bar

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. Odpowiadam: Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich. W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie…

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziła „porównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne….

Rodzina…Po raz pierwszy

IMG_7105

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia…


bar

Author Archive

Jak z Płatka – Urok i znaczenie dyskretnego wsparcia

Monday, May 16th, 2016

Zadano mi pytanie – jak oceniam to, że Prezydentowa Agata Duda nie przyszła na Kongres, a zamiast tego przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich.

Odpowiadam:

Pani Prezydentowa nie przyjęła kobiet z Kół Gospodyń Wiejskich “zamiast”. Pani Prezydentowa przyjęła kobiety z Kół Gospodyń Wiejskich.

W ten dyskretny sposób Pani Prezydentowa dodatkowo wsparła także Kongres. To nie był zapewne przypadek, że nastąpiła tu zbieżność czasowa, i spotkanie miało miejsca w tym samym czasie, co Kongres Kobiet.

800px-68.V_Dni_Wina_Jaslo-kolo_gospodyn_wiejskich

Kobietom z Kół Gospodyń Wiejskich należy się szacunek i uznanie – Kongres Kobiet, który trwa już osiem lat, powtarza to już lat osiem i działać w tym kierunku będzie także dalej! Cieszymy się, że Pani Prezydentowa podziela nasz pogląd i nas w ten sposób wspiera. Cieszymy się, że i Ona rozumie, że nie damy się podzielić. A gdy będzie trzeba odwzajemnimy wsparcie i Pani Prezydentowa też będzie mogła na nas liczyć.

Dzięki spotkaniu z Panią Prezydentową kobiety z Gospodyń Kół Wiejskich zaproszone gremialnie i na Kongres Kobiet anno domini 2016,  mogły łatwiej do nas dotrzeć. Kongres Kobiet także dzięki nim był w tym roku  niezwykle merytoryczny, podniosły i świadomy czasu próby w utrzymaniu konstytucyjnych gwarancji praw człowieka, które są także prawami kobiet.

Myślę, że mogę więc sobie pozwolić, aby w imieniu kobiet i Kongresu Kobiet za ten gest Pani Prezydentowej podziękować. Doceniamy urok i znaczenie dyskretnego wsparcia.

 

Nasze rodzime obławy…czyli sklepy i stanowiska

Sunday, February 7th, 2016

Ewa Wanat sama stwierdziła, że przesadziłaporównując przejęcie schedy po Magdzie Jethon do przejęcia sklepu po Żydzie, któremu założono żółtą opaskę”. Powiedziała w związku z tym, że nie powinna była używać tego porównania, więc pewnie nie ma co ciągnąć sprawy, ale dla mnie Jej myśl była czytelna, a pełne oburzenia wpisy – co najmniej obłudne.

Szefowa Trójki, Magda Jethon nie odeszła, bo miała ochotę odchodzić; odeszła bo zapewne wolała to, niż być nieelegancko wyrzucona jak inni z pozostałych mediów, także z radia; w tym jak Ewa Wanat i fakt- wciąż jeszcze za PO w czasach, gdy bardzo chciało się obsadzonym na stołkach przypodobać nadchodzącym.

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

By Jessica Flavin from London area, England (Anger Controlls Him) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons


Ewa Wanat dwa razy zrobiła świetne radio. Za drugim, w RDC wydobyła także z tych, którzy tam już byli potencjał, świetnie ilustrujący co może dobra szefowa. Magda Jethon zrobiła podobnie. „Trójka” miała różne okresy; pod jej kierownictwem znów błyszczała.

Zastanówmy się więc, dlaczego moja przyjaciółka przysyła mi oburzony na Ewę Wanat artykuł z nieco zjadliwym przekąsem: “Twój autorytet”, i dlaczego tak nerwowo reagujemy i na wpis Ewy Wanat i na jakiekolwiek przypomnienie choćby i w książce Magdaleny Grzebałkowskiej 1945 Wojna i Pokój o szabrowaniu, korzystaniu i wykorzystaniu tego, co inni, których wywalono na zbity pysk, wypracowali? …(i dlaczego użyłam anonimowego trybu pasywnego? By nie powiedzieć: my szabrowaliśmy, my wykorzystywaliśmy?


Snują się tu dwa wątki; jeden z przeszłości i stąd słowo Żyd to wciąż coś więcej i inaczej niż Polak, Francuz, czy Rosjanin; choć Żyd to Żyd właśnie, jak Polak to Polak. I tak, jest różnica między żółtą przepaską, a nazwaniem ludzi myślących inaczej – „ludźmi gorszego sortu”, „feministkami gorszymi od nazizmu i komunizmu”. Różnica w skali – tu grozi to “tylko” wywaleniem z pracy, odebraniem dotacji, wykluczeniem z awansu, wylewaniem pomyj, pozbawieniem szans na normalne życie, ale wciąż życie. Ale, czy rzeczywiście o takie różnice chodzi, gdy rzecz się dzieje w kraju wolnym od okupacji, i od wojny?


Jest i drugi wątek – lekceważenia ludzi kosztem politycznej hucpy. Wypracowane przez „Trójkę” powinno trwać pod kierownictwem Jethon bez względu na zmianę parlamentarnej władzy z szacunku dla słuchaczek i słuchaczy. A w państwie prawa nie powinno mieć miejsca wywalanie Ewy Wanat pod marnym pretekstem i z naruszeniem prawa, za to, że z radia skromnego stworzyła perełkę różnorodności i świetnej jakości konkurencję dla własnej wcześniejszej stacji: radia TokFM

I chcę mieć swoje prawo i do innych zadziwień. Jak to możliwe by dobry prawnik/prawniczka zgodził/a się startować na stanowiska dwóch ostatnich z pięciu miejsc w Trybunale Konstytucyjnym na podstawie ustawy wprowadzonej przez PO kiedy powinno było być dla nich jasne, że to narusza Konstytucję? I jak mogli się zgodzić kolejni, z tych pięciu z marnej nocnej sejmowej uchwały, skoro wiadomo, że to niezgodne z Konstytucją, że ją łamie i depcze? To są zadziwienia z tej samej półki.

Kiedy Ewa Wanat robiła porównanie – użyła dosadnej ilustracji, by przebić się z myślą, że są rzeczy niegodne, w których uczestnicząc plamimy sobie łapy nie inaczej niż ci, którzy je wprowadzają. Można więc robić kolejną rodzimą obławę i szczerząc kły stroić się w anielskie piórka. Można na Ewę Wanat naskakiwać, obszczekać i powarczeć. To jednak nie zmieni faktu, że są sklepy, których się nie zajmuje i stanowiska, których się nie przyjmuje. Bo są rzeczy niegodne, w których uczestnicząc plamimy sobie łapy nie inaczej niż ci, którzy je wprowadzają.

Rodzina…Po raz pierwszy

Wednesday, January 6th, 2016

To był mój pierwszy raz  i jak dotąd jedyny. Nigdy nic nie wygrałam. Nie wylosowałam żadnego fantu, nie trafiłam w totka. Tym większe było moje zaskoczenie i radość, gdy  to właśnie mnie wyczytano. Był rok 2015 i byłam wśród gości zaproszonych w Narodowe Święto Kanady do kanadyjskiej ambasady. Gospodarze zapowiedzieli, że z okazji 50 lecia kanadyjskiej flagi  wybito limitowaną niezwykłą, bo prostokątną i z czystego srebra monetę. Ma wartość nominalną 50 dolarów kanadyjskich. Flagę kanadyjską po jednej stronie, profil Królowej Elżbiety II, po drugiej. Jedną sztukę Gospodarze losowali wśród zaproszonych gości. Nie sądziłam, że padnie na mnie. Padło.

IMG_7105

To piękny numizmatyczny skarb. Rodzinny talizman. Znak, że może się trafić niespodziewane szczęście.

Miała zostać w rodzinie…i dlatego właśnie oddaję ją na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka.

Może się przydać. Może się przydać także dzieciom tych wszystkich żołnierzy, co – jak ktoś mi powiedział, choć nie wiem, czy prawdziwie, podobno jednak zostaną w koszarach i w tym roku nie będą w dzień finału serwować grochówki.

Może się przydać także bliskim redaktora Piotra Lisiewicza, co aż się zmachał od lania pomyj na Owsiaka i innym dziennikarzom, co idą w nim w opluwaniu Owsiaka w konkury.

Może się przydać najbliższym Pana Maciarewicza, co miesza sensy i znaczenia. 

Może się wreszcie przydać i na starość posłance co wrzeszczy, że na cudze dzieci dawać nie będzie.

Chciał nie chciał, są tu, mówią tym samym polskim językiem. I nie wiem, czy wiedzą co czynią, ale ja wiem, że nie musimy się godzić na rozplenienie  nieufności, pogardy, nielitości i niemiłości.

W Końcu Jurek Owsiak i Jego – Nasza Orkiestra Wielkiej Świątecznej Pomocy gra do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. I co rok udowadnia, że może być inaczej – miło, wspólnie, przyjaźnie;  rodzinnie właśnie.

Polak/Polka za granicą

Wednesday, November 11th, 2015

Polska w ruinie? a Polak na zmywaku? Mam prośbę, pomóżcie mi Państwo rozwiać fałsz. Politycy twierdzą, że Wy, którzy wyjechaliście z Polski za granicę wszyscy tkwicie i skazani jesteście na pracę „na zmywaku” . Wiem, że jest inaczej. Przyślijcie – proszę – choćby jedno zdanie. Powiedzcie, gdzie pracujecie? Chętnie dowiem się więcej o tym co robicie, ale nawet jeśli będzie to jedno zdanie – będę wdzięczna.

By Ludek (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html), CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/) or CC BY-SA 2.5-2.0-1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5-2.0-1.0)], via Wikimedia Commons

By Ludek (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html), CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/) or CC BY-SA 2.5-2.0-1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5-2.0-1.0)], via Wikimedia Commons

To nie Anglicy, Francuzi, Norwedzy czy Niemcy mają wizję Polek i Polaków za granicą „na zmywaku”. To jest wizja części prawicowej infantylnej strategii. Serwują ją ci sami co Polskę  widzą w ruinie. To także błąd niektórych nieco  zakompleksionych uczonych. Nie staje i im wyobraźni i wiedzy. Polak i Polka za granicą jest na katedrze, w urzędzie, zarządza ludźmi, leczy, pielęgnuje, buduje, remontuje, świadczy wysoko kwalifikowane usługi w przychodni, w banku, w szkole. Prowadzą tysiąc i jeden biznes mniejszy i większy. Zdarza się, że są jednocześnie w Cambridge, Oxfordzie i na zmywaku.

Bywa i tak, że na początku jest tylko zmywak. Początek nie trwa wiecznie, i nawet jeśli, to lepsze to, niż w Polsce status obywatela/obywatelki drugiej kategorii. Z różnych powodów. Czasami także z racji orientacji seksualnej czy identyfikacji płciowej. W Polsce jest odmowa uznania praw obywatelskich. Za granicą jest życie i status, w kraju bez-prawie i jawna pogardę. W Polsce o rodzinie się prawi, za granicą rodzinę się ma.  I ma się pracę, która ze zmywakiem najczęściej niewiele ma wspólnego. Mityczny zmywak służy politykom do siania marnych opowieści; nadają się do zlewu.

W TVN24 w Faktach po Faktach, w dzień Niepodległości (11/11/2015) byłam obok prawicowego polityka. Słuchając go czułam, że zaleje mnie wylewająca się z jego ust populistyczna breja. Pomyślałam, że nie udźwignę ani demagogii na temat Polaków za granicą, co wszyscy skazani są na zmywak i tylko tyle mogą, ani perfidnej wizji emigrantów islamistów, co na tratwach przez wodę przedzierają się do Polski, by gwałcić polskie kobiety… Ci sami, co tak krzykliwie „chronią” gwałcone przez „islamistów” Szwedki, gdy polski „katolik” zgwałci, są pierwsi, by dowodzić, że zgwałcona sama jest sobie winna, sama chciała, bo prowokowała…

Wyszłam ze studia lekko zrezygnowana, ale po chwili dostałam ten list:

„Miałam przed chwila przyjemność oglądać Fakty po Faktach i pani profesjonalną obronę Polskiej Konstytucji (i demokracji). Chciałam tylko pogratulować zachowania zimnej krwi i po prostu odwagi, w obliczu czegoś, czego trudno nie nazwać po prostu głupotą.

Mimo że od 10 lat mieszkam w Londynie (i pracuję w tutejszym ministerstwie energetyki, gdzie nie zmywam naczyń), to z uwagą i – niestety – przerażeniem śledzę rozwój wydarzeń w Polsce. Chciałam tylko życzyć odwagi i determinacji na najbliższe lata, wygląda na to, że będzie potrzebna. Serdecznie pozdrawiam,…”

I wtedy pomyślałam, że razem damy radę, ale potrzebna mi wiedza;  Dlatego pozwalam sobie spytać – gdzie, jako kto, za granicą, pracujecie?

Za odpowiedź z góry dziękuję. Monika Płatek

Jak z Płatka: Ukryty sens

Monday, October 19th, 2015

 

W Warszawie w teatrze Dramatycznym, na scenie Przewodnik wystawiana jest sztuka Martina Shermana, “Bent” w reżyserii Natalie Ringler.

Cały zespół, naprawdę cały zespół gra wspaniale.

Berliński Memoriał ku czci homoseksualnych ofiar nazizmu.  By Argos'Dad at en.wikipedia (Transferred from en.wikipedia) [Public domain], from Wikimedia Commons

Berliński Memoriał ku czci homoseksualnych ofiar nazizmu.
By Argos’Dad at en.wikipedia (Transferred from en.wikipedia) [Public domain], from Wikimedia Commons

Aktorzy kończą, a na sali jeszcze dłuższą chwilę trwa cisza; zasznurowane są gardła, ściśnięte serca, a w głowie aż huczy od niemego wrzasku – dość, dość niszczenia ludzi, dość dzielenia ludzi tylko dlatego, że są homoseksualni.

Sztuka dzieje się w Niemczech lat 30., gdy Hitler właśnie na dobre dochodzi do władzy. Obiecuje Niemcom sprawiedliwość, zmianę i to, że podniesie kraj, który określa, że jest w ruinie. By to osiągnąć wymaga, by usunąć pasożyty i szkodniki. Element niemoralny, szkodliwy. Wykorzystując fobie wzmacnia je, by połknąć, zagarnąć całą władzę i naród. Osoby homoseksualne są świetnym do tego pretekstem, i pierwsze w kolejce. Po nich pójdą następni do obozu, na sadyzm, bezprawie, na wynaturzenie władzy, na śmierć, eksterminację i do gazu.

Symbolika jest czytelna. W obozie w Dachau, i w Dachau odtworzonym na scenie teatru aktorzy- więźniowie wykonują beznadziejną syzyfową pracę; przenoszą ciężkie kamienia z jednego miejsca na drugie. Sprawdziłam; kamienie w teatrze są prawdziwe, i prawdziwie ciężkie. Jak ta praca, tam by przeżyć; tu, by przeciąć homofobiczny wrzód.

Oglądając sztukę nie można powstrzymać zdziwienia. Jak mogło do tego dojść? Jak można było do tego dopuścić, żeby gnoić, prześladować, bić i zabijać ludzi za to, że byli homoseksualni? Jak można było dopuścić do takiej demoralizacji i wynaturzenia społeczeństwa, że prześladowanym dla zachowania miłości i człowieczeństwa pozostawały elektryczne druty i śmierć.

Sztuka opowiada o historii z przeszłości. Ale czy ta historia jest przeszłością? Tytuł sztuki „Bent” – pozostawiony został w angielskim oryginale. Czy to przypadek, czy zabieg celowy, by sztuka w ogóle mogła zaistnieć na polskiej scenie? [„Bent” określa osobę homoseksualną, w odróżnieniu od „straight” oznaczającą osobę heteroseksualną)

Historia? Przeszłość? Polski Sejm jest miejscem odsyłania osób homoseksualnych do ostatnich rzędów. Z trybuny w parlamencie kobiece wywrzaski i bełkotliwe wywody księdza profesora służą za argument dla dyskryminowania osób homoseksualnych i odbierania im prawa do godności jaka płynie z uznania związku i rodziny.

Historia? Dominik. Dominik z Bieżunia, prześladowany, wyzywanym, nazywany pedziem. Wybrał śmierć. Wybrał?

Przeszłość? Konstytucja PiS przygotowana w roku 2010 na czas, gdy zagarną władzę, wyklucza związki partnerskie i małżeństwa par jednopłciowych. Przyzwala i aprobuje dyskryminację osób ze względu na orientację seksualną. Proponowane zmiany mają zabetonować nierówność i odmówić prawa do godności, do miłości, do rodziny i uznanego związku parom jednopłciowym właśnie dlatego, że są homoseksualne. [Przy okazji ten projekt Konstytucji PiS dowodzi, że nawet PiS rozumie, że wbrew temu, co głosi, obecna Konstytucja nie wyklucza małżeństw par jednopłciowych].

Przeszłość, żeby stała się historią musi skończyć z kulturowo wykształconym, gorszym traktowaniem ludzi, z naturalnego powodu jak orientacja seksualna! Nie dajmy się. Ludzie, zwykli ludzie są często otwarci i rozumieją, że wszyscy mają prawo do godności, jaką niesie rodzina, bliskość i miłość drugiego człowieka, bez względu na płeć i orientację seksualną. Podsycanie natomiast niechęci wobec osób homoseksualnych nie jest przypadkowa. Służy podobnym scenariuszom, o których opowiada sztuka Shermana.

Czy ja już to mówiłam? Mówiłam. To dobrze. Powtórzę to więc jeszcze raz.

Każdy ma jakąś orientację seksualną. Każda jest równo-ważna, choć nierówno-liczna. Nie można rościć sobie prawa do wyższości i protekcjonalnie wywyższać się tylko dlatego, że osób heteroseksualnych jest więcej niż biseksualnych, homoseksualnych i aseksualnych. Nie dajmy się.

Obejrzenie zaś sztuki polecam każdemu, warto; jest naprawdę dobrze zrobiona i świetnie zagrana.

Jak z Płatka: Nie da się iść na skróty

Sunday, September 27th, 2015

Zostałam poproszona o skomentowanie wyroku w konkretnej sprawie mowy nienawiści:

62-letni Józef Cz. z Bielska-Białej na jednym z portali internetowych przeczytał artykuł o incydencie w z udziałem Romów w małopolskich Maszkowicach. Wpisał się pod nim: “Z Romami jest tak samo jak z klerem. Nie orzą, nie sieją, a plony potężne zbierają. Czy ktoś widział cygana uczciwie pracującego? Żyją tylko z przekrętów, żebractwa i kradzieży. Kombinacje mają w genach i nic tego nie zmieni. Dlatego izolacja lub wygnanie i będzie spokój”  Sprawa została zgłoszona do prokuratury. Prokurator uznał, że to publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic etnicznych i publiczne znieważenie Romów. Akt oskarżenia został przesłany do Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej. Oskarżony przyznał się do winy i wystąpił o dobrowolne poddanie się karze czterech miesięcy więzienia w zawieszeniu.  Bielski Sąd Rejonowy po rozpoznaniu postanowił umorzyć sprawę. W pisemnym uzasadnieniu jest, że choć oskarżony przyznał się do winy, nie należy tego utożsamiać z jego poczuciem winy. Sąd uznał, że oskarżony zamieszczając wpis nie zrobił tego, by znieważyć Romów. Wyraził jedynie swoją dezaprobatę dla opisanej historii.  – Nie jest tajemnicą, że sposób życia Romów budzi kontrowersje i nierzadko spotyka się z dezaprobatą społeczną. Oskarżony skrytykował niewłaściwe zachowania , w szczególności dotyczące uchylania się od przyjętych zasada zarobkowania – pisze sąd w uzasadnieniu. Dalej sąd przekonuje, że Romowie są mniejszością etniczną nieskorą do asymilacji, zdobywania wykształcenia, powszechnie znana jest ich skłonność do żebrania w miejscach publicznych. Trwają przy sposobach życia nieakceptowanych w społeczeństwie. – Powyższe spostrzeżenia sąd uważa za niewymagające wiedzy specjalistycznej, są one dostępne w oparciu o potoczne obserwacje – pisze sąd w uzasadnieniu.

Oto mój komentarz:

Sąd wydał właściwy wyrok, choć niewłaściwie, moim zdaniem, go uzasadnił.

Internauta, mój równolatek, powiedział, co myśli, a myśli stereotypowo. Prokurator również. Podsunął człowiekowi przyznanie się do winy, by mieć odhaczone, zaliczone, i sukces gotowy. Niech spróbują się przyczepiać, że nie ścigamy za nienawiść!; mamy dowód, ścigamy. Prokurator pewnie Panu doradził  „dobrowolkę” i „zawiasy”, bo jak nie to może pójść siedzieć. Człowiek zapewne zwątpił w sprawiedliwość i uwierzył, że mogą z nim zrobić co zechcą, no to się przyznał. 

Sąd więc słusznie umorzył sprawę, i tu chwała mu za trzymanie się litery prawa. Stanął na wysokości i mimo pokusy, nie skazał. Pan rzeczywiście nikogo pewnie obrażać nie chciał. Pewnie jego zdaniem powiedział tylko to, co i wszyscy inni myślą i mówią

Myli się? Myli. Nie wszyscy tak myślą, ale Sąd w tej sprawie, tak.

… No właśnie i tu jest problem. To nie jest sprawa dla sądu karnego, ale sąd jest od tego, by zwrócić uwagę, że Pana postawa to skutek polityki przyzwolenia na gorsze traktowanie Romów, a nie od tego, by tę dyskryminację utrwalać i powielać.

Kodeks karny nie jest od tego, by produkować przestępców udając, że w ten sposób rozwiązujemy problemy społeczne. Kodeks karny niewiele zdziała na żrącą nas ksenofobię i niechętne nastroje wobec Romów. Jeśli więc na kodeks karny będziemy tu liczyć będziemy mieć więcej, a nie mniej rasizmu i nienawiści.

Szukając rozwiązania w kodeksie karnym dajemy dowód bezradności, niedojrzałości, zapiekłości i nieudolności.

„Życie Romów budzi kontrowersje i nierzadko spotyka się z dezaprobatą społeczną”? Ten protekcjonalny, z pozycji wyższości i „lepszości” argument zasmuca. A czy nie budzi kontrowersji przyzwolenie na kontrowersyjne zachowania Polaków i sposób w jaki okazują swoją dezaprobatę społeczną? Grupa mniejszościowa sobie nie poradzi w integracji bez wsparcia większościowej. Więc najpierw odpowiedzmy sobie co takiego dzieje się w polityce społecznej, co pozwoli Panu z tej sprawy zrewidować swój pogląd na Romów? Kodeks karny to środek subsydiarny, czyli taki, który stosuje się na końcu, gdy wszystkie inne zostały wyczerpane, a nie na początku drogi wyłącznie się do niego ograniczając.

Jakie więc mamy przykłady skutecznych przepisów, programów, polityk społecznych, postaw polityczek i polityków; powszechnych wzorów do naśladowania ze strony autorytetów, które mogły wpłynąć na zmianę postawy Pana z tej sprawy i na to, by zrozumiał, że takie mówienie o Romach jest niesprawiedliwe, uwłaczające, niekulturalne, niestosowne, krzywdzące, godzące w godność i Romów i Polaków; nadgryzające wspólnotę?  By się w efekcie tego, zawstydził i przeprosił.

Czy i co zostało więc zrobione, aby efekt taki naprawdę osiągnąć? Bo dopiero wtedy, na końcu wolno nam sięgnąć po kodeks karny.  Inaczej to droga na skróty; prowadzi do eskalacji ran, a nie ich gojenia.

Jak z Płatka: Dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie.

Tuesday, September 15th, 2015

Stalinowski prokurator Wyszyński miał zwyczaj mówić – dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie.

Wojciech Borowik Szef Rady Nadzorczej RDC znalazł pretekst , by pozbyć się człowieka Ewy Wanat – szefowej RDC.

Bilder från BSPC 18 i Nyborg 2009-08-31 2009-09-01

Bilder från BSPC 18 i Nyborg 2009-08-31 2009-09-01

Źle nam wróży zwolnienie Ewy Wanat z radia RDC. Ona to radio, jak wcześniej Tokfm, postawiła na nogi i sprawiła, że stało się jednym z najciekawszych. Źle się dzieje, gdy dla prywatnej zemsty sięga się po wzory rodem z czasów, które były ciemne i pełne zamordzia.

Jakiś czas temu napisałam tekst, który następnie przeredagowałam nie będąc pewna czy nie popełniam błędu uznając, że sama informacja o zwolnieniu lekarskim jest już naruszeniem dóbr osobistych.

Nie tylko to, co się teraz stało wskazuje, że błędu nie popełniłam.  Również i refleksja, że jest różnica między sytuacją, gdy to ja przychodzę do radia i prosząc o spotkanie z red. Ewą Wanat dowiaduję się, że jest na zwolnieniu lekarskim, a sytuacją w której szef przez nikogo nieproszony rozgłasza wszem i wobec, że Ewa Wanat jest na zwolnieniu. Miejsce miał ten drugi przypadek. I jest jak wilczy bilet. I w samej rzeczy wilki nie zasługują na tak złą sławę. To drugie więc jest jak działanie Wojciecha Borowika szukającego pretekstu, by wywalić Ewę Wanat bo jest zdolna, potrafi stworzyć zespół, dodać ludziom skrzydeł, Jej radio jest świetne, a Ona sama z klasą.

W normalnych warunkach to powód do nagród, awansu i uznania.

W czasach i w stylu Wojciecha Borowika to wystarczy do wywalenia z radia. Radia, przypominam PUBLICZNEGO, naszego więc, za które również i ja płacę ze swoich podatków. 

Poniżej więc oryginalny tekst o naruszeniu przez Wojciecha Borowika, szefa Rady Nadzorczej dóbr osobistych Pani Redaktor Naczelnej RDC Ewy Wanat

Źdźbło kontra belka w oku.

Debata może być ostra; dane wrażliwe pracownicy muszą być chronione. Dane wrażliwe pracownika/pracownicy nie mogą być upubliczniane.   

Wojciech Borowik, Szef Rady Nadzorczej RDC ujawnił na swoim prywatnym facebooku dane wrażliwe Redaktor Naczelnej  RDC dotyczące jej zdrowia. 

Czym więc zajmie się Rada Naczelna na następnym zebraniu Radia RDC?

Ewa Wanat na swoim facebooku zamieściła ironiczny wpis:

“Dlaczego polskie sześciolatki są głupsze od rówieśników z Włoch, Francji i Niemiec? A może tylko państwu Elbanowskim rodzą się takie nierozgarnięte dzieci?”

Z intencji ironiczno- polemiczny, mało, przyznaję, elegancki w końcówce; w całości był celną parafrazą wcześniejszej uwagi profesora Vetulianiego: „Sześciolatki niezdolne do rozpoczęcia nauki są albo niedorozwinięte, albo chore, albo leniwe, albo głupio chowane. Współczujmy rodzicom…” . Ten wybitny ekspert od rozwoju mózgu doskonale wie, że sześciolatki, jak mało kto nadają się do rozpoczęcia nauki!

Oboje i prof. Jerzy Vetuliani i red. Ewa Wanat dalecy są od chęci obrażania dzieci i rodziców. Zwracają uwagę na problem. Ostro. To prawda, ale w polemice nie jest to niemożliwe.

Co jest, pytają, niby nie tak z polskimi dziećmi, że mają odstawać od rówieśników, rówieśniczek w całej Europie? Czy z dziećmi jest coś nie w porządku, czy może trzeba przygotować szkoły, zacząć pierwszą klasę w przedszkolu, ale nie odmawiać szans na rozwój i wyrównanie poziomu wszystkim dzieciom; z których wielu nie ma warunków danych najbogatszym. To wyrównanie zapewnia start sześciolatków.

Dlaczego dzieci w innych państwach mogą korzystać z edukacji od szóstego roku życia, a polskie nie?

I Vetuliani, i Wanat zaprosili swoich znajomych z twittera/facebooka do rozmowy. Zamiast tego polały się na nich sfrustrowane pomyje i wrogość niekoniecznych znajomych. Czytając te rzygi zrozumiałam, że w porównaniu z nimi, to co leci na mnie to niemal czuła pieszczota! W takiej sytuacji oczekiwałabym, że szef Rady Nadzorczej RDC oburzy się na zalew nienawiści, której jak widać, byle pretekst wystarczy, by popłynąć gęstą breją.

…Nie uwierzyłabym, ale zobaczyłam i przeczytałam. Nie ma wsparcia Pana Borowika. Jest podłączenie się pod pretekst, by dokopać. I jest jeszcze i to – ujawnienie danych wrażliwych po stronie tego, który szczególnie jest zobowiązany do ich chronienia… belki w swoim oku nie widzicie, a w oku bliźniej dostrzegacie choćby i źdźbło….

Pan szef Borowski jest oburzony na wpis red. Wanat. Że zrobił to tylko prywatnie na facebooku? No cóż, nie inaczej zrobiła red. Ewa Wanat.

Czym więc się Rada Nadzorcza RDC zajmie na następnym zebraniu? Co okaże się skandalem, gdy rzecz dotyczy wpisów na facebooku?

Ewa Wanat robi świetne radio. Jest zdolna, świetna i nietuzinkowa. Czy to może wkurzać? Pewnie tak. Nie zmienia to jednak faktu, że debata może być ostra, a dane wrażliwe muszą pozostać niejawne, wolne od upubliczniania.

Jak z Płatka: Źdźbło kontra belka w oku (tekst zreflektowany).

Thursday, August 27th, 2015
Bilder från BSPC 18 i Nyborg 2009-08-31 2009-09-01

“BSPC 19 i Nyborg Danmark 2009 (4)” by Johannes Jansson/norden.org. Licensed under CC BY 2.5 dk via Wikimedia Commons – https://commons.wikimedia.org/wiki/File:BSPC_19_i_Nyborg_Danmark_2009_(4).jpg

 

Debata może być ostra; dane wrażliwe pracownicy muszą być chronione. Dane wrażliwe pracownika/pracownicy nie mogą być upubliczniane.

W pierwotnym tekście zagalopowałam się. Przepraszam. Mam rację, że pracodawca nie może ujawniać danych wrażliwych, ale informacja, że pracownik/pracownica jest na zwolnieniu nie jest informacją wrażliwą. Byłaby, gdyby pracodawca ujawnił numer lub rodzaj choroby.

Ewa Wanat na swoim facebooku zamieściła ironiczny wpis:

“Dlaczego polskie sześciolatki są głupsze od rówieśników z Włoch, Francji i Niemiec? A może tylko państwu Elbanowskim rodzą się takie nierozgarnięte dzieci?”

Z intencji ironiczno- polemiczny, mało, przyznaję, elegancki w końcówce; w całości był celną parafrazą wcześniejszej uwagi profesora Vetulianiego: „Sześciolatki niezdolne do rozpoczęcia nauki są albo niedorozwinięte, albo chore, albo leniwe, albo głupio chowane. Współczujmy rodzicom…” . Ten wybitny ekspert od rozwoju mózgu doskonale wie, że sześciolatki, jak mało kto nadają się do rozpoczęcia nauki!

Oboje i prof. Jerzy Vetuliani i red. Ewa Wanat dalecy są od chęci obrażania dzieci i rodziców. Zwracają uwagę na problem. Ostro. To prawda, ale w polemice nie jest to niemożliwe.

Co jest, pytają, niby nie tak z polskimi dziećmi, że mają odstawać od rówieśników, rówieśniczek w całej Europie? Czy z dziećmi jest coś nie w porządku, czy może trzeba przygotować szkoły, zacząć pierwszą klasę w przedszkolu, ale nie odmawiać szans na rozwój i wyrównanie poziomu wszystkim dzieciom; z których wielu nie ma warunków danych najbogatszym. To wyrównanie zapewnia start sześciolatków.

Dlaczego dzieci w innych państwach mogą korzystać z edukacji od szóstego roku życia, a polskie nie?

I Vetuliani, i Wanat zaprosili swoich znajomych z twittera/facebooka do rozmowy. Zamiast tego polały się na nich sfrustrowane pomyje i wrogość niekoniecznych znajomych. Czytając te rzygi zrozumiałam, że w porównaniu z nimi, to co leci na mnie to niemal czuła pieszczota! W takiej sytuacji oczekiwałabym, że szef Rady Nadzorczej RDC oburzy się na zalew nienawiści, której jak widać, byle pretekst wystarczy, by popłynąć gęstą breją.

…Nie uwierzyłabym, ale zobaczyłam i przeczytałam. Nie ma wsparcia szefa. Jest podłączenie się pod pretekst, by dokopać… belki w swoim oku nie widzicie, a w oku bliźniej dostrzegacie choćby i źdźbło….

Pan szef jest oburzony na wpis red. Wanat. Że zrobił to tylko prywatnie na facebooku? No cóż, nie inaczej zrobiła red. Ewa Wanat.

Ewa Wanat robi świetne radio. Jest zdolna, świetna i nietuzinkowa. Czy to może wkurzać? Pewnie tak. Nie zmienia to jednak faktu, że debata może być ostra.

Jak z Płatka: Macki Władzy

Tuesday, August 18th, 2015

Dobro dziecka? Odmieniane przez wszystkie przypadki, a przecież mówimy o dzieciach, które „zgodnie z procedurami” miały cierpieć lub nie żyć, bo nic innego się nie da!

Doktor Marek Bachański z Centrum Zdrowia Dziecka, który podjął się, jak się okazało, z sukcesem eksperymentalnego stosowania w przypadkach trudnych i beznadziejnych leczenia medyczną marihuaną zamiast dyplomu, fanfar, prezydenckiego odznaczenia i podziękowań ma przed sobą prokuratora, sąd i etykietę przestępcy.

By Dohduhdah (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

By Dohduhdah (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

Na czym polega jego wina? Nie zgodził się ze sprawdzonymi procedurami, zgodnie z którymi, te dzieci, które uratował, były w świetle obecnej wiedzy i procedur skazane na śmierć. Podjął się leczenia metodami sprawdzonymi gdzie indziej. Ośmielił się zadrzeć z autorytetami, które przecież powiedziały „proszę się z dzieckiem pożegnać, nic więcej  nie da się zrobić”; tymczasem skazane na bycie trupem dzieci żyją i mają się dobrze; i za to dr Bachański płaci .

Dr. Marek Bachański płaci i za to, że użył stosunkowo taniej marihuany medycznej, a nie absurdalnie drogiego syntetycznego środka na bazie marihuany, który dopuszczony został na polski rynek medyczny.

Nie narażał dzieci, naraził siebie.

Zadarł z mocarzami; z władzą, z kolegami, i z przemysłem, który sprzedaje leki, by zarobić… może się mylę, może jestem w błędzie – to proszę mnie z błędu wyprowadzić. 

Wice –Minister Zdrowia, na konferencji zorganizowanej 23 czerwca 2015, przez red. Piotra Pacewicza, Dorotę Gudaniec, Polską Sieć Polityki Narkotykowej  i Fundację „krok po kroku”, dał w długą nie potrafiąc spojrzeć w twarz pacjentów i rodziców  pozbawionych medycznej marihuany i przez to cierpiących. Teraz, odgrywa się i święci swój tryumf. Władza ma władzę i ma macki. Upokorzony na konferencji na której nie umiał rozsądnie odpowiedzieć na zadawane pytania, w świetle kamer może doktora Bachańskiego bezkarnie nazywać szarlatanem. I pokazać gdzie raki zimują ustawie proponującej dopuszczenie do leczenia medyczną marihuaną, wniesionej przez Wicemarszałkinię Wandę Nowicką  i posła Patryka Jaki.

Tyle, że… to się kupy nie trzyma i śmierdzi jak kupa. Jeśli doktor Marek Bachański  dostawał kolejne zgody na prowadzenie eksperymentalnego leczenia od zespołu Centrum Zdrowia Dziecka, to nie mógł tego otrzymywać w ciemno. A jeśli otrzymywał w ciemno to zespół lekarzy, co teraz tak gardłuje, nie doktora Bachańskiego, ale siebie powinien podać do Prokuratury. Jeśli nie wiedzieli, co robią, to narażali dobro pacjentów na których podobno im tak zależy, zwłaszcza, że jak podkreślają chodzi o dzieci!

To się kupy nie trzyma i śmierdzi i dlatego, że co innego mówi drugi wice-minister, co innego były minister i obecny minister, a syntetyczny środek na bazie marihuany, który kosztuje tysiące już krąży po Centrum Zdrowia Dziecka.

Czy ja sugeruję interesy i kasę? Tak, to właśnie przychodzi mi na myśl. Jeśli się mylę – to proszę mnie wyprowadzić z błędu. Tylko z góry dziękuję za mdłe ogólniki. Proszę o fakty.

Czy sugeruję także chore ego, ambicję i próbę przejęcia sukcesu dr Marka Bachańskiego ? Tak, i to również chodzi mi po głowie. I jeśli się mylę – proszę mi to udowodnić. I znów, rzygać mi się chce od okrągłych tekstów, że najważniejsze jest dobro dzieci. Przecież część z nich w świetle obecnej wiedzy miało zgodnie z procedurami  i informacjami przekazanymi rodzicom, zachować się i umrzeć. Więc o fakty proszę.

Doktor Bachański rozważa emigrację. Ja mu się nie dziwię, ale jednak chciałabym, żeby Jego mali pacjenci nie byli pozbawieni Jego wiedzy, doświadczenia, odwagi i serca. Chciałabym dobrze i dla polskich dzieci. Są w rękach nie tylko lekarzy, ale i w mackach władzy. Medyczna marihuana jest medycznym środkiem leczniczym. I być może potrzeba odwagi, by przebić się przez stereotyp, odium i niechęć;  władza nadaje ton. Może podkulić ogon i walić w lekarza, który odważył się zawalczyć o życie i zdrowie dzieci; i może to docenić i narzucić ton; dobro dzieci wymaga, by nie bać się medycznej marihuany i nie bać się, że to zaszkodzi władzy.

Mam sentyment do Centrum Zdrowia Dziecka. Zakładałam tam na prośbę dr Tomasza Dangla wspólnie z nim i paroma innymi lekarzami “Solidarność” w 1980.  W Centrum Zdrowia Dziecka, kilka lat później, dr Paweł Nachulewicz skutecznie i z ogromną wrażliwością dla pacjentki leczył moje dziecko – do dziś jest, także dzięki Niemu, zdrowa jak przysłowiowa ryba.

Tym bardziej nie rozumiem jak można zamiast podesłać doktorowi wsparcie  i zespół – nasyłać na Niego prokuratora.

Jak z Płatka: Rozprawka penitencjarna czyli rzecz o czytaniu Uczty i sennym uwięzieniu.

Wednesday, August 5th, 2015

Problem zaczął się, gdy poplątały się porządki dnia i nocy. Po chwili już trudno było zapanować nad sytuacją i odróżnić elementy dzienne od tych ze snu. Wydawało się, że słoń swobodnie przebierający trąbą w książkach musi pochodzić ze snu. Niestety, nerwowy komunikat, że nocą uwolnił się ulubieniec miejskiego ZOO wprawił wszystkich w niekłamane zakłopotanie.

By The author is nickandmel2006 on flickr (Transferred from en.wikipedia to Commons.) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

By The author is nickandmel2006 on flickr (Transferred from en.wikipedia to Commons.) [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

Senne zjawiska znikały. W ten sposób, choć dopiero post factum można się było zorientować skąd przybyły. Słonia nie dało się zniknąć. Przyzwyczajeni, że rozgardiasz spowodowany sennymi zjawami unicestwia się samoistnie i powraca porządek, nie wiedzieli, co robić. Książki porozrzucane bezładnie wyglądały na nieszczęśliwe. Nagle Piotr wpadł na pomysł, by ustalić, czy słoń przypadkiem nie szuka konkretnej pozycji. Podszedł, pogadał z nim sobie na ucho i z podniesioną w geście tryumfu dłonią odwrócił się do pozostałych. Najwyraźniej wiedział. Jak zwykle pociągnął nosem, zrobił krok w kierunku właściwej książki i zniknął. Piotr był ze snu.

Marianna śniła całą tę scenę siedząc między jawą, a snem w sali wypełnionej podobnymi do niej, zmęczonymi ludźmi. Słuchali – nie słysząc. Patrzyli – nie widząc. Od ziewania szkliły im się oczy. Od siedzenia – rdzewiały, drętwiały im siedzenia. Monotonne szemranie prelegenta przerywał od czasu do czasu ożywczy metaliczny dźwięk telefonu komórkowego.

Marianna wiedziała, że Słoń szuka „Uczty” Platona. Zjadł tonę jabłek zanim zrozumiał, że coś jest nie tak – nie o taką tu połowę chodzi. Zaczął się też na koniec zastanawiać i zrozumiał, że tylko we śnie zjadanie jabłek może się skończyć stworzeniem słonicy. Słoń tęsknił do słonicy. Nie chciał jednak o niej śnić. We śnie był Kritonem. Całkiem szczupłym Kritonem jak na słonie rozmiary. Trochę go to peszyło, ale tylko trochę. Słyszał jak współbiesiadnicy mu współczują i za jego plecami szepcą chichotem o jego przelewającym się tłuszczu. Słoń miał uszy, świetne uszy. Nawet jako Kriton wachlował się nimi swobodnie. Jeszcze swobodniej słyszał i to, co mówiono do niego wprost i co szeptano z dala od niego.

Podśmiewywał się z obecnych. Z punktu widzenia słonia większość ich problemów była pozbawiona sensu, tym bardziej, że i tak kończyła się ze świtem. Sprawiali wrażenie na serio nie mających o tym bladego pojęcia. Po prawdzie słoń dostał się tam tylko dla jabłek, winogron i lemona. W ZOO dawali mu to, co zwykle jedzą słonie. On jednak nic nie mógł poradzić na to, że wolał jabłka. Któregoś dnia Piotr, chłopak ze snu, który we śnie przychodził do ZOO przynosząc mu jabłko – razem z owocem przyniósł niegruby, prostokątny, gibki, szeleszczący przedmiot niejadalnej treści. Piotr mu wyjaśnił, że to papier, tusz, sklejka, karton, pomysł i myśl – jednym słowem książka. Ponieważ Piotr nazywał to najwyższą strawą Słoń raz jeszcze próbował przystosować trąbą książkę do przełknięcia, ale się nie dała. Za to Piotr tak trząsł się ze śmiechu, że aż Słoń się przebudził, a Piotr zniknął.

Słoń zaczął się uważniej przyglądać ludziom. Okazało się, że Piotr wcale nie jest wyjątkowy. Matka pchająca powoli, nieco niedbale wózek też trzymała przed sobą ten dziwny przedmiot cała na nim skupiona, gdy tymczasem jej dzieciak mało co, nie wypadając z wózka starał się uchwycić trąby Słonia. I Słoń chcąc nie chcąc, a dalibóg zdecydowanie bardziej nie chcąc niż chcąc, musiał trąbą wepchnąć malca do wózka. Zamiast wdzięczności spotkał się z wrzaskiem dzieciaka i uwagami matki o już całkiem niecywilizowanych zwyczajach słoni. A najgorsze było to, że paniusia pogadała, pogadała i znów wsadziła nos w to coś, co Piotr nazywał książką.

Słoń przyjrzał się bliżej Robertowi. Ten też nie był inny. Był na pewno z jawy. Przychodził, czyścił jego stajnię i było czysto, nawet jeśli sny pełne były odpadów z niekończącej się uczty, na której bywał już zanim wiedział, że bywa u Platona.

Piotr przychodził z książką i znikał. Robert przychodził z miotłą i widłami, nie znikał, ale i nie odchodził. Na koniec rozkładał w rogu stóg siana, układał się na nim wygodnie i zapadał. Dotychczas Słoń myślał, że jego stajnia to najlepsze miejsce do spania, ale kiedy bliżej przyjrzał się kącikowi, w którym zaszywał się Robert dostrzegł, że w samym rogu trzyma on spore pudło. Za małe na miotłę i widły, za duże na jabłko, którym niekiedy się z nim dzielił. Zajrzał, więc wreszcie któregoś dnia do środka. Po brzegi wypełniona była tym, co Piotr nazwał książką.

Więc on tu do mnie przychodzi na czytanie – zadumał się. No, no no? A ja myślałem, że to leń. Posprząta u mnie raz dwa i w kimę. Już nawet bałem się, że to może ja daję mu taki zły przykład. Piotr czyta, baba z dzieckiem czyta, Robert czyta. Co jest w tym czytaniu? I nagle doznał olśnienia. Marek – ten też, ten też czyta.

Zrobiło mu się ogromnie smutno. Marek, Słoń myślał, jest jego. Dawniej, dużo dawniej Marek przychodził tu do Słonia, tak jak i teraz. Siedział z tym czymś w ręku, ale raczej trzymał to tylko niż pochłaniał. Nie miał w sobie nic z baby z wózkiem. Tamta widać, że wlazła niemal do środka treści. Marek to patrzył na niego, to na alejkę, to znów na alejkę. I za każdym razem po takim następnym spojrzeniu przychodziła Marianna.

Słoń nie wiedział czy Marek stwarza Mariannę spojrzeniem. Był pewien, że on ją spojrzeniem rozkwita. Widział Mariannę i wiedział, co ona czuje, bo on – Słoń czuł to samo. Ilekroć Marek spojrzał na niego Słoń rozkwitał. Nabierał ciała, animuszu, trąba mu się prężyła, a uszy szły do góry. Piękniał i dobrze mu z tym było.

Marianna przychodziła. Stali oboje przez chwilę przy nim, przy Słoniu i odchodzili. Tak to trwało. Trwało długo. Aż któregoś dnia Marek spoglądał w alejkę częściej niż zwykle. Im on bardziej patrzył, tym bardziej jej nie było. Nielekko było nabrać ciała pod jego ciężkim spojrzeniem. To znów trwało czas jakiś. Nieco później spojrzenie zelżało, ale przychodzenie się nie skończyło. Marek był i słoń był pewien, że jest tu już teraz całkiem dla niego.

Od tego bycia Słoń nie wyobrażał już sobie przestrzeni bez Marka. Teraz jednak pod wpływem Piotra, baby z wózkiem i Roberta Słoń zwątpił po raz pierwszy. Z kim on był? Czy rzeczywiście z nim, ze Słoniem, czy raczej z czytaniem?

To prawda przychodził niemal codziennie. Przychodził nawet zimą i w jesienne słoty. Przychodził, gdy wszyscy inni już nie przychodzili. Ale i wtedy miał przy sobie ten przedmiot. Czasami stał, czasami siedział. Zawsze z nosem w książce. Dotychczas myślał o sobie jak o dużym zwierzu, co wszystko słyszy. Teraz zrozumiał, że tak naprawdę służy zupełnie w innym celu. Słoń służy do czytania.

Robert tylko na niby sprząta, baba z wózkiem tylko na niby idzie na spacer z dzieckiem, Marek na niby stwarza Mariannę. Im wszystkim tak naprawdę chodzi o czytanie. Dowód? Proszę bardzo – Piotr ze snu. Raz, ze dwa razy wpadł tu z jabłkami, ale jak tylko się przekonał, do czego służy słoń, też jak wszyscy pozostali – zjawił się z książką.

Dlaczego on sam tak długo o tym nie wiedział? Gdyby mógł spochmurnieć chętnie by to zrobił, ale jego trąba zbył była pomarszczona, by wyszło to efektownie. Zapadł więc w sen. We śnie zjawił się Piotr. Oczywiście był z książką. Słoń poprosił, by Piotr mu poczytał. I tak się to zaczęło. Ciągle we śnie, ale już po pierwszej lekturze owinął się dokładniej w chiton i powlókł piaszczystym traktem w stronę domostwa Platona. Było obszerne, ocienione akacjami i drzewami oliwnymi, a mimo to nie głuszyły muzyki. Przynajmniej, on Słoń słyszał ją doskonale. Postanowił nie wchodzić od frontu tylko przecisnąć się wolnym od żywopłotu przesmyku.

Już miał zrobić krok, gdy słonia natura podpowiedziała mu, że musi uważać bo stąpnie na coś dużego, co żyje. Stanął obok, schylił się do ziemi, obmacał dookoła siebie trawę i natknął się na ramię. Podciągnął ramię do góry razem z wrzaskiem, jaki dobył się z reszty podnoszonego. Głos krzyku był mu dziwnie znajomy. Co jak co, ale nawet we śnie Słoń nie umiał, a i nie chciał rezygnować ze swego słuchu.

Marianna? Słoń nie mógł uwierzyć, że to przestraszone straszydło, które trzymał w ręku to naprawdę ona. Szarpała się, więc postawił ją na Ziemi.

Skąd znasz imię moje, Panie?  – głos miała zalękniony, a wzrok wyraźnie zmieszany.

Bo jestem Słoniem –odpowiedział zgodnie z prawdą. Prawda najwyraźniej do Marianny nie przemawiała. Gdyby miała gdzie uciec pewnie by to zrobiła. Nie miała gdzie, bo słoń całym sobą zastawiał dziurę w żywopłocie, a za nią była już tylko Uczta. Drżała cała i zupełnie nie przypominała Marianny z ZOO, rozkwitającej, zakochanej, pewnej siebie.

Wyjąkała wreszcie nie spoglądając na niego. Panie – odpuść mi, bo będę zhańbiona. Odejdę i już tu nie wrócę. W ogóle nie powinnam była przychodzić. Tu nie mój Pan mieszka i nie tu służę, wybacz. Nie uciekałam, jestem wiernym niewolnikiem.

Marianno, przerwał jej, nic nie rozumiejąc. O czym Ty opowiadasz, to ja, popatrz. To ja słoń z trąbą – powiedział wskazując na rozwiany chiton. A w każdym razie tak mu się zdawało, że powiedział, bo równie dobrze mogło być, że odebrało mu mowę. Bo dumna, rozkwitającą w Zoo Marianna, tu patrzyła na niego wzrokiem błędnym z przerażenia. I nagle zacisnęła powieki, skuliła się w sobie i przykucnęła rękami zasłaniając głowę.

Słoń patrzył skonfundowany i zniesmaczony. Może to jednak nie ona. Ta tutaj zachowuje się jak całkiem pomylona. Obszedł ją starając się jak mógł najbardziej nie dotykać jej, ale i tak potrącił ją brzuchem, aż się przewróciła. Zaskowyczała, zawyła niczym jakiś pies.

Tak, pomyślał, to nie może być ona. Poszedł na Ucztę, wszedł do środka, próbował zapomnieć zjadając większą porcje lemonów niż zwykle, ale ta żałosna postać jak wiernie podobna do Marianny nie dawała mu spokoju. Chciał do niej zadzwonić korzystając z tego, że uwolnił się od trąby i zezłościło go, gdy uświadomił sobie, że zamiast trąby ma ręce w czasach, gdy nikt jeszcze nawet nie zaczął myśleć o wymyślaniu telefonu.

Dlaczego była taka przerażona? Dlaczego się kuliła, po co skowyczała, i co u licha znaczyło to jej gadanie o niewolniku, dobrym niewolniku? Dlaczego, poza tym tak bardzo się przeraziła słysząc, że jest Słoniem? Liczył przecież na to, że ją to ucieszy.

Miał usta wypchane słodkimi, pękającymi od dojrzałości winogronami, gdy przysiadł się do niego młodzian niezwykłej urody. Kogoś mu przypominał? Marka? Niemożliwe. Sen był terenem zarezerwowanym dla Piotra. Skoro jednak przyplątało tu Mariannę, kto wie. Nie zdążył jednak tego wyjaśnić. Młodzieniec sięgnął, bowiem po następną kiść winogron i zaczął po jednym ze śmiechem pakować mu je do ust. Przymilał się przy tym i przytulał do jego potężnego ramienia. Podrap mnie za uchem – poprosił Słoń. Młodzieniec chętnie spełniał jego prośbę, dzięki czemu słoń mógł wreszcie złapać trochę tchu. Od nadmiaru winogron zbierało mu się na mdłości. Słuchaj, spytał go całkiem poważnie, dlaczego to robisz? Młodzieniec nie przerywając głaskania spojrzał na niego wzrokiem tak zdziwionym, że starczyło to za odpowiedź. Czy Ty jesteś Markiem? Oczywiście, a kimże innym. Markiem wczoraj, Markiem dzisiaj i jutro też Markiem.

Innym razem Słoń by się ucieszył, ale teraz nie mógł sobie poradzić z piskiem Marianny w uszach – ten pisk wciąż jeszcze tkwił w nim i przeszkadzał. Nigdy jednak dotąd nie rozmawiał z Markiem, o czym ten zdawał się nie mieć pojęcia. Zaryzykował jednak i wyznał – Marku, tam w krzakach piszczy Marianna. Tym razem – Marek mocno przez sen odmłodzony powstrzymał dłoń i spojrzał na Słonia zaniepokojony.

Kritonie, czy dobrze się czujesz? Jaka Marianna? Słoń nie chciał powiedzieć „Twoja” Marianna, powiedział, więc tylko – no wiesz, ta, ta sama, co Marianna z ZOO.

ZOO? Marek wyglądał na zagubionego. Nie przypominam sobie willi o takim imieniu Kritonie. A jeśli masz na myśli te obłąkaną niewolnicę, to nie przejmuj się. Jej zadaniem jest się błąkać, moim jej nie dostrzegać. Ona przychodzi tu dla mnie, a ja dla Ciebie Kritonie.

Słoń poczuł od tego wyznania błogość. Marek karmiący go winogronami, Marek skrobiący go za uchem, wreszcie Marek bez książki. Marku, Słoń zniżył głos, ale Ty wiesz, że jestem Słoniem prawda? Jesteś Mistrzem, Kritonie, Mistrzem, a moją radością jest Ci służyć.

Słoń nie rozumiał gdzie podziela się błogość, ale nie ulegało wątpliwości, że w pył się rozpierzchła. Ciekawe, nigdy, przenigdy nie przepadał za Marianną. Jednak to piszczące stworzenie na zewnątrz było mu teraz bliższe, bo prawdziwsze niż ten młokosowaty, nadęty i pokracznie usłużny gnom z twarzą Marka.

Marku, poprosił, idź przyprowadź mi Mariannę i znajdź jeszcze Słonicę. Marek wyszedł, a Marianna otrząsnęła się z niesmakiem. Śniła ten koszmar wraz ze Słoniem. On w ZOO, ona w Bukareszcie. On na sianie, a ona w niewygodnym konferencyjnym krześle. Zła była na Marka ze snu. Nawet we śnie nie potrafił być szczery. Tuż przed przyjściem Słonia tulił ją w ramionach, płakał i prosił, by się przebudziła i przyszła na ławkę do ZOO. Wystarczyło jednak pierwsze, ciche trzaśnięcie gałązki żywopłotu, by od niej odskoczył. Tchórz, nawet we śnie nie potrafi się zachować jak prawdziwie odważna kobieta. Marianna zachichotała. Jej sąsiad z ławki obok spojrzał na nią zdziwiony. Wykład stawał się coraz nudniejszy, naprawdę nie było się, z czego śmiać. Zrozumiała jego spojrzenie – właśnie dlatego staje się to tak śmieszne, szepnęła. Rozbawiony, że się domyśliła też zachichotał. Wiesz, Ty jesteś z Polski, a ja tęsknię za Zakopanem, to może pójdziemy na kawę? Znał takie miejsce w pobliżu parku, na tyle daleko od wody, że bijący od niej smród już nie dochodził i na tyle blisko, by sam jej widok mógł zachwycać. Marianna czuła, że powinna uprzedzić Piotra zanim Słoń naprawdę narozrabia w księgarni. Nie znała jednak nawet imienia tego, co tęsknił do Zakopanego. Tym bardziej nie mogła mu powiedzieć – poczekaj aż dośnię spotkania z Piotrem. Spytanie o imię nieznajomego niewiele by tu zmieniło. Wstała więc, nieco szurając przy tym krzesłem i nie patrząc na prelegenta – wyszła z sali. Jej nowy znajomy był przybyszem z Tybetu. Rozmawiali po rosyjsku i po angielsku. Ciekawe, rosyjskiego nauczył się w Londynie gdzie specjalne kursy praw człowieka zorganizowane były przez Polaków i Rosjan po rosyjsku. Angielski zaś szlifował w Moskwie, sam tym razem prowadząc kursy praw człowieka. Powtarzam Ci Marianno – powtarzał, jeśli chodzi o naukę języków obcych – nie ma to jak kursy praw człowieka. A Zakopane? Przybysz z Tybetu rozmarzył się. Zakopane, trzy może nawet cztery dni, Maryla Rodowicz, kulig, ciupagi, górale, eh co tam górale, góralki, powtarzam Ci Marianno, góralki, a najlepsza z nich to ta Halka od Moniuszki, ona to kochać umiała, tak jak lubię, na śmierć kochać umiała. No i co z tej wielkiej na śmierć zostaje? Co zostaje? Tybetańczyk zdawał się nie rozumieć Marianny. Sen, Marianno, sen.

Marianna spojrzała na niego spode łba i zaryzykowała. A Ty…Ty znasz Słonia? Tybetańczyk zaśmiał się z cicha z moskiewskim akcentem. Marianno – przyjrzyj mi się – nie poznajesz. Nie poznawała, w końcu Platona widziała z daleka i tylko od tyłu. Widziała cienie i czuła się u żywopłotu jak w ciemnej jaskini, dokąd przenika niewiele światła. Słoń ze snu nie był zresztą Słoniem. Wystarczyło jednak wspomnienie, by powrócił skurcz w żołądku. Marek znów atakował. Zawołała. Przybiegli obaj i Słoń bez trąby i Marek w plączącym się chitonie. Już nie skowyczysz? Słoń nie mógł się zdecydować, czy to go cieszy czy raczej dziwi. Przemiana była zbyt nagle. Wskazała na okładkę. Uczta pozbawiona była prawdziwych jabłek, ale na szczęście nie brakowało jej słów. Wracamy, jednak wolę go czytać. Sen zniknął, stało się ZOO i zaczął nowy rozdział „Uczty” Platona.