bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Archive for the ‘Polityka’ Category

Jak z Płatka: Stupor

Tuesday, December 17th, 2013

Stupor. Stupor czyli osłupienie. Trwał przez chwilę. Wpadłam w stupor, gdy wice-minister sprawiedliwości Wojciech Węgrzyn, stwierdził 16 grudnia 2013, że przygotowany przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Karnego, przy Ministrze Sprawiedliwości projekt Ustawy o zmianie kodeksu karnego, to nic innego jak zbiór niewiążących, luźnych poglądów członków Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego (sic!).

Luźne poglądy? Wolne żarty i szczyt lekceważenia dla członków Komisji Kodyfikacyjnej.

To było na konferencji w siedzibie Premiera Donalda Tuska, na spotkaniu ekspertek i ekspertów zaproszonych przez Ministrę Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz i Feminotekę.

Szło o praktyki wspierające ofiary przemocy seksualnej, zgodne z Konwencją Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej [CETS210]. Miało charakter międzynarodowy. Ekspertki z Danii, Szkocji i Hiszpanii mówiły o swoich praktykach. Nigdzie tam nie ma tak, jak u nas.

U nas, Rząd 18 grudnia 2012 roku, podpisał CETS210. Tym samym wyraził wolę i wziął na siebie zobowiązanie jej implementacji. W efekcie tego zniesiono ściganie zgwałcenia na wniosek. Zwyczaj rodem z 1932 roku, już w kodeksie karnym z 1970 roku, był mocno zaśniedziały. Należało go zmienić w nowym kodeksie z 1997 roku. Ale nie zmieniono. Tendencja, by to pokrzywdzoną/pokrzywdzonego winić za dokonany na niej/nim gwałt zwyciężył nawet wtedy, gdy w 1997 roku, kodeks w nowej, demokratycznej Polsce tworzył prof. Andrzej Zoll i prof. Kazimierz Buchała.

Dopiero w wyniku zmiany kodeksu karnego w 2013 roku, i dopiero w związku z podpisaniem CETS 210, gwałt przestał być ścigany na wniosek.

To prawo ma wejść w życie 27 stycznia 2014. Zdejmuje z ofiary winę i zobowiązuje organy ścigania do robienia tego, co do nich należy, bez przerzucania odpowiedzialności na ofiary.

Tymczasem 5 listopada 2013 roku, a więc przed 27 stycznia 2014 roku, i po 18 grudnia 2013 roku, Minister Sprawiedliwości Marek Biernacki odznacza Medalem zasłużonych dla wymiaru sprawiedliwości członków Komisji Kodyfikacyjnej przy Ministrze Sprawiedliwości, za, jak powiedział Minister: „fundamentalne znaczenie dla utrzymania wysokiej jakości legislacji”. Członkowie Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego w przygotowanej nowelizacji przywracają zaś w kodeksie karnym, tryb wnioskowy ścigania przestępstwa zgwałcenia!!!

Wprowadzają też pełną kryminalizację aborcji, karząc za aborcję także kobiety!, i nawet wtedy, gdy w wyniku nieszczęśliwego wypadku poronią zaawansowaną ciążę.

Kryminalizują, i ideologizują język ustawy, i praktycznie wykluczają in vitro.

Pozbawiają prawa do samostanowienia i paraliżują kobietę w jej prawie do decydowaniu o sobie.

W tym samym czasie bez zmian pozostawiają niekaralność klientów wykorzystujących dzieci do prostytucji.

Te zmiany nie są zgodne z porządkiem prawnym Polski, ale odpowiadają interesom i woli hierarchów Kościoła Katolickiego. Hierarchowie podlegają państwu Watykan i z pasją i nienawiścią wartą lepszej sprawy zdecydowanie wypowiadają się przeciwko ratyfikacji tej Ustawy. Watykan to nie Polska. Watykan to państwo wobec Polski, obce. Hierarchowie podporządkowani obcemu państwu i obcemu porządkowi prawnemu działają w tym zakresie wbrew porządkowi prawnemu Polski. Projekt zmian tymczasem, jak zauważa prof. Lech Gardocki jest konsultowany właśnie z opus dei [sprawdziłam adres maila i domeny; profesor Gardocki się nie mylił]. Dzieje się to w państwie, które póki co, konstytucyjnie, teoretycznie, nie jest autorytarną teokracją.

Powstaje pytanie: czyje interesy reprezentuje polskie Ministerstwo Sprawiedliwości? Polski, czy obcego państwa?

Spytany, wice-minister sprawiedliwości Wojciech Węgrzyn, oświadczył, że zaprezentowany na stronach Ministerstwa Sprawiedliwości projekt zmian kodeksu karnego z 5 listopada 2013 to nic innego, jak tylko niewiążące poglądy  członków Komisji Kodyfikacyjnej. I to właśnie było powodem mojego stuporu.

Komisja Kodyfikacji Prawnej Prawa Karnego to nie banda koleżków Ministra Sprawiedliwości. To ciało, które powołuje Minister na mocy Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 16 grudnia 2013 roku [Dz.U./03.232.2319], co więcej płaci im z publicznych pieniędzy podatniczek i podatników za wykonywane przez nich prace (§14).

Ma się składać z 8 do 12 osób plus sekretarz przewodniczący i jego zastępca (§2). Przewodniczącego powołuje nie byle kto, tylko sam Premier na wniosek Ministra Sprawiedliwości (§3.1).

Do zadań Komisji należy przygotowanie zmian w prawie karnym! [tym jest właśnie przygotowana nowelizacja];

opracowanie aktów normatywnych!;

i opinii prawnych dla Ministra Sprawiedliwości.

Prywatne poglądy?!

Minister Węgrzyn sugerując, że członkowie Komisji opracowując projekt kodeksu karnego wyrażają zaledwie prywatne opinie zarzuca im, iż sprzeniewierzają się interesom państwa polskiego.

Zamiast pracować nad  implementacją CETS 210, robią coś kompletnie odwrotnego niż się od nich wymaga! Czyli sabotują? Lekceważą swoje zadania? Działają wbrew porządkowi prawnemu? Polska podpisała CETS 210. Uniemożliwia to powrót do trybu wnioskowego.

Czy Minister członkom Komisji Kodyfikacyjnej, że nie wiedzą, iż propozycja powrotu do wnioskowego trybu ścigania jest złamaniem konwencyjnego zobowiązania jakie Polska na siebie przyjęła i złamaniem obowiązującego prawa, które dopiero co zostało uchwalone? To kwestionowanie ich wiedzy i doświadczenia, a to rzecz podła.

Jeśli zaś członkowie Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego robią to, co się od nich oczekuje, to wówczas Minister Sprawiedliwości sprzeniewierza się zobowiązaniom podjętym przez niepodlegle i niezawisłe, także od Watykanu, państwo Polskie.

Jeśli zaś zarzuca im, iż nie są w stanie wykonać zlecenia Ministra Sprawiedliwości to jest to bezczelny zarzut  indolencji intelektualnej, naukowej i prawnej na który członkowie tej Komisji nie zasłużyli.

Skład komisji razi nierówną reprezentację. W sposób nieprzyzwoity dominują w nim mężczyźni (na 15 osób dwie wybitne prawniczki, ale nieżyjące, przedstawicielka KULu i sekretarka, zwana sekretarzem). Ewentualny argument, że brak jest wybitnych specjalistek wśród kobiet świadczyłby o indolencji intelektualnej decydującego, więc należy to sobie darować. Nie da się więc ukryć, iż jest to raczej dowód braku dobrych praktyk i umiejętności tworzenia zrównoważonych płciowo ciał przedstawicielkach. Ilustruje to dobrze fikcję wrażliwości i umiejętności Ministra do tworzenia ciał zdolnych neutralnego odzwierciedlania interesu całego społeczeństwa.

Są wśród członków Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego mężczyźni bardzo mi nieobojętni. Ok, przyznam to. Cenię, ogromnie lubię, i szanuję i prof. Stanisława Waltosia i sędziego Stanisława Zabłockiego. Mam dla nich podziw za całokształt, ale i dlatego, że po wysłuchaniu lat temu kilka sędzi Agnieszki Rękas, w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, pomknęli co tchu do Sejmu, by uratować w k.p.k mediację. Bez posłuchania doświadczeń Pani sędzi gotowi byli w Komisji Kodyfikacyjnej zarżnąć tę instytucję. Jestem pewna, że i teraz skonfrontowani z wrażliwością, doświadczeniem, i inną perspektywą – nie zaproponowaliby potworka, który wychynął z murów Ministerstwa Sprawiedliwości 5 listopada 2013 roku w postaci wielu proponowanych, koszmarnych zmian w kodeksie karnym.

Tymczasem, w nowym, prawie takim samym składzie osobowym Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego na lata 2013-2017 jest jeszcze mniej kobiet [jedna z KULu, i sekretarka, zwana sekretarzem], choć więcej niż ustawa przewiduje osób. To żenujące również dlatego, że najwyraźniej Minister Sprawiedliwości się tego nie wstydzi, a członkowie zdają się akceptować.

Prywatne poglądy? Takie stwierdzenie to zarzut wobec Ministra Sprawiedliwości, że pozwala sobie na prywatę. Jak to? Raptem zaprasza grono swoich bliższych i dalszych znajomych królika, udostępnia im przestrzeń i płaci z pieniędzy podatniczek i podatników, by nie rzadziej niż raz w miesięcy sobie pogadali i wymienili poglądy, a on im za to sypnie nieswoją lecz podatniczek kasą, a potem jeszcze odznaczy? Seminaria w Ministerstwie Sprawiedliwości dla głównie męskiego grona znajomych Pana Ministra, i krewnych królika na koszt podatników? Wymiana poglądów prawie jak na grillu? Ile nas. to nas kosztuje i jak się ma do nieopłaconych w Ministerstwie Sprawiedliwości staży? Czy tak można traktować członków Komisji Kodyfikacyjnej? Czy można udawać, że nie wiemy co robią, i że im pracy nie zlecamy, gdy są wśród nich i wiceminister sprawiedliwości i sędzia sądu najwyższego i prokurator krajowy? Naprawdę biorą kasę za pogaduchy nie na temat? Naprawdę nie robią tego, co Rozporządzenie Rady Ministrów od nich wymaga? Naprawdę są tak bylejakowaci, tak kiepscy, tak nijacy? Czy, aby wiceminister w tych oskarżeniach nie posuwa się za daleko? Przecież zarzuca im, innymi słowy, że są intelektualnie niezdolni do wywiązania się z obowiązku implementacji CETS 210! To dlaczego później Minister sprawozdaje się szefowi tej Komisji z efektów tego, co z tych prywatnych pomysłów grupy znajomych, którym z kasy państwowej płaci się za seminaria i spotkania, przeszło w Sejmie i obowiązuje wszystkich (§13). Brzmi koszmarnie, prawda?!

I jeśli nie robią tego, co im zlecił Minister, to powstaje pytanie, czy Minister panuje nad swoim resortem? Niezobowiązujące opinie? Skoro w składzie tej Komisji jest i wice-minister – człowiek Ministra to czy robi swoje, co Minister każe, czy działa wbrew woli Ministra?

Czy więc Minister nie panuje nad powierzonym mu resortem? Czy wiceminister wypełnia w Komisji polecenia Ministra? Ale wówczas Minister nie wypełnia poleceń Premiera…

Pan Minister z konferencji dał nogę. Nie odpowiedział na pytania i rodzące się wątpliwości.

Zapewnił jednak, że zaostrzenie przepisów o aborcji i powrót do trybu wnioskowego nie wchodzi w grę.

Prostytutki czy zdjęcia penisa? Oto jest pytanie.

Wednesday, July 31st, 2013

To pytanie zadają sobie teraz Nowojorczycy – a konkretnie, które z tytułowych „moralnych wykroczeń” bardziej kogoś dyskwalifikuje z bycia politykiem. Ale zacznijmy od początku.  W 2010 Anthony Weiner, miał – jakby się mogło wydawać – wszystko. Był kongresmenem, miał świetną żonę (z własną bardzo udaną karierą jako współpracowniczka Hilary Clinton). Ale czegoś mu najwyraźniej brakowało – jak się okazało tym czymś była widownia dla zdjęć jego penisa, które cykał telefonem i rozsyłał kobietom na Twitterze. Kiedy pierwsze zdjęcie wyciekło, Weiner wpierw zaprzeczał, a potem powiedział, że ktoś mu się włamał na konto. Nie minęło jednak wiele czasu nim wyszło na jaw, że najzwyczajniej w świecie kłamał i rozsyłał te zdjęcia zupełnie świadomie.

Oficjalny portret Anthony'ego Weinera

Oficjalny portret Anthony’ego Weinera

Gdyby te kobiety wyraziły zgodę na taką korespondencję, a Weiner nie byłby kongresmanem, to byłaby to sprawa, którą powinien roztrząsać tylko i wyłącznie ze swoją małżonką. Tak się złożyło jednak, że był bardzo publiczną personą (o nazwisku Weiner – w wolnym tłumaczeniu parówka, albo kolokwialne słowo na penisa). I to w kraju, który został ustanowiony przez purytan, którzy musieli uciekać z Europy, bo ich religijne wspólnoty nie mogły znieść stopnia ich religijności i, tak, zgadza się, purytaństwa (w tym seksualnego).

Coś co u Francuzów wywołałoby pewnie pobłażliwy uśmieszek, w Ameryce było zatem powodem dla którego pan Weiner musiał ustąpić z Kongresu i na jakiś czas zniknął z pola widzenia opinii publicznej. Kiedy jednak w zeszłym roku dał wywiad i sesję zdjęciową z żoną i maleńkim synkiem dla People Magazine szumnie ogłaszając „jestem zmienionym człowiekiem”, komentatorzy mówili, że zapewne szykuje się do powrotu. I wrócił – jako kandydat na burmistrza Nowego Jorku!

Szybko się okazało, że wróciły też jego tendencje do wysyłania zdjęć swoich narządów rozrodczych do kobiet ,których nigdy na oczy nie widział. Tym razem już bez bokserek… –  to wszystko po tym, jak ustąpił z Kongresu (w przemówieniu, które wówczas wygłosił, poza przeprosinami były też oczywiście deklaracje, że już nigdy więcej tak nie postąpi) i tym, jak oznajmił całemu światu, że jest zmienionym mężczyzną! Co więcej, tym razem rozsyłał zdjęcia w pakiecie z deklaracjami, że kupi domek na wsi dla siebie i adresatki na wypadek, gdyby mu się żona znudziła. Ta sama żona, która obydwie (już) konferencje prasowe w sprawie niesławnych zdjęć stała twardo u jego boku. Może mają układ, który na to pozwala (internetowo otwarte małżeństwo?) może ją po prostu oszukuje i okłamuje (prawdę mówiąc osobiście się bardziej ku tej wersji przychylam). Pominąwszy jednak szczegóły relacji między małżonkami Abedin-Weiner, jedno jest jasne. On musi być nieodpowiedzialny i głupi żeby myśleć, że może bezkarnie wysyłać zdjęcia swoich genitaliów obcym kobietom przez Internet. To było głupie za pierwszym razem i jeszcze głupsze kiedy znowu tego spróbował. Zdaje się, że to samo pomyślał szef kampanii wyborczej Weinera, który ustąpił w ten weekend ze swojego stanowiska. Ewidentnie co najmniej jedna dobrze poinformowana osoba już kompletnie przestała w niego wierzyć.

I żeby Nowojorczykom nie brakowało ciekawych kandydatów, jest jeszcze Eliot Spitzer, który startuje w wyborach na stanowego kontrolera (duża część posad samorządowych i legislacyjnych jest w USA wybieralna w wyborach bezpośrednich). Były prokurator stanowy Nowego Jorku, skądinąd bardzo zasłużony w walce z przestępczością na Wall Street. Problem w tym, że duże pieniądze, które uczciwie zarobił na ściganiu przestępców w (bardzo drogich) białych kołnierzykach wydawał na luksusowe usługi seksualne. I kolejny pan musiał ustąpić bo nie pomyślał, że ludzie na świeczniku naprawdę powinni 100 razy pomyśleć nim staną się regularnymi klientami ekskluzywnego domu uciech, a generalnie nim władują się genitaliami nie tam gdzie trzeba.

Kiedyś obaj panowie nie mieliby szans. W ogóle nie przyszłoby im do głowy znowu startować. Ale czasy się zmieniają i jeszcze w zeszłym tygodniu obaj przodowali w rankingach. Ewidentnie w dzisiejszych czasach powszechnej celebrytyzacji, w których dzielenie się tajemnicami alkowy jest przepustką do sławy, a seks dawno już przestał być tematem tabu (przynajmniej pozornie), takie skandale uchodzą za pieprzne historyjki sezonu ogórkowego, a nie niezmywalne plamy na życiorysie.

Oczywiście, żaden z nich nikogo nie zabił ani nie okradł. Jak ich małżonki się ustosunkowują do ich poczynań powinno być rozstrzygane w ich małżeństwie. Naprawdę przeraża mnie to, że ci faceci nie pomyśleli, że przecież na pewno ktoś ich w końcu przyłapie i wtedy wszystko na co pracowali będzie można spuścić w toalecie, w której powinni byli się zamknąć zamiast korzystać z usług prostytutek i wysyłać zdjęcia swojego penisa (tak więc w wypadku Weinera toaleta by musiała być w miejscu bez zasięgu…). Jeśli ktoś nie m na tyle pomyślunku to w mojej skromnej opinii powinien trzymać się z dala od poważnych rządów.

Czy (przyszła) dyrektorka CIA może czytać erotykę?!

Friday, June 14th, 2013

W Ameryce kolejny skandal. Nie, tym razem nie chodzi o państwo, które podsłuchuje i podgląda obywateli na każdym kroku i ma specjalny algorytm (z 51% skutecznością!) na odróżnienie obywateli od nieobywateli, żeby przypadkiem nie łamać prawa. To coś jeszcze poważniejszego.

2314224121_5ef03101e9

Flickr, fot. STML

Nowa wice-dyrektora CIA, Avril Haines, miała kiedyś księgarnię i… w tej księgarni, 20 lat temu, urządzała wieczorki, na których czytała na głos powieści erotyczne! Żonaci mężczyźni polityce mogą uprawiać seks oralny ze stażystkami w pracy i pozostawać wielce szanowanymi prezydentami i byłymi prezydentami. Kobieta, jak się okazuje, nie powinna za to wykazywać absolutnie żadnej – werbalnej czy nie – aktywności seksualnej. To już jest nowy poziom ponad wieczne ocenianie strojów polityczek i żon polityków. Tutaj wypomina się kobiecie zarządzającej jedną z najważniejszych organizacji wywiadowczych na świecie, że czytała 20 lat temu na głoś dzieła literackie, w których były opisane stosunki seksualne. Nie złamała żadnego prawa ani nawet przysięgi małżeńskiej, nie nadużyła władzy i nie postawiła nikogo w niezręcznej sytuacji. Wieczorki nazywały się „erotica nights” i za wstęp na nie się płaciło, więc kończyli tam tylko ci, którzy naprawdę chcieli. No i jeszcze raz – to było 20 lat temu!

Dwie rzeczy w tym „skandalu” są symptomatyczne – po pierwsze, wedle opinii publicznej kobiety nie powinny mieć NIC otwarcie wspólnego z seksem (dzieci z małżeństwa są jednym dopuszczalnym dowodem na to, że kobieta jest aktywna seksualnie), co oczywiście nie zdejmuje z nich wiecznego obowiązku wyglądania „ładnie” ale nie „zdzirowato” – czyli bycia „przyzwoicie ponętnym” obiektem seksualnym dla heteroseksualnych mężczyzn. Seks ma być ukoronowaniem uwodzenia przez mężczyznę, a nie czymś czego kobiety same wyszukują, okazują zainteresowanie i o czym czytają na głos! A po drugie społeczeństwo, szczególnie amerykańskie, ma niesamowicie niezdrowy stosunek do seksu – z jednej strony jest on wszędzie, jest jednym z najczęściej wyszukiwanych słów w Internecie, a z drugiej strony nie wypada o nim mówić, pisać, uczyć, a teraz, jak się okazuje – nawet czytać na głos. Jeśli to, że przyszła wicedyrektorka CIA czytała ksiązki, jest skandalem w związku z tym, że tam są OPISY stosunków to czas przysiąść i zastanowić się, jak to jest, że czytanie chętnej widowni o czymś co większość z nas robi, ogląda, i czym się sprzedaje wszystko od samochodów po wycieraczki jest raptem powodem do skandalu. Bo naprawdę nie powinno być i mam nadzieję, że tyle jest jasne…

Jak NIE przepraszać

Friday, May 17th, 2013

Jeśli nie mieszkacie Państwo pod w głuszy (albo nie korzystaliście Państwo z internetu, nie czytaliście gazet i nie słuchaliście radia i tv przez ostatnie dwa dni) to na pewno wiecie dwie rzeczy.

409px-JKRUK_20100418_BOLESŁAW_PIECHA_IMG_7279

1. Angelinie Jolie miała 87% ryzyko raka piersi, w związku z czym sobie owe piersi usunęła.

2. Bolesław Piecha powiedział w TOK FM, że to był celebrycki wybryk. A konkretnie:

Jeżeli chodzi o piersi i przypadek Angeliny Jolie, to mamy do czynienia z pewnym dziwnym miksem: pewnie pani Jolie nie wygląda mniej sexy, ponieważ wszczepiła sobie implanty – kontynuował Piecha. – I tak by to zrobiła, bo o tym wiemy, a przy okazji usunęła gruczoł piersiowy. To bardzo zły kierunek, bo my walczymy o profilaktykę i mammografię. To po co profilaktyka i mammografia? Ciurkiem na szybko badać antygen rakowy, obcinać – za przeproszeniem – piersi, wstawiać implanty i sprawa załatwiona – ironizował były przewodniczący sejmowej komisji zdrowia.

– A co, jakby się dowiedziała, że ten antygen może wskazywać na duże ryzyko jajnika? Wytnie sobie jajniki? A gdybyśmy myśleli o raku szyjki macicy, to co? Nie lepiej urodzić jedno dziecko i wyciąć sobie macicę? Nie dajmy się zwariować – podsumował polityk PiS.

I potem, nie dziw, ludzie się wkurzyli. Pominąwszy skrajną głupotę paplaniny pana posła, nie sposób uciec od myśli, że jego przekonanie, iż może tak ferować opinie o decyzji p. Jolie wypływa z przekonania, że kobiety nie bardzo powinny mieć prawo decydować, co się dzieje z ich ciałem (które swoją drogą ma dwa cele “być seksi” i rodzić dzieci…). No, ale mniejsza z tym. Po wybuchu gniewu ludzi wszelkiej płci i politycznych afiliacji, Piecha postanowił zrobić coś, w czym politycy przodują. Powiedzieć coś, co PRZYPOMINA przeprosiny, ale nimi nie jest.

Pragnę oświadczyć, że swoją wczorajszą wypowiedź w radiu TOK FM uważam za dalece niefortunną. Pospiesznie wypowiedziane sądy, choć zbudowane na mojej lekarskiej wiedzy, były ubrane w niewłaściwe słowa. Przepraszam wszystkich, których forma mojej wypowiedzi uraziła i dotknęła.

Kluczowymi słowami tutaj są “niefortunne” i zwrot “Przepraszam wszystkich, których forma mojej wypowiedzi uraziła i dotknęła”, który w tłumaczeniu znaczy – jak jesteś przewrażliwony/przewrażliwiona i w dodatku nie masz moich jedynie słusznych poglądów, to cię, powiedzmy, przepraszam. Czego pan poseł nie powiedział? Ano tego, że powiedział coś głupiego, aroganckiego, niegrzecznego, chamskiego i przeprasza za to. Bo on nie przeprasza za to co powiedział, ale tylko przeprasza tych “których uraził”. Czyli tu nie chodzi o treść, ale nasz jej odbiór. Problem jest więc nie z głupim gadaniem, ale z tym, że może kogoś urazić… Tak dla przemyślenia o polityce.

Jak z Płatka: Mur

Wednesday, March 6th, 2013

Wyrwij murom zęby krat

Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą, i pogrzebią stary świat” 

[Jacek Kaczmarski]

Przez cały stan wojenny miałam na biurku zdjęcie Lecha Wałęsy zrobione w Jego miejscu internowania z palcami obu dłoni w charakterystycznym znaku Victorii. Zdjęcie było nieostre, sylwetka Wałęsy zmieniona, ale uśmiech i ten charakterystyczny, nie do podrobienia, pogodny błysk w oczach był ten sam i muszę przyznać, że dodawał otuchy.

Wall_1

Lech Wałęsa przeskoczył płot, stał się symbolem, dostał pokojową nagrodę Nobla, został nawet Prezydentem. Na świecie, oprócz Lecha Wałęsy znano jeszcze z Polski Chopina, Marię Curie-Skłodowską, Karola Wojtyłę i kilku świetnych piłkarzy. Był wizytówką postępu i zmian na lepsze, możliwych, jak się okazało, także bez rozlewu krwi.

Płynna logika Lecha Wałęsy z powiedzonkami, że nie chcę ale muszę, czy jestem za, a nawet przeciw doskonale mieściła się w kierunku filozofii myślenia równoległego. Znana również jako płynna logika (water logic) ciekawie opisywana w książkach Edwarda De Bono sprawiała, że nietrudno było tolerować nawet Jego kontrowersyjne posunięcia czy wypowiedzi. Lech Wałęsa walczył o władzę. Walczył o władzę dla siebie, ale nie wątpię, że gorąco wierzył, że chodzi mu o Polskę i wszystkich w niej żyjących.

Dzięki sławie Lecha Wałęsy wielu z nas przyjmowano w wielu miejscach z otwartymi ramionami, bo jak On, byliśmy z Polski. Fotografia z Lechem Wałęsą dla wielu była przepustką do Sejmu, Senatu, do rządu i na salony.

I jakże miło było czuć dumę i skromne zadowolenie z poczucia pobratymstwa i siostrzeństwa z Lechem, który przecież w pewnym momencie ryzykując wiele sprzeciwił się odważnie poniżaniu, wykluczaniu i nierównościom. Z Matką Boską w klapie stać go było na powiedzenie „nie” dyskryminacji i szarganiu ludzi. To oznaczało również sprzeciw wobec wykluczaniu tylko za to, że ktoś nie mieści się wąskich i wąskotorowych kanonach opresyjnej poprawności przyzwalającej na homofobię, mizoginizm, antysemityzm i ksenofobię.

Z Matką Boską w klapie przypominał – nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe i kochaj bliźniego swego jak siebie samego.

Żył Lech Wałęsa w kraju, w którym ksenofobia, homofobia, mizoginizm i antysemityzm miały się w najlepsze do tego stopnia, że cokolwiek, co tykało tematu było skutecznie ściskane za gardło, dławione, duszone, zarzynane. W zadziwiająco składnym kontredansie rządów komunistycznych i ideologii kościoła było „naturalne” , by ludzi ze względu na ich orientację seksualną, inną niż heteroseksualna uważać za gorszych, chorych, niegodnych. By udawać, że nie istnieją i na wszelki wypadek pozbawiać praw i opresyjnie odrzucać.

Lech Wałęsa przeskoczył płot i stał się żywym symbolem Solidarności, przez duże „S”.  Był przewodniczącym Solidarności, ale jej członkami byliśmy my. 10 milionów  codziennych obywatelek i obywateli.

(more…)

“Afiszowanie się” – krótki przewodnik

Wednesday, March 6th, 2013

Nasz ostatni żyjący Noblista palnął w zeszłym tygodniu taką głupotę, że naprawdę żal mi się go strasznie zrobiło – a potem było mi okrutnie wstyd. Za nas, za niego i za to, że niestety wiele osób pewnie się z nim zgadza (ostatnio na zajęciach w warszawskim liceum usłyszałam stwierdzenie, wypowiedziane tonem jakim się obwieszcza oczywistości – “to jest Polska, pedałów bijemy”). Zamiast dekonstruować wypowiedź Pana Wałęsy i wytykać mu homofobię, bigoterię i antydemokratyczne poglądy, chciałabym zapytać o jedną konkretną część jego (późniejszej już) wypowiedzi:

Defense.gov_photo_essay_110524-D-XH843-001

Powiedziałem tylko, że mniejszości, którym oddaję wszelkie honory, nie powinny się afiszować, nie powinny narzucać większości swoich poglądów. Mówiłem tylko to, bo mam dość tego afiszowania się, dość mówienia tylko o tym, zamiast o innych sprawach

Czym jest afiszowanie się? Rozumiem, że jeżeli jest się homoseksualistą_ką afiszowaniem się jest wszystko, od nieukrywania orientacji seksualnej, przez chodzenie za rękę z partnerem/partnerką, chodzenie na Parady Równości i broń Cię siło wyższa, żądanie równych praw obywatelskich. Ale co kurczę musi zrobić osoba heteroseksualna żeby się afiszować?

  • Chodzenie za rękę – chyba nie, to przecież tylko niegroźne okazywanie “normalnych uczuć”
  • Mówienie o swojej orientacji seksualnej – ale przecież heteroseksualność to nie jest orientacja seksualna tylko norma!
  • Obejmowanie się na ulicy – to też tylko okazywanie zdrowych uczuć
  • Ślub – najlepiej kościelny i super – cała do przodu i dzieci płodzić
  • Mówienie o partnerze/partnerce w miejscu pracy – pewnie, czemu nie. Przecie nie możemy ciągle przy kawie gadać o wynikach z poprzedniego kwartału
  • Wspólne rozliczanie się z podatków – takie prawo, jeśli mamy papier na legalność naszego związku
  • Całowanie się publicznie – byle nie za długo i nie za bardzo
  • Adopcja dzieci – przecież instytucjonalizacja im tylko szkodzi
  • Seks w miejscu publicznym – okej, no to może to jest afiszowanie się i zdaję się, że nawet jest na to paragraf…

Heteroseksualistów i heteroseksualistek jest po prostu więcej niż nieheteroseksualistów i nieheteroseksualistek. 90% vs. 10% i co z tego?! Ludzi z grupą krwi Rh- jest tylko 15%, a Polaków, którzy mają ósemkę dzieci, panie Prezydencie, na pewno mniej niż nawet te 10%. I nikt ich za mur nie chce sadzać ani im praw obywatelskich zabierać. To co p. Wałęsa i podobni nazywają “afiszowaniem się” w wypadku osób nieheteroseksualnych nazywa się normalnymi, niezauważalnym wręcz, zupełnie mieszczącymi się w normie zachowaniami…

Nauka, naczelne i aniołki Leakey’ego – wywiad

Thursday, February 28th, 2013

O tym, jak Jane Goodall, Dian Fossey i Birute Galdikas, trzy badaczki obserwujące życie naczelnych zmieniły definicję człowieka, opowiada dr Maria Pawłowska, biolożka i wykładowczyni gender studies, w rozmowie z Marcinem Wrzosem. Wywiad się orginalnie ukazał w Zielonych Wiadomościach

Photo by Riley and Amos @ Flickr

Photo by Riley and Amos @ Flickr

Marcin Wrzos: Badania nad naczelnymi, jakie podjęły na początku lat 60. Jane Goodall, Dian Fossey i Birute Galdikas zmieniły definicję człowieka. Ich inicjatorem był Louis Leakey. Co leżało u podstaw decyzji o podjęciu tych badań?

Maria Pawłowska: Louis Leakey był antropologiem, zajmował się ewolucją człowieka. Postawił tezę, że nie można całej naszej wiedzy budować tylko w oparciu o wykopaliska. Badania nad naczelnymi, naszymi najbliższymi krewnymi miały w jego odczuciu dawać szansę na lepsze zrozumienie ewolucji naszego gatunku. Jednakże, jak już teraz wiemy, nasze linie ewolucyjne rozdzieliły się z najbliżej z nami spokrewnionymi szympansami już 7 mln lat temu. Co więcej, ewoluowaliśmy w zupełnie innym środowisku. W trakcie badań naczelnych odkryto wiele różnic między ich strukturę społeczną a naszą, jak i zaskakujące sposoby na rozwiązywanie konfliktów w grupie. Badanie te udowodniły, że założenia Leakeya były w dużej części błędne i nie możemy się wiele dowiedzieć o ewolucji człowieka, obserwując naczelne. Możemy się za to wiele dowiedzieć o nich samych.

MW: Co było wyjątkowe w tych badaniach?

MP: Wyjątkowe było to, że zostały one zrobione. Mówimy o latach 60., nikt wtedy nie prowadził badań w puszczy przez tak długi czas. Badaczki notowały każdy ruch badanych osobników, nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, że może być to ciekawe.

MW: Dobór osób dokonany przez Leakeya był dość niezwykły. Nie były to osoby z doświadczeniem naukowym. To nie były osoby, które wcześniej zajmowały się tą tematyką…

MP: Birute Galdikas, która po dziś dzień zajmuje się orangutanami, robiła doktorat z antropologii. Ona jako jedyna miała ściśle naukowe wykształcenie i wiedziała, co dokładnie chce robić. Jane Goodall była po kursie sekretarskim, Dian Fossey była terapeutką. Zadecydował przypadek. Jane Goodall chciała się wyrwać z Anglii, wyjechała na wycieczkę do Kenii i poznała Louisa Leakeya, który prowadził tam wykopaliska. Potrzebował kogoś na tyle niedoświadczonego i naiwnego, by podjął się niemal samobójczej misji polegającej na siedzeniu samotnie miesiącami w dżungli, chodząc krok w krok za unikającymi ludzkiego towarzystwa szympansami. Miał ponadto taki pomysł, że powinna być to kobieta, bo kobiety są bardziej empatyczne. Było to myślenie wynikające ze stereotypów. W momencie, kiedy proponował Jane Goodall prowadzenie badań, Leakey nie był jeszcze przekonany o jej niezwykłej inteligencji. Decydujące tak naprawdę było to, że miała czas i chciała się ich podjąć.

MW: Jak badania zostały przyjęte w środowisku naukowym? Pojawiały się zarzuty antropomorfizacji…

MP: Zarzuty wobec Jane Goodall wynikały z tego, że była spoza systemu. Ostatecznie był to jednak jej wielki atut. Nie mając wykształcenia biologicznego, nie wiedziała, że wedle naukowców zwierzęta „nie mają” osobowości i są tylko automatami zajmującymi się reprodukcją i zdobywaniem pożywienia. Zaczynała badania ze świeżym umysłem i dzięki temu zrobiła to, co zrobiła. Już po pół roku dokonała rewolucyjnego odkrycia, że nie jesteśmy, jak wówczas sądzono, jedynym gatunkiem używającym narzędzi, co doprowadziło do zmiany definicji człowieka. Wtedy zainteresowano się szerzej jej pracą i gdy okazało się, że Jane Goodall jest tylko po kursie sekretarskim, eksternistycznie zapisano ją na doktorat w Cambridge.

Metodologii jej badań nie można nic zarzucić. Owszem, nadawała ona zwierzętom „ludzkie” motywacje, w tym sensie, że inne niż „rozmnażać się, jeść, defekować”. Wtedy jeszcze nie wierzono, że zwierzę może np. coś zrobić, bo lubi się bawić. Jane Goodall nie tyle uczłowieczyła szympansy, co dostrzegła, że zachowania uważane za właściwe wyłącznie ludziom okazują też zwierzęta. Zapoczątkowała w ten sposób całą serię podobnych badań na innych gatunkach.

W świecie naukowym z oporami przyjmowano jej badania, zarzucano jej kierowanie się „kobiecymi emocjami”. Inny był powszechny odbiór. Tematem szybko zainteresował się magazyn „National Geographic”, który do dziś finansuje tego typu badania. Naczelne są bardzo medialne, ludzie chcą je oglądać.

MW: Na ile badania wywołały rewolucję w postrzeganiu miejsca człowieka w naturze?

MP: To jest trochę optymistyczne myślenie. W momencie, kiedy dostrzeżono, że szympansy używają narzędzi, zmieniono tylko definicję, a nie to, jak postrzegamy nasze miejsce w przyrodzie. Narzędzia zastąpiono po prostu innym wyróżnikiem, stał się nim język. Dopóki nie zaczęto donosić, że inne gatunki prawdopodobnie też go używają… W efekcie cały czas szukamy tego, co nas odróżnia od zwierząt. Ludzie gatunkowo cierpią na chorobliwe poczucie wyższości, które ma silne podłoże w religii, szczególnie judeochrześcijańskiej, wedle której człowiek jest panem, a nie częścią wszelkiego stworzenia.

Nadal wiele spraw jest nierozstrzygniętych. Po dziś dzień nie mamy definitywnej odpowiedzi na pytanie, czy inne naczelne są samoświadome. Zresztą poza naczelnymi są jeszcze inne gatunki, których zachowania stawiają naszą wyjątkowość pod znakiem zapytania. Im więcej wiemy o delfinach, tym bardziej wydają się one nam „ludzkie”. Delfiny mają różne kultury, pomagają słabszym osobnikom w grupie, uprawiają seks dla przyjemności, a nawet, jako jedyne znane nam zwierzęta poza człowiekiem, dopuszczają się przemocy seksualnej na innych gatunkach. Według mnie jednak mniej ważne od tego, co nas od zwierząt różni bądź nie, jest to, jak je traktujemy. Pora przestać zachowywać się jak właściciele całej planety i przyjąć do wiadomości, że jesteśmy jako gatunek tylko jednym z jej mieszkańców.

(more…)

Jak z Płatka: Art. 18 Konstytucji RP

Tuesday, January 29th, 2013

Dedykuję ten tekst, dziękując za inspirację, mojej przyjaciółce Tatianie i Panu z faceboka. Moją przyjaciółką kierowała wiara we mnie, Panem niechęć do mnie. Tania przeczytała art. 18 Konstytucji, Pan nie doczytał. Mam nadzieję, że tekst spodoba się nie tylko im.

Dawno, choć znów nie tak dawno temu uczył Lech Falandysz posłanki i posłów Konstytucję RP, czytać ze zrozumieniem. Szło opornie, ale w końcu wyszło. Minęło parę lat, nauka poszła w las, a posłanki i posłowie na skróty. I jest tak, jakby przecinek rozrósł się w mentalny rów nie do przeskoczenia. Przechodzą przez pierwsze sześć słów, a potem nagle zaczopowani, ani kroku dalej, jakby tam nie było nic więcej. A jest i uwzględnia związki partnerskie i rodzicielstwo, które może, ale nie musi mieć związek ze związkiem małżeńskim.

W Sejmie i przestrzeni publicznej buczy i rzęzi jak zużyta płyta. Jest wyszeptane, wykrzyczane, z zachrypniętego gardła wyplute i wciąż na skróty, o tym, że: „art. 18 mówi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny i tylko on jest pod ochroną i opieką RP. I tylko taki jest możliwy, bo inne są jałowe, bezużyteczne bo nienastawione na prokreację”.

Te Panie nie są niekonstytucyjne... Photo by UrbanLightStudios' photostream @flicke

Te Panie nie są niekonstytucyjne…
Photo by UrbanLightStudios’ photostream @flickr

Z trudem tego słucham, ale czekam, czekam, już nawet mową ciała podpowiadam, że no dalej – przeczytajcie ten artykuł Konstytucji do końca…a tu nic, mur, pas graniczny, rów mentalny nie do przebycia. Tak jakby art. 18 Konstytucji RP rzeczywiście ograniczał się do jednej z definicji małżeństwa, a przecież tak nie jest! Co więcej,  to się udziela i ludzie, a niektórzy nawet na facebooku, jak grypą, zaczynają zarażać się zaciukaniem na tekście art. 18 Konstytucji RP do przecinka i ani litery dalej.

Na szczęście tę epidemię jest prosto powstrzymać. Wystarczy zacytować całość art. 18 Konstytucji RP. Spróbujmy.

Art. 18 Konstytucji RP:

Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczpospolitej Polskiej.

Proszę zwrócić uwagę – jest w tym artykule mowa oddzielnie o małżeństwie, oddzielnie o rodzinie, i oddzielnie o macierzyństwie i rodzicielstwie. A więc nie ma tu ograniczenia do małżeństwa, a rodzenie dzieci ujęte jest w oddzielnej kategorii macierzyństwa, w oderwaniu od małżeństwa za to razem z rodzicielstwem. Nie jest więc tak, że dziecko przypisane jest do matki – są rodzice; co więcej ich płeć wcale nie jest ustalona,  za to w tym rodzicielstwie, rodzice są oboje. Nie jest więc tak, że rodzic zajmuje się polityką zrzucając wychowanie dzieci na matkę. Konstytucja rozumie, że do wychowania dziecka potrzeba co najmniej dwoje rodziców, bez względu na płeć i bez względu na orientację seksualną. O dzieciach nie było nic w odrzuconych projektach Ustaw o związkach partnerskich, ale jest w Konstytucji, i w dodatku w tym samym art. 18!

Po kolei więc. Konstytucja stanowi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, znajduje się pod ochroną i opieką Konstytucji RP. Nie wynika z tego, że nie jest możliwe małżeństwo jako związek kobiety z kobietą, czy małżeństwo jako związek mężczyzny z mężczyzną. Tyle, że wówczas to, co nazywa się małżeństwem w przypadku par jednopłciowych nie byłoby pod opieką i ochroną RP. To oznaczałoby konstytucyjne uznanie dla praktyk dyskryminujących. I rzeczywiście w Argentynie, Belgii, Islandii, w Kanadzie, Holandii, Danii, Norwegii, Szwecji, Portugalii, Hiszpanii tak właśnie uznano i wprowadzono małżeństwa także dla par jednopłciowych. Nasz ustrojodawca tymczasem tak napisał Konstytucję, aby małżeństwa par jednopłciowych wykluczyć. Małżeństwa, ale nie cywilnoprawne związki partnerskie, bo takie rozwiązanie byłoby dyskryminujące.

(more…)

Jak z Płatka: Zażenowanie

Monday, November 26th, 2012

Kiedy czytam, że rząd Polski rozważa odwołanie od wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie nastolatki, której szpital w Lublinie odmówił legalnej aborcji – odczuwam wstyd i zażenowanie [P. i S. przeciwko Polsce (nr skargi 57375/08)].

Materiały MSZ

Wiceminister spraw zagranicznych Maciej Szpunar, na serio, bez skrępowania i bez zawstydzonych wypieków na twarzy wygłasza w Sejmie teksty, że “Ciąża była wynikiem czynu zabronionego, choć nie gwałtu” (sic!).

Lekceważenie dla autonomii seksualnej poszkodowanej – poraża. Jak wymagać wrażliwości od przeciętnego obywatela, gdy Minister demonstracyjnie ją lekceważy?  Poszkodowana wyraźnie mówiła, że to było gwałt, ale Pan wiceminister wie lepiej!

Pan wiceminister, z racji pozycji i zabierania głosu w sprawie,  nie może nie wiedzieć , że zgodnie z polskim prawem dopuszcza się zgwałcenia ten, kto przemocą fizyczną, psychiczną lub podstępem doprowadza do stosunku seksualnego. Bez względu więc na to, czy czyn ten zostanie nazwany w kodeksie karnym: po prostu zgwałceniem [art.197], czy seksualnym wykorzystaniem niepoczytalności lub bezradności [art. 198], seksualnym wykorzystaniem zależności [art.199], czy też seksualnym wykorzystaniem małoletniego, poniżej 15 roku życia [art.200] – to w każdym z tych przypadków, mamy do czynienia ze zgwałceniem. Z faktu, że ktoś nie miał możliwości wyrażenia zgody na seks nie można wnosić, że nie było sprzeciwu. Nie można tam, gdzie brak jest warunków na bezpieczne, nieprzymuszone, świadome, asertywne wyrażenie zgody na współżycie seksualne – wnosić, że zgoda miała miejsce.

Czy naprawdę trzeba tłumaczyć Ministrowi, że do uznania zgwałcenia  nie potrzeba rozdartych, krwawiących ran, śladów brutalnego pobicia, rozerwanego odbytu i siniaków na całym, najlepiej zdefigurowanym ciele? Zawsze, gdy do współżycia dochodzi wbrew woli osoby mamy do czynienia z gwałtem. Nie można się więc tłumaczyć tym, że nie ma gwałtu bo ktoś był śpiący, pijany, nieprzytomny, lub zgodnie z prawem za młody na wyrażenie przyzwolenia. W każdym z tych przypadków mamy do czynienia ze zgwałceniem przy wykorzystaniu co najmniej podstępu.  Bo  jeśli był śpiący, nieprzytomny, pijany lub nie miał skończonych 15 lat – to nie miał woli. Skoro nie miał woli to nie można zakładać, że chciał.

Nie można zakładać, że ponieważ nie może zgodnie z prawem wyrazić zgody na współżycie to można jej użyć do zaspokojenia – obojętnie, czy chuci, czy poczucia władzy używając do tego seksu. Przedstawiciel rządu, władzy, który reprezentuje Polskę także na zewnątrz ma obowiązek to wiedzieć.

To nie jest takie trudne. Można to przeczytać i można zrozumieć. Zgodnie z prawem zakazane jest współżycie z osobą poniżej lat 15. Zakładamy, że w tym wieku brak jest jeszcze dostatecznie rozwiniętej samoświadomości, by podejmować niezależną, autonomiczną, wolną od wszelkiego przymusu decyzję o współżyciu seksualnym. W związku z tym, każdy, kto współżyje z osobą poniżej 15 roku życia dopuszcza się ustawowego zgwałcenia. Fakt, że  sprawcą zgwałcenia jest osoba, której z powodu młodego wieku nie można przedstawić zarzutu z kodeksu karnego nie umniejsza traumy i nie eliminuje faktu zgwałcenia.

Nie można więc tłumaczyć, że skoro sprawę umorzono, to nie było zgwałcenia. Sprawę umorzono bo sprawca też miał mniej niż 15 lat, my zajęci byliśmy organizowaniem nagonki na ofiarę zgwałcenia i jej matkę i kto wie, może policjant i prokurator rozumowali w równie perwersyjny sposób, co wiceminister.

Poszkodowana nie musiałaby mówić, że doszło do zgwałcenia, wystarczyło, że nie miała 15 lat. Ona jednak wyraźnie mówiła, że tego nie chciała. Przepisy karne nie przyznając osobie poniżej 15 roku życia prawa do wyrażania zgody na seks, nie pozbawiają jej tym samym prawa do odmowy. Możemy zakładać, że osoba poniżej 15 roku życia jest za młoda, aby decydować o podjęciu współżycia. Nie oznacza to jednak, że nie ma prawa odmowy na zbliżenie. Nie trzeba mieć 15 lat, by wyczuwać, wiedzieć i nie chcieć tego  co nazywamy: złym dotykiem, napaścią seksualną, molestowaniem i gwałtem. Szukanie na zgwałcenie innego terminu, tylko dlatego, że dotyczy ono osoby poniżej, która nie ukończyła 15 lat jest niedopuszczalne.

Tam, gdzie nie ma woli, tam jest zgwałcenie! Jakim więc prawem i na jakiej podstawie Pan Minister kwestionuje to, co oświadcza sama zainteresowana?! Złamaliśmy w tej sprawie stanowczo za dużo praw demonstrując lekceważenie własnego prawa i kobiet (córki i matki) w sytuacji opresji. Zanim Minister Gowin oświadczył to ex catedra, w sprawie P. i S. co krok świadczyliśmy lekceważenie dla prawa. Postawa Pana wiceministra obnaża naszą niechęć  do uczenia się.  Zamiast wzmocnienia procedur chroniących ofiary, buńczuczne zaprzeczanie faktom. Zamiast przeciwdziałania gwałtom przez wyraźny sygnał: po pierwsze nie gwałć, nonszalancko umniejszmy problem.

Odwołanie, poza wstydem, niewiele przyniesie. Rzadko Europejski Trybunał Praw Człowieka z taką stanowczością stwierdza naruszenia aż tylu artykułów Konwencji. Rzadko przyznaje tak wysokie zadośćuczynienie. Stosowniej więc by było, zamiast tracić nasze pieniądze na żenujący dla Polski spektakl próby obrony szykan i niegodnego łamania praw, przeznaczyć je na edukację promującą poszanowanie autonomii seksualnej. Na zrozumienie, że tam, gdzie brak nieprzymuszonej, asertywnej, świadomej, wolnej od nacisków i strachu zgody na seks – tam ma miejsce  zgwałcenie.

Tam więc, gdzie prawo zakłada, że osoba, z racji wieku, nie może świadomie zgodzić się na seks, doprowadzenie do niego jest zgwałceniem.

My to rozumiemy, czas już i na wiceministra. Bo? Bo gdzieś w Polsce, w poprawczaku, nadal trzymamy chłopców za „żart” pozorowanego stosunku z koleżanką, która z tego powodu odebrała sobie życie. Pewnie nie rozumieją za co ich trzymają, skoro wiceminister, ich idol, sam mówi im, że to nic wielkiego.

Inni też dostają przekaz, że gwałt, to wcale nie gwałt, nie ma się więc co przejmować, tym bardziej, że gość z rządu powtarza, że ta skarga to skandal i to one powinny się wstydzić…

I nic mnie nie obchodzi, że Pan wiceminister  robi tylko to, co mu szef zleca. I od niego, i od szefa mamy prawo wymagać, by przyznali, że przegrywając dostaliśmy szansę. Możemy przeciwdziałać i zgwałceniom, i naruszeniom prawa zgwałconych. Nie godzę się na to, by szansę tę zatracić butą i polityką promowania gwałtów. Bo kto twierdzi, że w opisywanej sytuacji nie doszło do zgwałcenia, wprowadzając w błąd i tworząc mylne o gwałcie wyobrażenia, ten w rzeczy samej promuje gwałt.

Poseł Górski – ekspert od zgwałcenia

Tuesday, November 13th, 2012

UWAGA OD AUTORKI: Mylnie podałam, że pan Górski jest członkiem klubu PiS. Nie sprawdziłam źródła informacji za co bardzo czytelniczki i czytelników przepraszam. 

(more…)