bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Archive for the ‘O nas’ Category

Rodzina…Po raz pierwszy

Wednesday, January 6th, 2016

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia kanadyjskiej flagi  wybito limitowaną niezwykłą, bo prostokątną i z czystego srebra monetę. Ma wartość nominalną 50 dolarów kanadyjskich. Flagę kanadyjską po jednej stronie, profil Królowej Elżbiety II, po drugiej. Jedną sztukę Gospodarze losowali wśród zaproszonych gości. Nie sądziłam, że padnie na mnie. Padło.

IMG_7105

To piękny numizmatyczny skarb. Rodzinny talizman. Znak, że może się trafić niespodziewane szczęście.

Miała zostać w rodzinie…i dlatego właśnie oddaję ją na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka.

Może się przydać. Może się przydać także dzieciom tych wszystkich żołnierzy, co – jak ktoś mi powiedział, choć nie wiem, czy prawdziwie, podobno jednak zostaną w koszarach i w tym roku nie będą w dzień finału serwować grochówki.

Może się przydać także bliskim redaktora Piotra Lisiewicza, co aż się zmachał od lania pomyj na Owsiaka i innym dziennikarzom, co idą w nim w opluwaniu Owsiaka w konkury.

Może się przydać najbliższym Pana Maciarewicza, co miesza sensy i znaczenia. 

Może się wreszcie przydać i na starość posłance co wrzeszczy, że na cudze dzieci dawać nie będzie.

Chciał nie chciał, są tu, mówią tym samym polskim językiem. I nie wiem, czy wiedzą co czynią, ale ja wiem, że nie musimy się godzić na rozplenienie  nieufności, pogardy, nielitości i niemiłości.

W Końcu Jurek Owsiak i Jego – Nasza Orkiestra Wielkiej Świątecznej Pomocy gra do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. I co rok udowadnia, że może być inaczej – miło, wspólnie, przyjaźnie;  rodzinnie właśnie.

Autopromocja: “Kim jest Ślimak Sam”

Monday, June 1st, 2015

Z okazji dnia dziecka pomysłałam, że najwyższy czasoficjalnie pochwalić się, że w zeszłym miesiącu ukazała się nakładem wydawnictwa Krytyka Polityczna książka dla dzieci “Kim jest Ślimak Sam“, którą popełniłam we współautorstwie z Jakubem Szamałkiem. Książeczka opowiada o przygodach Ślimaka Sama, które ma przy pisaniu reportażu o burzy i o tym, że nie ma jednego “naturalnego” sposobu na bycie sobą bądź rodziną.

okladka_slimak 2

Więcej o tym jak powstawałą książka i co nam przyświecało może przeczytać w wywiadzie, który z okazji premiery przeprowadziła z nami Anna Dryjańska.

A poniżej jeszcze trochę o książeczce – mam nadzieję, że na narobienie apetytu.

Jak się okazuje pierwszego dnia szkoły, ślimak Sam jest trochę inny niż reszta klasy. Nie może się zdecydować, czy jest chłopcem czy dziewczynką. Ze wstydu chowa się do skorupki, ale przecież nie może tak przeczekać wszystkich tych lat w szkole… Kiedy w końcu wychyla różki z ukrycia, w klasie czeka na niego kapibara Magda, szkolna pedagożka, która wysyła go ze specjalnym zadaniem do lasu. Ślimak spotka tam inne niezwykłe zwierzęta i dowie się, że nie ma jednego “prawidłowego” sposobu życia i tworzenia rodziny.

Przełom. Jak z płatka

Wednesday, March 18th, 2015

Nie ma dobrej racji, by traktować w Polsce ludzi nieheteroseksualnych jak obywateli drugiej, gorszej kategorii. Nie ma dobrej racji, by wywyższać jednych a poniżać i ograbiać z praw do więzi, partnerstwa i uznanego związku z powodu takiej, czy innej orientacji seksualnej. Tym bardziej wiedziałam, miałam to głębokie poczucie, że uczestniczę w stawaniu  się przełomu.

Byłam 17 marca 2015 na TEJ sali sądowej. Mój przyjaciel i kolega wydziałowy Jakub Urbanik zaskarżył odmowę kierownika warszawskiego urzędu stanu cywilnego wydania mu zaświadczenia o braku przeszkód prawnych do zawarcia małżeństwa za granicą z jego wieloletnim partnerem, który ma hiszpańskie obywatelstwo. W Hiszpanii małżeństwa jednopłciowe są dozwolone i respektowane tak samo jak różnopłciowe. Jesteśmy w Unii, która prawo do małżeństwa traktuje jako jedno z podstawowych praw człowieka. Wiąże z nim różne skutki, także to, że ludzie traktowani są jak bliscy, a nie sobie obcy. USC tymczasem odmawiając zgody na zawarcie związku polskiego i hiszpańskiego obywatela ślubu w Hiszpanii powołał się na to, że zezwolenie na zawarcie małżeństwa jednopłciowego za granicą byłoby naruszeniem konstytucyjnej zasady, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny.  Dlaczego w innym kraju, który uznaje małżeństwa jednopłciowe nie może go zawrzeć Polak/Polka z obywatelem/obywatelką tego kraju? Dlaczego Polska rości sobie prawo do czynienia z Polaków/Polek zakładników/zakładniczek swych fobii, niechęci i kompleksów?

Na sali sądowej było oczywiste, że dzieje się historia, zmienia rzeczywistość. Sędzia miała szansę. Nie skorzystała. Jej strata. Uznała, że skoro rozporządzenie nie pozwala, to mniejsza o ustawę, Konstytucję i Prawo unijne. Tymczasem adwokat, Jakub Urbanik i Jose Luis Alonso Rodriguez bez trudu za to w przepięknym stylu wykazali oczywiste.

Wykazali, że wewnętrzne polskie przepisy naruszają przyzwoitość, godność ludzką, Konstytucję i prawo unijne ograniczając prawa cywilne obywatelek/obywateli nie tylko Polski.  Ograniczają również prawo obywatela hiszpańskiego w korzystaniu z praw obowiązujących w Hiszpanii i ingerując i w jego życie osobiste.

Sąd mógł zadać pytanie Trybunałowi Sprawiedliwości tzw. pytania prejudycjalne: czy prawo UE sprzeciwia się odmowie wydania zaświadczenia o zdolności do zawarcia małżeństwa zgodnie z prawem kraju, w którym ma być ono zawarte? Nie skorzystał. Zrobi to zapewne inny sąd, ale odpowiedź znana jest już dziś – nie ma dobrej racji, by dyskryminować ludzi w korzystaniu z ich praw ze względu na orientację seksualną. 

W tym samym dniu, w innym sądzie – w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu zdecydowano się przyjąć skargę innego polskiego obywatela Tomasza Sz., który w podobnej sprawie zderzył się z polską rzeczywistością. Mogliśmy i wciąż jeszcze możemy naprawić dziejącą się dyskryminację w kraju. Wciąż mamy szansę, by nie robił tego za nas Strasburg.  Będzie druga instancja. Zobaczymy.


Cały tekst Ewy Siedleckiej w Gazecie Wyborczej 

Profesor Łętowskiej laudacja dla Profesor Płatek

Thursday, April 3rd, 2014

Cała redakcja serdecznie gratuluję laureatowi Nagrody TOK Fm im. Anny Laszuk pułkownikowi Krzysztofowi Olkowiczowi. Jednocześnie z wielką radością i na prośbę Profesor Łętowskiej zamieszamy jej laudację dla finalistki nagrody Pani Profesor Płatek.

news_40210_big2

Laudacja dla prof. M. Płatek  (Łętowska), 1.4.2014

Gdyby kto mnie zapytał, czy w Polsce odwaga jest tania czy droga, powiedziałabym, że niektóre jej postacie są tanie. Nie wiele kosztuje u nas  odwaga wielkich słów i górnolotnych deklaracji,  głoszonych w sprawach uroczystych i odległych od dnia codziennego.

Natomiast deficytowa i droga jest inna postać odwagi. Płaci się za nią   zniecierpliwieniem kolegów, środowiskową etykietką „osoby uciążliwej i niereformowalnej”, kłopotami w karierze (takimi niedużymi, choć dokuczliwymi), wzbudzaniem kpiarskiej wesołości, pobłażliwej, a w zamierzeniu dyskredytującej  w  otoczeniu.  Ale osobom, które zdecyduję się na taką właśnie odwagę,  jest dedykowana zaszczytna  maksyma sapere aude.

Profesor Monika Płatek  (oj, przepraszam: Profesoressa) – jest odważna tą właśnie odwagą: odwagą posługiwania się własną mądrością,  odwagą wypowiadania tego, co niepopularne i chętnie przemilczane  w naszym wygodnym i nader oportunistycznym społeczeństwie. Głośno nazywa rzeczy po imieniu – dobitność to jej specjalność.

Jej zasługą jest uparte zwracanie uwagi na brak poszanowania  zasady właściwej reprezentacji kobiet. Niekoniecznie od razu w parlamencie. Ot,  w życiu naukowym, w debatach publicznych. I już niektórzy organizatorzy takich spotkań się czegoś jednak od niej nauczyli i choćby pro forma dają wyraz swemu szacunkowi dla parytetów.

Nie tak dawno uczestniczyłyśmy wspólnie w pewnej debacie. Chodziło o pojęcie wolności i jej relacje z prawem.  I Monika  Płatek powiedziała –  odnosząc się do właśnie  podpisanej przez prezydenta ustawy o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi

  • że chodzi o prawo, które – jej zdaniem – pozwala eliminować ludzi  ze społeczeństwa bezterminowo, pod pretekstem niebezpieczeństwa. W efekcie nie będzie się już operować w prawie pojęciem  pozbawieniem wolności z powodu popełnienia przestępstwa ale  powstanie  kategoria pozbawienia wolności, której się  pozbawia w imię  niebezpieczeństw tylko hipotetycznych, o niejasnych konturach. Jest to konstytucyjnie nieproporcjonalne i groźne;

  • że zbyt często u nas prawo karne służy temu, by: a) robić wrażenie, iż rzeczywiście chroni się porządek; b) usuwać tych, którzy są wygodni do usunięcia; c) nie robić nic wobec ludzi, którzy potrzebują ochrony (np. osoby zgwałcone, osoby będące „przedmiotem” handlu); d) nie dostrzegać takich problemów, jak eksmisja na bruk, zatrudnienie bez płacy zwane stażem, zatrudnienie w warunkach niszczących zdrowie itp.

  • ze wprawdzie słowo „wolność” nie ma jeszcze nienawistnego wydźwięku, które już przybiera pojecie „równość”, ale to kwestia czasu. Bo problem powstaje, gdy wolność działalności gospodarczej jest przeciwstawiana przymusowi działalności gospodarczej, kiedy to człowiek zmuszony jest założyć taką działalność, by utrzymać pracę.

I ostrzegała – że prowadzi to  wszystko do podziału w społeczeństwie: ludzie mający pewną sytuację ekonomiczną będą obsługiwani prawem cywilnym i cywilizowanym, ludzie niemający tej pozycji – prawem karnym, a  do tego będą dosyć łatwo usuwani pod pretekstem, że są potencjalnie niebezpieczni.

Nie było to dobrze przyjęte. Zepsuło nastrój.  Podobnie jak wiele innych publicznych wypowiedzi Pani  Profesor o wykluczeniu, o  wygodnych kulturowych schematach służących utrzymaniu zdominowanych w posłuszeństwie, o pułapkach języka, jakiego używa  i w jakie wpada prawo,  prawnicy i publiczny dyskurs

Na jej miejscu profesor płci męskiej byłby odważny, konsekwentny, stanowczy.  O niej powiedzą – stary schemat – że jest arogancka, pyskata i uparta. No i jest „bossy”. Ale może to tak, że she is not bossy, she just has better ideas?  Gdybyż jeszcze była brzydka, samotna, ba to pewno sporo by jej by uszło na sucho. Ale nie. Ta wojownicza feministka ma dom,  miłego męża, dwie udane córki, psa, dobrze gotuje.  Trudno jej dorobić gębę STRASZNEGO GENDERA.

Tak trzymać, Profesoresso.

Seksem o genderze

Monday, March 3rd, 2014

Od jakiegoś czas prowadzę szkolenia z genderu w służbach mundurowych (co samo w sobie jest bardzo ciekawym doświadczeniem i zasługuje na własny post któregoś dnia). Na początku byłam pewna obaw wobec wkraczania w niesamowicie zhierarchizowane struktury, zdominowane w gigantycznej większości przez mężczyzn i opowiadania o zjawisku o którym z mediów mogli się dowiedzieć jest zachęcaniem do masturbacji 4-latków… Okazało się jednak, że moja publiczność jest bardzo otwarta na to co mam do powiedzenia. Po któryś zajęciach podszedł do mnie bardzo wysoką rangą oficer i powiedział “Pani doktor, muszę powiedzieć, że byłem bardzo sceptyczny wobec pani przyjazdu ale teraz mam tylko jeden problem – nie mam jak się z panią nie zgodzić”. Mam swoją metodę na mówienie o genderze – nie mówię o równości, prawach człowieka ani nawet nie teoretyzuje o stereotypach. Mówię o biologii, o seksie i o rodzicielstwie – sferach gdzie świetnie wychodzą różnice między tym co biologiczne a tym co kulturowe. Słowem – sex and gender. Szczególnie prawdę mówiąc seks. I nawet nie chodzi o to, że mam wrażenie, że mój wykład to często pierwszy raz kiedy duża część mojej widowni słyszy słowa pokroju “łecztaczka” i “srom” powiedziane na głos. Raczej mogę mieć swój udział w tym, że zaczynają krytycznie podchodzić do stereotypów o seksie, które często łykamy bezrefleksyjnie – na przykład co i czemu wolno mężczyznom a co nie uchodzi kobietom. Najbardziej oczywistym dla mnie jest ten najbliżej powiązany z biologią – posiadaczki łechtaczki (jedynego narządu znanego nauce, który służy TYLKO I WYŁĄCZNIE kobiecej przyjemności seksualnej) mają jakoby woleć się przytulać i tylko mężczyznom zawsze chodzi o seks (co ich niesamowicie spłyca i również jest obraźliwe!). Ale jest tego więcej:

Image by  je@n @ flickr

Image by je@n @ flickr

Ona jest łatwa, on jest Don Juanem. Dla części facetów seks to powód do dumy – koledzy opowiadają sobie ile ‘lasek zaliczyli’, przy czym im więcej, tym lepiej. Jeśli jemu udało się uwieść kobietę i wyjść rano bez poproszenia o numer telefonu, koledzy przyklasną mu i pogratulują osiągnięcia. Z kolei jeśli podobnie zachowa się kobieta jej koleżanki i koledzy będą załamywać ręce nad tym ‘jak się dała’ i  pytać czy ‘ona się w ogóle szanuje’? Jemu wolno chcieć po prostu uprawiać seks dla przyjemności, a jeśli ona tego spróbuje, jest ‘puszczalska’ albo i gorzej.  Nieodmiennie po moich pytaniach: “jak się mówi na kobietę, która uprawia dużo seksu” i zaraz potem “jak się mówi na mężczyznę, które uprawia dużo seksu” przez salę przechodzi pomruk oburzenia. Rzeczywiście – kolega, który prześpi się ze wszystkimi dziewczynami w biurze jest zupełnie inaczej oceniany niż owe dziewczyny… Seks powinien być bezpieczny i za obopólną zgodą – ale poza tym powinniśmy naprawdę mniej czasu spędzić oceniające cudze życie seksualne i może skupić się w tym czasie na swoim – wydaje mi się, że świat z miejsca stałby się lepszym miejscem!

Grzeczne dziewczyny nie uprawiają seksu, grzeczni chłopcy są… grzeczni. Jak to jest, że aktywność seksualna kobiet ma być wyznacznikiem  moralności? Grzeczne kobietki słodko się uśmiechają, nie noszą głębokich dekoltów (i od wieczne pytanie – od kiedy dekolt jest za głęboki i jaka musi być spódniczka, żebym nie była ani cnotką ani dziwką?), nie spotykają się z wieloma chłopcami i nie uprawiają seksu. Grzeczni faceci puszczają nas przodem w drzwiach, pomagają staruszkom na przejściu i dzwonią do rodziców co najmniej raz w tygodniu. Dlaczego  w wypadku kobiet aktywność seksualna ma się przekładać na postawę moralną – seks w sam w sobie nie ma przecież wartości moralnej. Dlaczego nasza aktywność seksualna jest czymś, co daje innym prawo do oceniania nas i ferowaniu wyroków o naszym ‘prowadzeniu się’ i stopniu ‘upadłości moralnej’, kiedy nikomu by nie przyszło do głowy tak samo oceniać facetów? Postawmy sprawę jasno: seks powinien być przyjemnością, a nie podstawą do moralnej oceny. Nie ma co krygować siebie i zamartwiać się „co ludzie powiedzą”, bo problem tak naprawdę leży w tym, że w ogóle ich to interesuje i czują, że można kobiety na tej podstawie oceniać, a nie z nami!

On jest kawalerem, ona starą panną. George Clooney jest mniej więcej co dwa lata obwoływany najprzystojniejszym mężczyzną na świecie i jego status zdeterminowanego kawalera  tylko dodaje mu seksapilu. A Cameron Diaz albo Jennifer Aniston? Tabloidy nie mogą przestać się rozpisywać o tym, kiedy one wreszcie znajdą męża i czy nie wiedzą, że ich najlepsze lata są już za nimi? Jak to jest, ze mężczyźni bez żon mogą mieć  60 lat i być seksowni i pożądani, a kobieta bez męża po 40 to porażka życiowa? Nie ma co się oszukiwać – kawaler brzmi nieporównywalnie lepiej niż stara panna i taka też jest percepcja społeczna. Nikt nie myśli, że część tych kobiet ceni sobie swoją niezależność i karierę – tak jak i mężczyźni, którzy nie chcą wiązać się na stałe. Przecież życiową ambicją i celem kobiety powinien być mąż i dzieci, więc co z tego, że może jest szefową Międzynarodowego Funduszu Walutowego albo wielką gwiazdą Hollywood – jak nie ma męża, to ma problem.

Dosyć tego, do cholery! – Rozmowa z prof. Moniką Płatek, prawniczką i kryminolożką z Uniwersytetu Warszawskiego

Monday, February 24th, 2014

Wywiad ukazał się w Gazecie Jarocińskiej.

platek

Karol Górski: Politycy prześcigają się w szukaniu rozwiązań, ale to najczęściej ogranicza się do zaostrzania kar. Premier proponuje teraz za jazdę pod wpływem alkoholu m.in. odbieranie prawa jazdy na co najmniej trzy lata, co najmniej 5 tys. zł grzywny i więzienie bez zawieszenia za recydywę. 

Monika Płatek: W związku z zainteresowaniami zawodowymi zauważyłam taką specyfikę, że każdego stycznia o tej samej porze mówimy o tym samym w taki sam sposób, pomijając, to co dzieje się w społeczeństwie. Propozycje polityków nie przełożą się na większe bezpieczeństwo na drogach. Są jednak wskazówką, czego możemy się spodziewać w takich płaszczyznach życia jak np. zatrudnienie, stan służby zdrowia, edukacja.

Politycy nie chcą się zajmować tymi obszarami, bo wolą zrobić konferencję o zaostrzaniu kar?

Nie. Mówiąc o pijanych kierowcach, pokazują nam, co mogą zrobić w tych zakresach, o których powiedziałam. Oni oczywiście będą się zajmować też tymi tematami, ale w taki sam sposób, w jaki zajmują się pijanymi kierowcami. To nam  wskazuje też, jak nas widzą.

Czyli jak nas widzą?

Myślę, że politykom wydaje się, że mogą nas karmić informacjami, że zaostrzanie kar zaspokoi nasze poczucie bezpieczeństwa, nasze poczucie sprawiedliwości. Czyli mają nas za dość prymitywny, prosty (żeby nie powiedzieć – prostacki) narodek, którego można zaspokoić porcją obietnic o zaostrzaniu kar. Może to wynika z tego, że sami nie widzą istoty problemu, ale mają zapewne nadzieję, że i my nie widzimy. Mają sporo przesłanek, że ich tok rozumowania jest OK, ponieważ gdy oferuje się nam zaostrzanie kar, nikt z nas nie mówi: „Dosyć tego, do cholery, rok temu mówiliście to samo i w międzyczasie kolejni ludzie zginęli na jezdniach”. Zamiast tego sprawiamy wrażenie jakbyśmy ze szczęścia na myśl o ostrzejszych karach, orgazmowali. Niech pan zauważy; nikt ze strony władzy nie próbował przedstawić analizy tego, co naprawdę się dzieje. A jest tak, że mamy coraz więcej samochodów, coraz bezpieczniej jeździmy po drogach m.in. dlatego, że część dróg zrobiła się dużo lepsza. Spada więc liczba wypadków. Natomiast dalej jeździmy bardzo szybko, bo nie przestrzegamy przepisów.

Dlaczego?

Bo uważamy, że te znaki drogowe nie stoją po to, żeby nas informować, tylko żeby zdzierać z nas kasę. Istnieje daleko posunięty brak zaufania do władzy, co skutkuje tym, że nie myślimy, że władza się stara, aby nam zagwarantować bezpieczeństwo, tylko stara się nas dopaść i na naszym nieszczęściu zbić kasę. Nie jesteśmy durniami. Uważnie słuchamy wypowiedzi sprzed roku ministra finansów o tym, jak liczy na wzmocnienie budżetu pieniędzmi z mandatów. Chcesz pomóc fiskusowi? Łam przepisy drogowe i płać mandaty! Minister nie mówił, jak wydać pieniądze i ustawić znaki drogowe, i fotoradary, aby ograniczyć ilość rannych i zabitych; mówił tylko, ile planuje zarobić na łamaniu przez obywateli prawa. Propozycje rządu wskazują być może na rozziew interesów władzy a społeczeństwa. Może też wskazywać na przekonanie władzy, że społeczeństwo ma w dupie, za przeproszeniem, bezpieczeństwo i życie; społeczeństwo chce krwi i jak igrzysk potrzebuje winnych, i w tym sensie – istnieje zapotrzebowanie na kolejne wypadki, bo żądza zemsty aż dyszy w powietrzu.

To co należałoby robić? 

Jako kryminolożka, prawniczka i karnistka wiem, że to, co jest najważniejsze i to, czemu służą sankcje, to przeciwdziałanie. A przeciwdziałanie w niewielkim stopniu można osiągnąć przy pomocy prawa karnego.

Trzeba zaznaczyć, że 95% wypadków nie jest popełnianych przez pijanych kierowców, tylko jest popełnianych przez kierowców, którzy jadą za szybko. To nie zwalnia z odpowiedzialności tych, którzy jadą pod wpływem alkoholu, natomiast pokazuje, że przez 10 lat, mając szansę zmienić obyczaje, mentalność społeczną, nie zrobiliśmy tego. Władza i my dopuściliśmy do perwersyjnego stosowania prawa.

Co to znaczy?

To się odnosi do sytuacji, w której prawo stworzone w określonym celu, jest wykorzystywane do zupełnie czegoś innego. Byłam jedną z tych, która walczyła, o to, by jazda pod wpływem alkoholu została uznana za przestępstwo Zazwyczaj jestem przeciwna kryminalizacji zachowań, bo z reguły to nie ma sensu i są inne, lepsze metody rozwiązywania problemów niż przy pomocy prawa karnego. Tym razem jednak jest inaczej. To wyjątkowa sytuacja, gdy prawo karne może rozwiązać problem, a nie stworzyć nowy. Podobnie, obok jazdy pod wpływem alkoholu jest z przemocą w rodzinie. W tych sytuacjach warto wkroczyć z prawem karnym i powiedzieć: „Stop!”.

I nie chodzi o to, by falę ludzi wsadzić do więzienia, tylko o informację, że takie zachowanie jest przestępstwem. Chcesz popełnić samobójstwo? Trudno, skacz do zimnej wody, idź na wysoką wieżę, powieś się, zrób to, jeśli musisz. Natomiast pamiętaj, każdy, kto wsiada pod wpływem alkoholu, a dziś powiedziałabym, że także każdy, kto wsiada za kierownicę niewyspany, kto wsiada z poczuciem, że jest macho i może sobie pohulać, jest niebezpieczny dla innych. Efekty opóźnionej reakcji są tak samo groźne, kiedy jesteśmy pod wpływem alkoholu, narkotyków czy niewyspania. Życie ludzkie kończy się dlatego, że ktoś był idiotą i pomyślał, że może sobie na to pozwolić.

Tylko dlaczego ludzie są idiotami?

Na pewno nie dlatego, że mamy niskie kary. Ktoś, kto wychodzi i mówi, że musimy zaostrzyć kary zachowuje się nieodpowiedzialnie, ponieważ albo wie, że to niczego nie zmieni, bo bez przerwy je zaostrzamy i to nic nie daje, albo sądzi, że to coś daje, a więc jest niedouczony. Naprawdę najlepsza konsekwentna edukacja społeczna. Mam dość gadania, że musimy edukować społeczeństwo, bo ono jest edukowane na co dzień. Weźmy sytuację, w której policjant zatrzymuje człowieka, który okazuje się posłem, sędzią, prokuratorem, księdzem, dyrektorem, znajomym czy facetem z kasą i w związku z tym mu się upiecze. To jest edukacja, że nie chodzi o to, aby nie wsiadać za kierownicę niewyspanym czy pod wpływem alkoholu, ale o to, żeby mieć plecy. Edukujemy, że nie liczy się przestrzeganie przepisów, tylko to, aby się nie dać złapać, a gdy złapią, aby się wykręcić. To jest społeczeństwo wyedukowane do nieprzestrzegania przepisów. Zmiana tego wymaga szerszego myślenia, przyjęcia perspektywy, która uwzględnia różne rodzaje wiedzy z bardzo różnych półek, a nie cepa w postaci zaostrzenia kar.  Przecież uczymy się, że pijany policjant, nieważne, czy prowadzi, czy pijanemu koledze pozwala prowadzić, ma umorzoną sprawę. Surowe kary? Przecież non stop edukujemy społeczeństwo, że prawo działa wybiórczo i niestety, na pokaz.

To pesymistyczna diagnoza…

Na szczęście mimo tak niskiej kultury klasy politycznej my się poprawiamy. Ludzie zaczynają inaczej funkcjonować na drogach, także z powodu poprawy stanu niektórych dróg. Jeżeli chodzi o karanie za jazdę pod wpływem alkoholu, to zaczynaliśmy w tym samym miejscu, gdzie Finowie. Proszę sobie porównać sytuację u nich i u nas w tej chwili. Tam się nikt nie zgrywał, nie wygłupiał. Oni chcieli być bardziej skandynawscy, a mniej sowieccy. My jesteśmy bardziej sowieccy, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tak się dzieje, ponieważ na to pozwalamy i bardzo łatwo dajemy się zapchać poczuciem, że się możemy zemścić, dokopać, wyżyć na kimś, kogo uznamy za złego, najlepiej za bestię. Także ludzie w Jarocinie nie protestując, godzą się na to.

Rozmawiał KAROL GÓRSKI

 

Urlop!!

Sunday, September 15th, 2013

Późno, ale wreszcie wyjeżdżam na urlop – będę daleko, więc proszę o cierpliwość do połowy października, potem powrócimy z solidną dawką feministycznego blogowania!

Image by Justin in SD @ flickr

Image by Justin in SD @ flickr

Jak z Płatka: Rodem z PRLu

Tuesday, August 20th, 2013

Nie lubię zwierzeń. Prowadząc blog nie piszę pamiętnika. Blog daje wolność wypowiadania się o tym, co ważne, bez proszenia się o publikacje. Jednocześnie nie wymusza wyznań. Tym razem, będzie nieco inaczej. Bo też i temat sam zapukał do moich drzwi …i zadziwił.

Zadzwonił do mnie mój ulubiony Pan Redaktor z pytaniem co myślę o tekście Jacka Żakowskiego „Cała władza w ręce młodych” [Gazeta Wyborcza – Świąteczna 08/08/2013] i repliki Jerzego Jedlickiego „Bronię Żakowskiego przed nim samym”[GW16/08/2013]. Nic nie myślałam. Zanurzona w soczystym lecie nie dostrzegłam przemykających obok, ani Żakowskiego, ani Jedlickiego. Do czerwoności zawstydzona, rada byłam, że telefon tak do skypa technologicznie zapóźniony, że na szczęście mnie nie widać. Dogoniłam utracony czas. Z wrażenia, nie z zadyszki, po raz wtóry tego dnia dostałam wypieków. Nie mogłam uwierzyć, że Jacek Żakowski nie dostrzegł, tego co naprawdę zrobił. Bo w to, że chciał dobrze – nie wątpię.

Cała władza w ręce młodych, kojarzy się nachalnie – profesor Jedlicki ma rację – z przeżutym i krzywym sloganem – „cała władza w ręce ludu”. Tyle, że i wtedy było równie co dziś – bez znaczenia. Wystarczyło wejść do więzienia, by wiedzieć, że to lipa i podpucha bo władza się sama do więzienia nie sadza, nigdy i nigdzie, a w polskich więzieniach siedział kwiat tego, czym wypchane były partyjne slogany: robotnicy i chłopi, a partyjni byli tam wtedy równie rzadko jak księża i partyjni dziś.

Podoba mi się w tekście redaktora Żakowskiego zerwanie z tradycją starożytnych. Tamci unisono sarkali nad kondycją młodzieży. Sokrates wytykał młodym brak szacunku dla starych i pociąg do luksusu. Platon zatykał przy nich nos nie mogąc znieść bijących od nich woni moralnego rozkładu i dyszących żądz. Hezjod zaś ciemno widział przyszłość zależną od młodych lekkoduchów, nieprzyuczonych szacunku do rozsądku i starszyzny. Dobrze więc było dać pstryczka tamtej złudnej mądrości i byłoby już z tym o.k. Żakowski jednak, czy aby po prostu nie obrócił klepsydry o 180 stopni, myśląc, że po drugiej stronie wysypie się piasek innej jakości? I tu więc zaczęło się to na niby, co zgrzyta i nie gra.

Według klasyfikacji Żakowskiego, tryskam wiosenną młodością pierwiosnka! Dlaczego? Bo: zgodnie z Jego definicją człowieka młodego – podobnie jak młody nie cierpię na rusofobię, nie mam oznak germanofobii, euro sceptycyzm jest mi nieznany podobnie jak i antyglobalizm, co nie znaczy, że nie potrafię o tym myśleć w szerszej perspektywie, także krytycznej. Obcy mi jest antysemityzm i ksenofobia. Równie obce mizoginia i homofobia, za to nieobcy i miły feminizm. Nie odczuwam lęku przed zepsutym Zachodem; ale też nie szukam tam raju i krainy bez wad i problemów. Świat mnie nie przeraża, choć zdecydowanie fascynuje –  od zawsze i wciąż – nieustająco. To ostatnie zresztą miałoby już oznaczać, że przeszłam na stronę rupieci. Dodatkowo do rupieci klasyfikuje mnie mój wiek.

I Żakowski i GUS patrząc mi w metrykę uznał, że zaliczam się nie tyle do grona mędrczyń (takiej kategorii nie przewidział ani Pan Redaktor, ani GUS) tylko do pokolenia do odstawki, które z definicji wieku ma być spróchniałe, zbutwiałe, zbyteczne, pełne skrofułów, zajmujące powierzchnię i zatrważająco utrudniające młodym co u drzwi, rozwinięcie skrzydeł. Do tego, bądźmy drobiazgowi, o mojej zgrzybiałości świadczy i to, że rzeczywiście traciłam na studiach czas ucząc się „ekonomii socjalizmu”, co ma być dostatecznym dowodem na moje zramolenie, tym bardziej, że go zdałam.

Hm, no może i tak, za to w szkole zamiast religii miałam języki obce na dobrym poziomie. STOP!!! Ani kroku dalej. Nie dam się!

Nie wiem, czy redaktor Jacek Żakowski ma tego świadomość, ale jego tekst jest rodem z PRLu. Powodów jest kilka. Rysuje czarno biały obraz, gdzie nasi są cacy, a ci przeciwko którym szczujemy to polityczne wrogi. Podziały są krojone według założeń robionych od czapy i pomiarów rodem z sufitu, które świetnie się nadają by spadać, i prostować banany na drzewie. I bezczelnie, bez skrępowania mówią nam, by mordę w kubeł, bo ich zdaniem, z racji tych z drzewa ściągniętych pomiarów, już się nie mieścimy. Strychulcem, spod palca, według przygłupich kryteriów dzielić, jątrzyć, skłócić i nie dać zgody na wzajemną życzliwość i solidarność.

Nie dam się Panie Redaktorze. Nie dam się uwieść Pana myśli. Nie tęsknię do PRLu. Nie ciągnie mnie też do tworzenia mitów. Nie przeciwstawię więc starym, młodych, jak dawniej klasie robotniczej, inteligencji. Nie będę udawać, że świat jest czarno-biały, a kitem uda się zapchać dziurę po krytycznym myśleniu. Nie będę udawać, że to takie proste i podziały przebiegają rzeczywiście na linii wieku, a nie społecznych nierówności na które się z różnych powodów godzimy, i które reprodukujemy raz w czerwonych, innym razem w czarnych kolorach.

I rzeczywiście się zgadzam, i naprawdę wiem coś o tym z bardzo osobistych doświadczeń, że Ci wykształceni w Bristolu, Cambridge, Oxfordzie, w Lund, w Paryżu, ale w Warszawie bywają doskonale wspaniali, cudowni, genialni i świetni (to jest część intymnych zwierzeń).

I przyjemnością jest uczyć i uczyć się od studentów Erasmusa i Sokratesa Mundi. Uczą, że po to, by nie było trzeba było wyjeżdżać dopiero na Fulbrighta, by nabrać wiary w siebie i poczucia własnej wartości trzeba tu na miejscu skończyć z metodami dzielenia ludzi cepem. Miejsce cepa jest w muzeum, nie w dyskursie publicznym. I w rolnictwie, i w dyskursie używamy dziś finezji. Czas mknie. Bez zmiany podejścia Panie Redaktorze Żakowski dzisiejsi za drzwiami młodzi, to już jutro Pana starcy.

Nazwisko… ale czemu nie męża?!

Wednesday, August 7th, 2013

Z góry ostrzegam, ten post jest w dużej części motywowany osobistą frustracją: frustracją, iż urzędnicy i urzędniczki, notariusz i znajomi i znajome nie są w stanie zrozumieć, że tak – urodziłam się z macicą, wzięłam ślub i nadal mam to samo nazwisko co dawniej. Mało kogo obchodzi, że w momencie ślubu miałam już złożony doktorat i przeżyłam ponad ćwierć wieku z nazwiskiem z którym nie chciałam (i nie chcę!) się rozstawać. Nazwiskiem, które jest częścią mojej tożsamości. „Ale czemu nie mogłaś sobie chociaż dodać nazwiska męża” – a czemu kurcze nikt o to nie pyta mojego męża (co więcej, męża z raz czy dwa zapytano czemu żona nie ma jego nazwiska „chłopie jakżeś mógł do tego dopuścić…”)!? Owszem, byłam gotowa dodać sobie jego nazwisko…jeśli on dodałby moje. W przeciwnym razie znowu sprawdzamy to do tego, że ja nazwisko powinnam zmienić bo tradycja, szmadycja…bla bla bla Ty nie masz penisa, on ma, weź kobieto jego nazwisko. Mój małżonek nie chciał dołożyć sobie mojego nazwiska, tak więc oboje zostaliśmy przy swoich (dla ciekawskich – potencjalne dzieci będą dwojga nazwisk; nie jestem wielką fanką opcji, iż rośnie mi w brzuchu dziecko przez dziewięć miesięcy a potem na każdym kroku musieć udowadniać, że moje bo nazwisko będzie miało tylko ojca. A poza tym znowu, czemu dzieci mają mieć tylko nazwisko ojca?!).

Image by Jacek Bogdan

Image by Jacek Bogdan

Zaraz po ślubie nie musiałam zmieniać żadnych dokumentów, ale kilka lat później się przemeldowywałam i się zaczęło. Urzędniczki namiętnie wypytywały mnie o dokumenty na nazwisko „przed ślubem” i tłumaczenia, po trzy raz! – że to jedno i to samo co po ślubie, zdawało się osiągać słabe efekty. Naprawdę zastanawiałam się, która z nas ma poważane problemy z językiem polskim. Dość powiedzieć, że pięć (tak – pięć!) godzin w urzędzie, gdzie po kolei musiałam trzem urzędniczkom usilnie tłumaczyć, że nie zmieniłam nazwiska po ślubie, doprowadziło mnie do skraju wyczerpania psychicznego. A potem jeszcze notariusz, który w telefonicznej rozmowie ze mną rzuca teksty pokroju „jeśli państwo są, jak pani twierdzi, małżeństwem” po czym do aktu notarialnego i tak wpisuje panna (a stan cywilny męża oczywiście pomija, bo przecież jest przede wszystkim osobą sam w sobie a nie – w wizji notariusza – nieżonatym mężczyzną). Żeby sprawa była jasna, nie oceniam kobiet i mężczyzn, którzy nazwiska zmieniają bądź nie. To powinny być osobnicze decyzje, które potem są uszanowywane przez innych – czy to instytucje, czy rodziny czy znajomych. Ja rozumiem, że nie jest od razu jasne, że jestem żoną mojego męża ponieważ mamy inne nazwiska, ale pytanie mnie – jeszcze lata po fakcie – czemu nie wzięłam jego nazwiska, jak on sobie z tym radzi i czy aby na pewno go jednak kocham (pytanie, które nie dość, że bezczelne to oczywiście takie, którego nikt nigdy by nie zadał mojemu mężowi. Nikt nie wątpi, że w jego wypadku chęć zachowania własnego nazwiska nie wypływała z braku uczuć do mnie…).

Na Cyprze na przestrzeni jednego pokolenia kobiety przestały zmieniać nazwiska na nazwiska mężów, moi znajomi Hiszpanie i Hiszpanki w ogóle nie rozumieją o co mi chodzi, kiedy im opowiadam, że ludzi oburza, że nasze (kiedyś, potencjalne) dzieci będą dwojga nazwisk „bo im to tak życie utrudni”. W ich kraju jest oczywiste, że rodziców ma się dwójkę, a więc i dwa nazwiska. A ja naprawdę tylko chcę żeby uszanowano naszą decyzję, niekwestionowano jakości naszego związku ani jakości życia naszych (potencjalnych) dzieci i przestano mnie wypytywać co mną powodowało. I żeby kurcze osoby pracujące w urzędach wykonywały swoją pracę – czytały dokumenty, widziały, że wszystko się zgadza i przestały ustawicznie prosić mnie o potwierdzenie zmiany, która nigdy nie miała miejsca. Czy to naprawdę tak wiele?

Bezpieczny fotel? – osobista historia o tym czemu walka o lepsze usługi ginekologiczne to może być sprawa życia i śmierci.

Monday, March 18th, 2013

Nie mam szczęścia do ginekologów (o czym już zresztą wcześniej tutaj pisałam). Jak się niedawno okazało, mam jeszcze mniej szczęscie niż myślałam. Przy okazji rozmowy o akcji “Bezpieczny fotel”, w ramach której Grupa Edukatorów Seksualnych Ponton i Kampania Przeciw Homofobii badają poziom usług ginekologicznych w naszym kraju, zwierzyłam się koleżankom, że nigdy nie zbadano mi piersi. Za kilka lat będę miała 30 lat i w ciągu ostatnich 10 lat zaliczyłam conajmniej 5 gineokologów/ginekolożek (łącznie z pobytem w szpitalu ginekologicznym!) i przez ten czas ANI RAZU nikt mi nie zbadał piersi. Niby wiem, że w trakcie każdej wizyty piersi powinny być badane, ale jakoś głupio mi było (tak mi – dość wygadanej, zdeklarowanej feministce znającej swoje prawa i w dodatku zajmującą się zdrowiem reprodukacyjnym) poprosić lekarza bądź lekarkę, żeby mi, za przeproszeniem, pierś pomacali. Wprawdzie badania pokazują, że więkoszość guzów wykrywają same kobiety bądź ich partnerzy/partnerki intymne, to ani ja ani mój partner w moim (co tu dużo gadać, niezbyt obfitym) biuście niczego nigdy nie wyczuliśmy.

plakat5 (1)

Kiedy już wyznałam, że nikt mi nigdy profesjonalnie nie badał piersi, myślałam, że nie jestem żadnym wyjątkiem. Przecież zaliczyłam pół tuzina lekarzy w Warszawie! Jak mi nie badają piersi, to pewnie dlatego, że jestem młoda i nikomu w tym wieku się nie bada bo przecież nic mi nie grozi. A jednak… Okazało się, że moje inne koleżanki miały badane piersi. Jedna z nich powiedziała mi, że przy następnej wizycie u mojej ginekolożki mam koniecznie poprosić o USG piersi. Nawet sobie zapisałam w kalendarzyku, żeby nie zapomnieć.

Nie zapomniałam i poprosiłam, kolejną lekarkę która nie pofatygowała się przyjrzeć dokładniej mojemu biustowi, o skierowanie. To była wizyta prywatna, więc przynajmniej ze skierowaniem nie było kłopotu.

Kilka tygodni później, w trakcie USG, na które grzecznie poszłam nie spodziewając się absolutnie niczego poza tym, że wyjdę zadowolna, że wreszcie odwaliłam to badanie, widziałam, że coś jest nie tak. Pani badała mi jedną pierś kilka długich minut po czym powiedziała, że znalazła conajmniej TRZY guzy (nie jeden, nie dwa ale CONAJMNIEJ TRZY) i muszę natychmiast mieć biopsję, bo nie wiadomo do końca czy to na pewno niezłośliwe włókniaki. Wpierw się popłakałam (moja zwyaczjowa, dzielna reakcja…) a potem nie mogłam wyjść z szoku, że od kilku już pewnie lat hoduję sobie w najlepsze guzy, o których nie mam bladego pojęcia.

Biopsję miałam kilka dni później i znowu pani lekarka mi powiedziała, że niegroźne włókniaki to płytkie, ruchome guzy, a mój największy guz (bagatela 2,5 centymetów, czyli prawie 1/3 średnicy mojej piersi!!!) znajduje się głęboko i jest nieruchomy. I z tą wiadomością zostawiono mnie na bardzo stresujące 10 dni (w trakcie których przypadły zresztą moje urodziny…). Nim przyszły wyniki biopsji – na które czekałam pod gabinetem lekarskim już 15 minut przed przyjściem lekarki – powiedziałam o całej sprawie bardzo niewielu osobom. Rak przeraża. Szczególnie rak u młodej kobiety i ostatnie czego się po niej spodziewa to to, że za chwilę nie będzie miała piersi, włosów i będzie zadzierżgała nowe znajomości w trakcie wlewek chemii. Wszystkie osoby, którym powiedziałam, były niesamowicie przejęte i nie chciałam wówczas swoimi problemami zawalać szerszego grona.

Całe szczęście okazało się, że moje guzy są niezłośliwe i odkąd się dowiedziałam, że raka jednak nie mam, mówię komu się tylko da. IDŹ ZBADAJ SOBIE PIERSI i POWIEDZ PARTNERCE/SIOSTRZE/KUZYNCE/KOLEŻANKOM Z PRACY – NIECH BADAJĄ SOBIE PIERSI! Tyle, że nie tylko my powinniśmy o tym pamiętać. Przede wszystkim są od tego lekarze i lekarki, którzy mają obowiązek o nasze piersi dbać – nasze ginekolożki i ginekolodzy. Przez lata zawiedli mnie wszyscy ci, do których poszłam. Tak się złożyło, że ja raka nie mam. Ale co z tymi pacjentkami, których też nie zbadali, ale one nie miały już takiego szczęścia? W Polsce nowotwory złośliwe są pierwszą przyczyną zgonu kobiet w wieku poniżej 65 lat, a wśród nich pierwsze miejsce zajmuje rak piersi. Statystycznie co 16 Polka zapadnie na raka piersi. Ile z nich wcześnie go wykryje i przeżyje? To zależy między innymi od tego, ile z nich będzie miało rzetelne lekarki i rzetelnych lekarzy, którzy będą o nie odpowiednio dbać. Jedno z pytań w ankiecie Bezpiecznego Fotela tyczy się właśnie badania piersi. Im więcej zdobędziemy wiedzy o tym jak Polscy lekarze i lekarki traktują pacjentki, tym więcej będzie można zrobić, żeby tę opieką poprawić. Zakończę więc apelem – proszę ankietę wypełniać i rozsyłać, bo dobra opieka ginekologiczna może naprawdę uratować życie!!