrzebują produktów sanitarnych w trakcie okresu, a potem potwierdziły to jeszcze więźniarki (choć mogłyby też kobiety bez wyroków, gdyby jakąś zapytał)? Z kolei większość mężczyzn goli brody – i choć brzytwy to potencjalnie większy problem w więzieniu, to jakoś konferencji „Hormony a inkarceracja mężczyzn” (wszak za wzrost brody odpowiada między innymi testosteron) nie ma.

Zagadnienie wyeksponowane w tytule proponowanej konferencji rozważane jest także na gruncie kryminologii, a nawet grafologii.

W prawie pracy to bardzo poważny problem związany głównie z ochroną pracy kobiet, w szczególności z obowiązkiem wykonywania pracy, zwolnieniem z tego obowiązku oraz zakazem wykonywania prac szkodliwych dla zdrowia kobiety. Polskie prawo pracy w ogóle nie uwzględnia tego, że większość pracujących kobiet menstruuje, a dolegliwości z tym związane powinny być przecież uwzględniane nie tylko przy ustalaniu wykazu prac wzbronionych kobietom.

Kobiety na polskim rynku pracy mają różne problemy. Osobiście uważam, że największym jest dyskryminacja płacowa – jak pokazują najnowsze dane GUSu, kobiety zarabiają o 20% mniej od mężczyzn. Molestowanie seksualne i inne formy dyskryminacji ze względu na płeć to kolejne poważne problemy. Konieczność przychodzenia do pracy w trakcie menstruacji nie znajduje się w ścisłej czołówce. Przez większość historii ludzkości kobiety aktywnie brały udział w pracach na rzecz zapewnienia pożywienia społeczności,okres, czy nie okres – przez zbieractwo, polowanie, czy pracę na roli. Prawo polskie, jak i świeckie prawa innych demokracji, nie bierze pod uwagę tego, że kobiety menstruują, ponieważ nie ma to wielkiego znaczenia dla olbrzymiej większości aktywnych zawodowo kobiet. Szczególnie w dobie wysokiej dostępności środków higienicznych i przeciwbólowych.

Nawet w prawie projektowym i budowlanym problem ten daje o sobie znać; dotyczy projektowania w nowobudowanych zakładach pracy pomieszczeń i „urządzeń” uwzględniających szczególne potrzeby kobiet. W Polsce takie regulacje obowiązywały do niedawna, lecz zostały uchylone w czasach restauracji kapitalizmu. Ale w Bułgarii obowiązują do dzisiaj unormowania dotyczące obowiązkowego w większości zakładów pracy pokoju higieny osobistej dla kobiet.

Czy ten pokój to przechowalnia podpasek? Prysznice w pracy – świetnie. Ale dostępne też dla mężczyzn przyjeżdżających do pracy na rowerach i chcących się odświeżyć. Już mamy roczne urlopy rodzicielskie, które, wedle danych Ministerstwa Pracy biorą w 98% kobiety. Dorzućmy pracodawcom obowiązkowe zwolnienie z pracy w trakcie menstruacji, skrócony czas pracy w związku z PMS  i konieczność budowania tajemniczych „pokojów higieny osobistej” i mamy pewność, że zdecydowanie zmienimy sytuację kobiet na rynku pracy. Oczywiście na gorsze – bo będzie się opłacać zatrudnić mniej kompetentnego i gorzej wykształconego mężczyznę, który nie potrzebuje „kobiecych udogodnień”, niż wyższej klasy specjalistkę, rzekomo upośledzoną przez rozchwiane hormony.

Pewne zagadnienia związane z tytułową kwestią proponowanej konferencji pojawiają się i na gruncie prawa rodzinnego.

Oto link do artykułu, w którym w zarysie przedstawiono tę problematykę w prawie polskim:

http://www.bibliotekacyfrowa.pl/…/42765/30_Jacek_Mazurkiewi…

(rozważania medyczne i prawne znajdują się na stronie 333 i następnych).

Zaprzyjaźniony profesor medycyny powiedział jednemu z nas, że proponowana konferencja będzie najprawdopodobniej pierwszą taką konferencją na świecie. To, że będzie pierwszą w Polsce to oczywiste.

I panowie są ze swojej inwencji ewidentnie niesamowicie zadowoleni. Nie przyszło im do głowy, że nikt nie poruszał tego tematu, bo jest obraźliwy, seksistowski i kompletnie nienaukowy. Nie pomyśleli też, że warto chociaż jedną kobietę – która nie musi iść do czytelni ani konsultować się z więźniarkami, żeby dowiedzieć się o konieczności używania produktów higienicznych w trakcie menstruacji – zaprosić do komitetu organizacyjnego. A może zaprosili i nikt się nie zgodził?

Na koniec komentarz mojego zaprzyjaźnionego doktora (wprawdzie nie medycyny), który, kiedy pokazałam mu informację o tej konferencji, stwierdził, że „…równie dobrze mogliby dać tytuł „La donna e debile – psychicznie niestabilne wariatki z piekła”

Przełom. Jak z płatka

Wednesday, March 18th, 2015

Nie ma dobrej racji, by traktować w Polsce ludzi nieheteroseksualnych jak obywateli drugiej, gorszej kategorii. Nie ma dobrej racji, by wywyższać jednych a poniżać i ograbiać z praw do więzi, partnerstwa i uznanego związku z powodu takiej, czy innej orientacji seksualnej. Tym bardziej wiedziałam, miałam to głębokie poczucie, że uczestniczę w stawaniu  się przełomu.

Byłam 17 marca 2015 na TEJ sali sądowej. Mój przyjaciel i kolega wydziałowy Jakub Urbanik zaskarżył odmowę kierownika warszawskiego urzędu stanu cywilnego wydania mu zaświadczenia o braku przeszkód prawnych do zawarcia małżeństwa za granicą z jego wieloletnim partnerem, który ma hiszpańskie obywatelstwo. W Hiszpanii małżeństwa jednopłciowe są dozwolone i respektowane tak samo jak różnopłciowe. Jesteśmy w Unii, która prawo do małżeństwa traktuje jako jedno z podstawowych praw człowieka. Wiąże z nim różne skutki, także to, że ludzie traktowani są jak bliscy, a nie sobie obcy. USC tymczasem odmawiając zgody na zawarcie związku polskiego i hiszpańskiego obywatela ślubu w Hiszpanii powołał się na to, że zezwolenie na zawarcie małżeństwa jednopłciowego za granicą byłoby naruszeniem konstytucyjnej zasady, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny.  Dlaczego w innym kraju, który uznaje małżeństwa jednopłciowe nie może go zawrzeć Polak/Polka z obywatelem/obywatelką tego kraju? Dlaczego Polska rości sobie prawo do czynienia z Polaków/Polek zakładników/zakładniczek swych fobii, niechęci i kompleksów?

Na sali sądowej było oczywiste, że dzieje się historia, zmienia rzeczywistość. Sędzia miała szansę. Nie skorzystała. Jej strata. Uznała, że skoro rozporządzenie nie pozwala, to mniejsza o ustawę, Konstytucję i Prawo unijne. Tymczasem adwokat, Jakub Urbanik i Jose Luis Alonso Rodriguez bez trudu za to w przepięknym stylu wykazali oczywiste.

Wykazali, że wewnętrzne polskie przepisy naruszają przyzwoitość, godność ludzką, Konstytucję i prawo unijne ograniczając prawa cywilne obywatelek/obywateli nie tylko Polski.  Ograniczają również prawo obywatela hiszpańskiego w korzystaniu z praw obowiązujących w Hiszpanii i ingerując i w jego życie osobiste.

Sąd mógł zadać pytanie Trybunałowi Sprawiedliwości tzw. pytania prejudycjalne: czy prawo UE sprzeciwia się odmowie wydania zaświadczenia o zdolności do zawarcia małżeństwa zgodnie z prawem kraju, w którym ma być ono zawarte? Nie skorzystał. Zrobi to zapewne inny sąd, ale odpowiedź znana jest już dziś – nie ma dobrej racji, by dyskryminować ludzi w korzystaniu z ich praw ze względu na orientację seksualną. 

W tym samym dniu, w innym sądzie – w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu zdecydowano się przyjąć skargę innego polskiego obywatela Tomasza Sz., który w podobnej sprawie zderzył się z polską rzeczywistością. Mogliśmy i wciąż jeszcze możemy naprawić dziejącą się dyskryminację w kraju. Wciąż mamy szansę, by nie robił tego za nas Strasburg.  Będzie druga instancja. Zobaczymy.


Cały tekst Ewy Siedleckiej w Gazecie Wyborczej 

Winny? To łatwy do obrony.

Wednesday, March 11th, 2015

Jeśli prawdą jest to, że specjalna komisja potwierdziła zarzuty wysuwane wobec redaktora Kamila Durczoka o długotrwały mobbing, nadużywanie władzy i molestowanie seksualne podległych mu pracowników to, wcale bez ironii sądzę, że Kamil Durczok bez trudu, wygra – jako poszkodowany – w każdym sądzie.

Nie kpię i nawet mam nadzieję, że tak będzie, bo tylko wtedy „sprawa Durczoka” przestanie być jednostkowym zdarzeniem, a wpłynie na strukturalne zmiany.

"Tvn3" by Stara strona internetowa TVN - http://web.archive.org/web/20010701074236/http://www.tvn.pl/zd/tvn/tvn3.jpg. Licensed under Public Domain via Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tvn3.jpg#/media/File:Tvn3.jpg

“Tvn3″ by Stara strona internetowa TVN – http://web.archive.org/web/20010701074236/http://www.tvn.pl/zd/tvn/tvn3.jpg. Licensed under Public Domain via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tvn3.jpg#/media/File:Tvn3.jpg

1 stycznia 2004 roku weszły w życie przepisy kodeksu pracy (k.p.), które na pracodawcę/pracodawczynię nakładają obowiązek przeciwdziałania dyskryminacji i zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków pracy (art.94 kp). Mobbing, nadużycie władzy i molestowanie seksualne są zaprzeczeniem bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Pracodawca nie może udawać, że nie wie co to mobbing. Przepis, który to definiuje w art.94.3 k.p., rozumie już siedmiolatek (sprawdziłam). Podobnie jest z molestowaniem seksualnym i różnymi formami dyskryminacji. Nie trzeba się wysilać. K.p. wykłada jasno, że niepożądane zachowanie, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności pracownika/pracownicy i stworzenie wobec niego/niej zastraszającej, wrogiej, poniżającej, upokarzającej lub uwłaczającej atmosfery jest molestowaniem i przejawem dyskryminacji (art. 18.3a§5 k.p.). Molestowanie seksualne opisane jest paragraf dalej (art. 18.3a§6 k.p.). Jest tam jak, nomen omen, w Faktach wyłożone kawa na ławę, że molestowanie seksualne to każde niepożądane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownicy/pracownika, które poniża, uwłacza, narusza godność.

Przepis nie jest po to, żeby być. Nie jest nawet po to, choć wiem, że u nas trudno w to uwierzyć, aby można go było go na okrągło zmieniać w Sejmie. Jest po to, by działać.

Nie wystarczy powiedzieć Panie Durczok, jesteś Pan dorosły, przeczytaj Pan sobie. Pracodawca/pracodawczyni – bo to na nich spoczywa obowiązek – muszą sprawić, by działał w praktyce. Muszą dostarczyć procedur, wiedzy i jasnych reguł postepowania, gdy szef wsadza rękę pod spódnicę bądź wyżywa się pod pretekstem, że jest temperamentnym cholerykiem.

O tym, czy prawo działa przekonujemy się, gdy przepis i życie się rozchodzą. I jeśli wtedy brak procedur postępowania, które ukrócają mobbing i molestowanie w zarodku, to pracodawca, który o tym wie i nic nie robi – jest winny i powinien słono za to bulić.

Jeśli profesor łapie za biust studentkę i ona zostaję z tym sama, to wszystkie teksty prawne o niedyskryminacji nadają się z braku toaletowego na papier do kibla. Nie inaczej jest w telewizji i w każdym innym miejscu pracy, gdzie są zależni, podwładni i władni. Redaktor wrzeszczy, obraża się temperamentnie i sprawia, że przed spotkaniem z nim chce nam się rzygać i nie inaczej jest po spotkaniu. Mamy mdłości i wstręt do pracy bo czeka nas jego wrogość, rozbuchane ego, agresja, arogancja obleśne teksty i gesty. I ciągnie się to miesiącami pomimo, że idziemy z tym do zwierzchnictwa i prosimy, by z tym skończyło. Proponują nam, byśmy zamiast tego skończyli z sobą, znosili lub zmienili pracę. Redaktor więc dalej „wyróżnia” i wybiera. Zaliczy, jeśli zaliczy…też i z uczelni znane.

Czasy, gdy byłam studentką nie znały przepisów, a te o molestowaniu obowiązują od początku 2009. Skoro więc naprędce sklecona komisja w popłochu bada, czy zarzuty wobec redaktora Durczoka są prawdziwe to oznacza, że od 2009 roku co najmniej w tej instytucji nie było komisji, komórki, konkretnie przygotowanej do tego osoby, procedur i ich świadomości wśród wszystkich zatrudnionych, że istnieją praktyczne gwarancje przestrzegania przepisów kodeksu pracy chroniące przed dyskryminacją w postaci mobbingu, nadużycia władzy i molestowania, także seksualnego.

Przepisy mówią o procedurach, sprawnych, znanych, efektywnych. Gdy zgłaszano do szefów Durczoka jego niewłaściwe zachowania, kobiety słyszały – taki mamy tu klimat, jak suka nie da, pies nie weźmie, no wiesz jaki on jest, no nic się nie da zrobić, no sama jesteś sobie winna. Łamano prawo na potęgę udając, że nic się nie dzieje. Odbierano poza wizją urok Durczokowi i niszczono życie niszczonych i molestowanych przez niego ludzi.    

Teraz się to zmieniło? O.k., ale to trochę za późno. Redaktor Kamil Durczok miał prawo do tego, by i poza wizją pozostać miłym i uroczym. Władza degeneruje, tym szybciej i zwłaszcza jeśli przyzwala się na jej nadużywanie. Szczególnie gdy przywala się, by rozrastało się to, co w nas małe, skrofuliczne, co czerpie przyjemność z poniżania innych bo wtedy lula i usypia kompleksy, karmi rozbuchane pretensje, nieudolność, małość i wciąż nie dość dogłaskane ego.

W człowieku jest potencja. W dobrych warunkach nie musi się dowiedzieć, ile w nim drania zdolnego do wywyższania się, deptania, niszczenia  i nękania zależnych. W dobrych warunkach drań mógłby przy pierwszej próbie rozdziawania japy i sięgania nie do swoich majtek dostać czerwoną kartkę i komunikat – nie u nas, i nie z nami. Redaktor Kamil Durczok miał dobre prawo, by nie rozwinąć w sobie tego, co sprawiło, że gdy wreszcie się wybebeszyło zwinęło mu pracę, dobre imię i dobre samopoczucie.

Szybka komisja, szybkie ugody, żałośnie niskie odszkodowania? Mam nadzieje, że nikt się nie da na to nabrać. Skrzywdzeni przez Redaktora Durczoka mogą wymagać od Niego dużej kasy w ramach zadośćuczynienia, a on jej zwrotu od pracodawcy, który nie zadbał, o to, by ukrócić jego niewłaściwe zachowanie na samym jego początku i pozwolić mu zachować i dobre wynagrodzenie, i ciekawą pracę i twarz. 

Pracodawca też nie pozostaje bezsilny. Przed laty prowadziłam szkolenia dla różnych szczebli urzędników nadzoru pracy. Wydane zostały pieniądze na wykształcenie ludzi odpowiadających za państwową inspekcje pracy w zakresie mobbingu, dyskryminacji i molestowania. Wiedzieli co to i jak temu przeciwdziałać. Rechotali i trochę to trwało, by wybić im z głowy „tradycyjną kulturę”, że jak suka nie da to pies nie weźmie i jak nosi krótką spódnicę i wysokie obcasy to sama się prosi. Widać jednak nie ponieśli kaganka tam, gdzie powinni skoro jest jak jest.

Więc żeby to zmienić na dobre i nie tylko w telewizji mam nadzieję, że Kamil Durczok wygra sprawę przeciwko Faktom.

Takie ładne 200 000 euro

Friday, February 20th, 2015

Co byście zrobili mając 200 000 euro? Macie pomysł? Ja mam. Jestem członkinią Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej (PSEP). Gdyby pieniądze dostał PSEP  poszłyby na podniesienie kultury prawnej wśród uczniów, studentów, i dorosłych. Można by za nie, pozytywnie odpowiedzieć  na zgłaszane zapotrzebowanie na zajęcia z Prawa na co dzień. Starczyłoby na kilka lat i kilka wznowień Z Prawem Na Ty i Fajna Sprawa Uczę Prawa. A i co tam, za zgodą Prezeski i Zarządu wrócilibyśmy z popularną, swojego czasu, działalnością na paragrafowym blogu. Zawiłości prawa rozpraszaliśmy w sposób łatwy, miły i przystępny. Gdybyśmy mieli te ładne 200 000 euro bylibyśmy wolni, a to dla organizacji pozarządowej, jak się nauczyłam, podstawa.

"Courtroom European Court of Human Rights 05" by Adrian Grycuk - Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 pl via Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG#mediaviewer/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG

“Courtroom European Court of Human Rights 05″ by Adrian Grycuk – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 pl via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG#mediaviewer/File:Courtroom_European_Court_of_Human_Rights_05.JPG

Przed laty wzięliśmy udział w programie, który naraził nas na kontakty z urzędami i ministerstwami i najgorsze były te, które wsparcie miały w tytule, a działały jakby w rzeczy samej odpowiedzialne były za obstrukcje i zaparcie. Już, już dobijaliśmy końca programu, gdy nagle kontakty z urzędami zawiodły nas na korytarze sądów. Procesy. Z jednym ministerstwem, z drugim, trzecim. Trwały, a w międzyczasie my jak pióra, traciliśmy złudzenia. Procesy wygraliśmy, swoje odzyskaliśmy, ale zaufania do urzędów już nie. I nie zmieniły tego nawet wypłacone na czas, całkiem tłuste odsetki. Nabawiliśmy się urzędofobii; doświadczenia, że ministerstwa należy łukiem omijać.

Więc takie ładne 200 000 euro, poszłoby z korzyścią dla wielu. 

200 000 euro. – te same, które Polska zapłaci wykonując wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Zapadł z 24 lipca 2014 roku, w sprawie wytoczonej przez dwóch przetrzymywanych w tajnych więzieniu w CIA w Starych Kiejkutach. Bez oskarżenia, bez procesu, z połamaniem przepisów zakazujących tortur; podtapiani, ogłuszani, karmieni przez odbyt, pozbawiani snu, bici.  Tajne więzienia CIA umieszczono poza Stanami Zjednoczonymi, bo tam nie wolno ani robić tajnych więzień, ani stosować tortur. W Polsce też nie, ale w Stanach dba się o przestrzeganie prawa. A w Polsce?

Zakłamywanie rzeczywistości, zaprzeczanie, negowanie, wciskanie farmazonów i używanie języka propagandy, by zabełtać w głowie i wmówić nerwowo każdy kit, byle odwrócić uwagę od faktu, że jako kraj nie zdaliśmy egzaminu przede wszystkim wobec samych siebie. Ludzie, którym w demokratycznych wyborach powierzyliśmy odpowiedzialność za przestrzeganie prawa w kraju, sprzeniewierzyli się prawu i nam .

Dopuścili do stosowania tortur, nieludzkiego i poniżającego traktowania. Nic nie wiedzieli? A nazywają więzionych terrorystami? Skąd ta wiedza? Bo Amerykanie dorwali dwóch, i torturowali, a skoro torturowali, to znaczy, że terroryści, nie? Nie! Jeden z nich – torturowany do zrujnowania zdrowia i życia  do dziś nie ma postawionego zarzutu,  drugi nie ma nic wspólnego z zamachem w Nowym Yorku, i nawet gdyby miał – jeśli nie umiemy przestrzegać prawa i wykorzystywać jego instrumentów, to znaczy, że jesteśmy kiepscy. Poświadczył to raport komisji Senackiej USA. ta cała heca nic dla sprawy nie dała, a zwiększyła zagrożenie właśnie dlatego, że dopuszczono się tortur.

  Tortury są zakazane bo są nieludzkie, ale od czasów stosów i czarownic wiadomo także, że dobrze robią jedynie sadystom, którzy je stosują. Nie oszukujmy się więc . Racja stanu wymagała, by przestrzegać prawa. Bo jeśli Polsce naprawdę zagrażali terroryści, to w efekcie złamania prawa przez tych, którzy odpowiadali za to, by nie dopuścić do jego pogwałcenia. 

Ci, co zaplątani są w zgodę na tajne więzienia, w których stosowano tortury  wmawiają nam różne dyrdymały. Odwołują się do erystycznych chwytów, straszą i etykietują odmieniając terroryzm przez przypadki. Znamy to; jak obrzydzić rozsądnie myślących – nazwać ich trzeba tak: …ci, co myślą, że złamaliśmy prawo stoją tam, gdzie stało ZOMO i są po stronie przestępców.   

Po 100 000 euro dla każdego poszkodowanego. Dla Al Nashiri and Abu Zubaydah.  Tyle zasądził Europejski Trybunał Praw Człowieka [ETPCz] w sprawie Al. Nashiri i Abu Zubaydah przeciwko Polsce (no 7511/13). Polska od wyroku się odwołała. ETPCz wyrok utrzymał. Minister Spraw Zagranicznych oświadczył, że Polska wyrok wykona. Prawdę mówiąc, na tym pierwszym powinien zakończyć i nie opowiadać głupstw, że wykonując wyrok możemy krętaczyć. Dość krętaczenia. Wyrok wymaga nie tylko wypłacenia pieniędzy; także uczciwego do końca wyjaśnienia sprawy i wydania wyroku.

Leszek Miller stwierdził, że nie musimy płacić, bo to by oznaczało, że płacimy terrorystom. Tonący brzytwy się chwyta, a umaczany nieprawości. 

Nie płacimy terrorystom, ale ludziom wobec których złamaliśmy zakaz tortur, prawo do sądu, bezpieczeństwa, uczciwego oskarżenia i obrony, prawa do poszanowania życia osobistego. Płacimy za to, że sprzeniewierzyliśmy się własnym standardom, złamaliśmy obowiązujące nas prawo i  zagroziliśmy własnej – polskiej praworządności.

Te pieniądze tak ładnie można by było spożytkować na tyle ładnych spraw, gdybyśmy się trzymali prawa. Tym bardziej trzeba wykonać wyrok. Bo niczego nam teraz bardziej nie trzeba jak przywrócenia rządów prawa i zaufania, że stojący na straży prawa, strzegą prawa, a nie własnego ciała.

Wykonanie wyroku ETPCz jest niezbędne i dlatego, by mieć absolutną pewność, że gdy w stan oskarżenia postawieni zostaną ci, którym przedstawi się zarzut odpowiedzialności za dopuszczenie do łamania polskiego prawa w tajnym więzieniu CIA to nikt nie będzie ich torturował, przetrzymywał w miejscu niedozwolonym, nie pozbawi obrony, bezpieczeństwa osobistego i rzetelnego procesu. 

Cynizm, „trzęsiportyzm” czy niewiedza? Komu szkodzi nieprzestrzeganie prawa

Wednesday, July 16th, 2014

Na stronie internetowej rynekzdrowia.pl został przedrukowany artykuł ze strony gloswielkopolki.pl pod bardzo dziwnym tytułem: „Poznań: przerwą ciążę, jeśli jest to zgodne z prawem“.

800px-Intensivstation_(01)_2007-03-03

Robią łaskę, że będą przestrzegać prawo? Czy może wobec kuriozalnej rodzimej sytuacji, chwalą się super odwagą, że będą działać zgodnie z prawem? Czy Szefowie poznańskich szpitali wespół-zespół zadeklarowali odwagę? Cokolwiek, by to było, z treści artykułu wynika deklaracja wprost odwrotna; że poznańscy dyrektorzy szpitali zamierzają ignorować prawo i pod pozorem jego przestrzegania,  puszczając cynicznie oko, deklarują, że będą je niemal w całej rozciągłości – łamać! Sabotować! Lekceważyć!

Oto bowiem : „Szefowie szpitali w Poznaniu jednogłośnie mówią, że jeśli zgłosiłyby się do nich pacjentki, którym sąd wydał zgodę na aborcję, to pomogą.” Sąd?! Skąd tu raptem sąd?

Jeżeli to nie jest kaczka dziennikarska, jeśli nie jest jak za Gierka [Pomożecie?!…], i jeśli to nie jest godny pożałowania brak znajomości obowiązujących przepisów, to znaczy, że szefowie szpitali w Poznaniu jednogłośnie oświadczyli, że bimbają na prawo i mają zamiar kpić sobie z uprawnionych.

Szefowie szpitali w Poznaniu, którzy będą czekali na decyzje sądu o tym, czy zachodzą warunki do przerwania ciąży – nie doczekają się. Skoro więc deklarują czekanie na sąd jak czekanie na Godota – deklarują wolę łamania prawa!

Sąd, i to sąd opiekuńczy tylko w jednym przypadku wydaje zgodę na aborcję. Ma to miejsce, gdy terminacja ciąży dotyczy dziecka w wieku poniżej lat 13. I tu trudno mi sobie wyobrazić sytuację, gdy sąd zajmuje inne stanowisko niż zgodnie wnioskujący o przerwanie ciąży sama zainteresowana i jej rodzic [W przypadku ubezwłasnowolnionej sąd wtrąca się, gdy zgody między zainteresowaną, a prawną opiekunką nie ma]. Sąd rodzinny nie ma już takiej władzy w sytuacji, gdy ciąża dotyczy osoby dorosłej i dziecka, które 13 lat ukończyło. Wówczas wystarczy zgoda samej zainteresowanej; a dodatkowo prawnego opiekuna, gdy rzecz dotyczy dziecka (między 13-a 18 rokiem życia). W ogromnej więc większości przypadków:

1) fakt, że ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej stwierdza lekarz,

2) fakt, że badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, stwierdza lekarz, a

3) fakt, że zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego, stwierdza prokurator.

Sąd, najczęściej, nie ma tu nic do roboty, nic do gadania i to nie w jego gestii jest wydawanie decyzji i zgody!

Gdy wymaga tego zdrowie kobiety, co widzi lekarz – decyduje o tym kobieta.

Gdy wymaga tego stan płodu – co widzi lekarz – decyduje o tym kobieta.

Gdy zachodzi podejrzenie, że do ciąży doszło w wyniku przestępstwa, co potwierdza prokurator  – decyduje o tym kobieta!

Za każdym razem (poza wyjątkiem dziecka w wieku poniżej lat 13, i ewentualnie osoby ubezwłasnowolnionej)  jest to wyłącznie integralna decyzja kobiety!

To, czy i z kim będzie ona to konsultowała i jaką podejmie decyzję– jest jej sprawą, a nie sądu, nie lekarza, nie księdza i nie wiceministra sprawiedliwości.

Terminacja ciąży, lub jej utrzymanie, pomimo wskazań lekarskich i prawnych – to decyzja wyłącznie kobiety.

Bez względu na to jak to panów drażni, męczy i denerwuje, że decyduje o tym kobieta

– zgodnie z prawem – decyzja należy do niej, i tylko do niej!

Czy więc lekarze zarządzający szpitalami są niedouczeni? Niedoinformowani? Czy zarządzający szpitalami w sprawach przerwania ciąży mogą naprawdę być, aż tak niedouczeni?! Czy może jednak są tak bardzo niechętni przestrzeganiu prawa, gdy jest na to oportunistyczne przyzwolenie?

Warunki dopuszczalności przerywania ciąży reguluje: art. 4a Ustawy z 7 stycznia 1993 roku, o planowaniu rodziny, ochronie płody ludzkiego i warunkach przerywania ciąży. Ustawa jest dostępna w całości na stronie internetowej Sejmu: [http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19930170078]. Nie można się tu wykręcać nieznajomością prawa.

Łacińska paremia: Ignorantia iuris nocet do niedawna oznaczała, że nieznajomość prawa szkodzi temu, kto tego prawa nie zna. W Polsce, wraz z przyzwoleniem na łamanie podstawowych jego zasad od pewnego czasu ignorantia iuris nocet oznacza szkodę tych wobec których zobowiązani do przestrzegania prawa, olewają go. Bezkarni, przybrani w nadęte frazesy pozbawiają kobiety praw. Skutki tego bywają dla kobiet tragiczne. Tracą też zdrowie i tracą życie. A wszystko w imię utrzymania władzy lekarza, księdza i wiceministra sprawiedliwości nad rozrodczością kobiet. Czy Poznań właśnie dołączył do tej drużyny?

Jak z Płatka: Wydawałoby się bez związku, a jednak. 

Sunday, July 13th, 2014

Wydawałoby się bez związku, a jednak… Dziewczyna w zapadłej wiosce w Indiach zostaje zgwałcona na rozkaz lokalnych autorytetów; „za karę” za nieprzyzwoite zachowanie swojego brata wobec innej kobiety. Miejscowi moraliści ciągną ją do lasu i gwałcą. W poczuciu wyższej moralności zdzierają z niej ubranie, siłą rozwierają jej uda, ściągają spodnie i jeden po drugim, podnieceni moralną wyższością i przyzwoleniem lokalnej władzy gwałcą w kraju, w którym prawo na gwałt nie pozwala. Ale oni mają swoje poczucie moralności, swoje prawa, swojego boga i swoje sumienie. To, czego chce ta dziewczyna nie ma znaczenia, kto by się z nią liczył. Jest tylko środkiem do demonstracji ich siły, poczucia wyższości i szacunku dla porządku, który nakazuje wypleniać zło. To, że chcą  władzy, że chcą seksu, całkiem bezkarnego, pomimo obowiązującego prawa, który gwałtu zakazuje…ale przecież to tylko kobieta, kto by się nią przejmował, gdy dzięki temu można wzmocnić poczucie morale i boskiego porządku…a poza tym, czyż nie jest winna, czyż nie powinna była uprzedzić, wpłynąć na brata, sprawić, by się tak nie zachowywał? No proszę, przecież widać, że ona jest winna, a oni czynili tylko swoja powinność zgodnie ze swoim sumieniem.

784px-Female_symbols.svg

 Mają władzę i autorytet z władzy płynącej. To oni dyktują ludziom jak mają żyć, co robić i jak robić bez względu na obowiązujące prawo niezależnie od miejsca na mapie. 

Pod pretekstem wyższych racji i moralności dostają w zamian to, na czym im zależy: jeszcze więcej władzy, wpływów, poczucia wyższości moralnej, boskiej wiedzy i namaszczenia oraz przyjemności, tych całkiem ludzkich, przyziemnych na jakich im w danych warunkach zależy. 

Czasami jest to nos zadarty w górę i jeszcze więcej kasy, czasami to seks bez zobowiązań  i konsekwencji także wtedy gdy jest gwałtem, czasami to awans w hierarchii, ciepła posada i pewność, że bez względu na umiejętności (a zwłaszcza ich brak) potężny sponsor zapewni nietykalność. 

I to wszystko z totalnym lekceważeniem dla obowiązującego w kraju prawa (którego zresztą często nie znają, bo po co, skoro to oni ustanawiają jak ma być udając, że są zaledwie wykonawcami woli boga). 

Imię boga zmienia się w zależności od warunków i kierunków geograficznych. Ale zawsze i wszędzie tak dziwnie się składa, że ten bóg służy za pretekst do zagrabiania władzy i zniewalania kobiet – dosłownie i w przenośni; do gwałtu na ich ciele , mocy i duszy.  Do ich urzeczowienia, podporządkowania i jeszcze wmówienia, że to dla ich dobra lub, że same się prosiły.

Tylko pozornie więc to, co dzieje się gdzieś na zapadłej wsi w Indiach i w kraju nad Wisłą różni się; schemat jest bowiem ten sam.

Prawo to nie „dupokrytka”

Tuesday, June 17th, 2014

 

Image by Jacek Bogdan

Image by Jacek Bogdan

Wiem; miałam poczekać do poniedziałku z kolejnymi sprawami i dać ludziom odpocząć; nie dało się, bo przyszedł ten list.

Zamieszczam go w całości, jedynie bez podpisu Autora, nie tylko dlatego, że nie otrzymałam na to Jego zgody; także dlatego, że nie sądzę, aby sytuacja Autora i Jego dziecka była w tym kraju wyjątkowa. Jest problem i trzeba go rozwiązać z szacunkiem dla jakości życia ludzi tym problemem dotkniętych; bez pozbawiania prawa do wszelkich radości życia nie wyłączając pracy, towarzystwa, przyjaźni, miłości i seksu, bez wykluczania ze społeczeństwa, bez skazywania na wieczny domowy areszt i bez doprowadzania do bankructwa rodziny.

Zamieszczam go i dlatego, że tak jak piszący do mnie Pan jest “zwyczajnym człowiekiem”, ja jestem zwyczajną prawniczką. Umiem wywieść z Konstytucji i innych przepisów standard postępowania, który nakazuje nie wykluczać i zapewnić każdemu z nas dobrą jakość życia. Umiem wskazać drogę sądową, która w przypadku zawinionego działania lekarzy podczas porodu powinna skutkować przyznaniem wysokiej sumy na pokrycie potrzeb osoby doświadczonej i jej rodziny. I wiem, że w polskich warunkach to może być nie tylko droga przez mękę, ale i czas, które człowiek dotknięty porażeniem i jego bliscy – nie mają.

Mam nadzieję, że sprawę nagłośnimy bo potrzeba tu i zmiany myślenia i zmiany polityki społecznej, podejścia i wreszcie sprawienia, by prawo nie służyło jako dupokrytka dla urzędników na pokrycie ich indolencji i lekceważenia dla jakości każdego życia.

Prawo to nie dupokrytka, żeby nim zasłaniać bezduszność, bezmyślność i złe bo nieludzkie decyzje, które za nic mają dobrą jakość życia zwyczajnych ludzi.

Prawo, prawo w państwie praworządnym, to instrument do realizowania zasady dobrego życia we wspólnocie ludzie traktowanych stosownie do ich sytuacji, tak by w efekcie nie mieli gorszej jakości życia niż ci, którzy doświadczają deficytów o jakich mowa w liście.

Liczę na dziennikarzy, że pomogą zająć się problemem i go rozwiązać. Liczę na urzędników, którzy są wrażliwi, znają podobne sprawy i potrafią je rozwiązać. Liczę nie tylko na głosy lepiej wiedzących niż ja, jak skutecznie skłonić urzędy do działania. Liczę też na dobre przykłady, które w razie indolencji urzędów nieczułych na to, że mają ludziom służyć, podpowiedzą co robić, by Premier wychodząc na mównicę i mówiąc o tym jak jest wspaniale, nie musiał się przy tym czerwienić ze wstydu.

Szanowna Pani Profesor
Zwracam się do Pani jako zwyczajny człowiek, który czasem nie wie co ma począć. Proszę Panią o pomoc-radę w poniższej sprawie.
Mój syn urodził się w 1990 roku. Ktoś jednak czegoś nie dopilnował i w ten oto sposób mam syna, który od urodzenia jest niepełnosprawny w stopniu znacznym – przykuty do wózka inwalidzkiego. Od trzeciego roku życia uczęszcza do Ośrodka rehabilitacyjnego dla dzieci niepełnosprawnych. Przez te wszystkie lata za pobyt dziecka w Ośrodku płaciłem z własnej kieszeni. Pobyt w Ośrodku trwa od poniedziałku do piątku w godzinach 8-14.
W ubiegłym roku zostałem poinformowany, że mój syn będzie musiał zakończyć swoją przygodę w ośrodku ze względu na wiek, w czerwcu 2014 roku. Po zastanowieniu się co dalej, postanowiłem nawiązać kontakt z ośrodkiem, którego uczestnikami są osoby dorosłe niepełnosprawne, chcę żeby syn nie tracił kontaktu z tym środowiskiem, mówiąc kolokwialnie, nie chcę żeby resztę życia spędzał w czterech ścianach domu.
Po wcześniejszym wykonaniu telefonu umówiłem się z kierownictwem tego ośrodka na spotkanie, chciałem wstępnie ustalić do jakiej grupy można będzie go przydzielić, mam na myśli warsztaty terapii zajęciowej lub środowiskowy dom samopomocy. Rozmowa toczyła się w świetnej atmosferze do czasu, aż usłyszałem, że w tym przypadku dużo zależy od MOPSU! Pytam dlaczego? Na to usłyszałem, że muszą przeprowadzić wywiad w domu, muszą sprawdzić dochody rodziny i jeśli wszystko będzie dobrze, to dostanę zgodę/decyzję na trzy miesiące, a jak przez te trzy miesiące wszystko będzie dobrze, to następna zgoda/decyzja będzie na sześć miesięcy.
Mój syn przez ponad dwadzieścia lat uczęszcza do obecnego ośrodka, ale nigdy nie było tak, żeby opieka społeczna decydowała o tym czy dziecko nadaje się czy nie. Na miły Bóg, ja się pytam, jakie uprawnienia posiada MOPS, żeby mógł decydować czy schorzenie, kalectwo mojego dziecka dopuszcza lub dyskwalifikuje go z uczestnictwa w zajęciach! Z całą pewnością nie chodzi tu o finanse!
Po tym spotkaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, komu tak na prawdę zależy żeby zaglądać do moich garnków i portfela, i dlaczego za to, że chcę żeby mojemu dziecku żyło się lepiej, ktoś chce mnie upodlić i rzucić na kolana. Ciągle zadaję sobie pytanie: to gdzie ja w końcu chcę zapisać dziecko, do Ośrodka czy do MOPSu? Przecież ja nie składam prośby o dofinansowanie, więc tym bardziej nie rozumiem. Ponadto chce dodać, że Pani Pełnomocnik ds. niepełnosprawnych też jakoś nie może podać podstawy prawnej, która mówiłaby o tym, że o przyjęciu dziecka do Ośrodka decyduje MOPS po wcześniejszej lustracji mojego domu.
z wyrazami szacunku